Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 lutego 2013

O potencjalnej współpracy refleksje

Drogie Wydawnictwo X/Portalu Y,

Witaj w moich skromnych progach. Niezmiernie cieszę się, że zainteresował Cię mój blog oraz treści na nim zamieszczone. Naprawdę miło mi czytać, że jest to profesjonalna strona o głębokim przesłaniu, utrzymująca wysoki poziom, w związku z czym:

I. jesteś zainteresowany współpracą ze mną polegającą na recenzowaniu poradników/poezji/albumów z militariami i/lub końmi. Rozumiem, że propozycja ta wynika z dogłębnej analizy zawartości mojego bloga, na którym zrecenzowałam dokładnie zero książek z powyżej wspomnianych półek. Chyba, że Pan Lodowego Ogrodu podpada pod którąś z tych kategorii, jako lektura opisująca survivalowe umiejętności pewnego komandosa dosiadającego mięsożernego konia, okraszona  słuszną ilością liryki rodem z Midgaardu.

II. jako sprzedawca śrubek proponujesz wymianę linków, ponieważ pisałam o nich w dokładnie zerze postów, w związku z czym moi czytelnicy niezawodnie poszukują informacji, gdzie śrubek nie kupuję (bo kupuje je mój mąż w sobie tylko znanych miejscach i tak niech już zostanie).

Zakładam, że tego listu, podobnie jak dość jasnej informacji zamieszczonej tuż pod moim adresem mailowym w zakładce "Kontakt" i powtórzonej w zakładce "Magda", raczej nie przeczytasz, ale nadzieja to bardzo piękny stan ducha i żywię ją pomimo wielu rozczarowań.

Gdybyś jednak, drogi Adresacie, mimo wszelkim prawom logiki lekturę niniejszego postu podjął, cytuję samą siebie:
  1. Nie jestem zainteresowana podjęciem współpracy recenzenckiej. Z nikim. Nie mam czasu na zobowiązania, lektury dobieram w zależności od nastroju oraz stać mnie na książki.
  2. Nie zamieszczam reklam, nie linkuję do stron, których nie odwiedzam. As simple as that.
Proszę zatem, nie pisz do mnie proponując mi współpracę na fantastycznych warunkach, jakimi są darmowy egzemplarz książki w zamian za recenzję. To naprawdę mało atrakcyjna propozycja - książek mi nie brakuje, cierpię za to na chroniczny brak czasu. Wspomnieć również muszę, że większość Twoich propozycji (od poradnika flancowania namorzynów począwszy, na (...) paranormalu skończywszy) interesują mnie w stopniu mniej więcej takim, jak zeszłoroczny śnieg. Chyba, że liczysz na recenzję w tonie podobnym do tego listu (bo nie wierzę, że Twój poradnik pomoże mi prawidłowo flancować namorzyny na balkonie, a miłości jak ze Zmierzchu nie życzę nikomu).
Podobnie z linkowaniem do śrubek czy innych młotków. Chyba, że mam zacząć opowiadać, jak to wieszałam obrazy na hufnalach.

Już chyba jaśniej się nie da. Nie marnujmy swojego czasu.

Sądzę, że Tobie, drogie Wydawnictwo X/Portalu Y, nie mam nic więcej do wyjaśnienia, Czytelników moich zaś przepraszam, że musieli być świadkami naszej wymiany korespondencji. 

Kochani Czytelnicy, dzięki opublikowaniu tego listu mam nadzieję mieć nieco mniej spamu w skrzynce mailowej.

Pozdrawiam serdecznie,
Magda

piątek, 24 sierpnia 2012

Palenie tytoniu a miejski łańcuch pokarmowy

Wyznaję bez bicia: jestem byłą palaczką. Paliłam papierosy przez jakieś siedem lat, nie palę od prawie ośmiu. Rzuciłam z dnia na dzień. Początki były ciężkie, ale było-minęło, nie myślę o wróceniu do uzależnienia. Nie bawi mnie to i nie jest do niczego potrzebne.

Będąc jeszcze w szponach nałogu starałam się, aby moja słabość nie stała się czyjąś udręką - nie paliłam na przystankach, na progu autobusu, w towarzystwie osób niepalących, w mieszkaniu, ani na klatce schodowej. Taka etyka to jednak rzadkość, o czym nietrudno się przekonać, nawet teraz, kiedy palenie jest w wielu miejscach nie tylko niegrzeczne, ale wręcz nielegalne. Z przystanków szybko zerwano tabliczki informujące o zakazie, a smrodziuchy (oj tak, jako były palacz wiem, jak obecnemu dopiec) panoszą się w najlepsze, ignorując komfort innych osób, nawet podczas największych ulew uprzyjemniając innym oczekiwanie na środki komunikacji miejskiej. Nie wspomnę już o strefach gazowych w przedsionkach centrów handlowych.

Pewnego dnia stałam sobie na przystanku. Zbierało się na burzę, temperatura osiągnęła pewnie ze 40 stopni w cieniu, powietrze było nieruchome, aura ogólnie niezbyt sprzyjająca dobremu samopoczuciu. I, jak na złość, pewien pan postanowił dołożyć swoje trzy grosze do już i tak gęstej atmosfery - zapalił jednego z najbardziej śmierdzących papierosów, jakie w życiu miałam nieprzyjemność wąchać. Mordercze spojrzenia współoczekujących jakoś go nie frasowały, zdawał się całkowicie pochłonięty wprowadzaniem do swojego organizmu (a przy okazji również i naszych) wyziewów kilku fabryk chemicznych naraz. 

Cierpiałam razem z tłumem przez jakieś dwie minuty, jednak nie wytrzymałam dłużej. Można powiedzieć, ze wyindywidualizowałam się ze zwiktymizowanego tłumu dźwięcznym głosem mówiąc "Przepraszam bardzo, czy mógłby pan zgasić tego papierosa?".

Wierzcie lub nie, faceta zamurowało. Dłoń ze smrodliwym kijkiem zatrzymała się w połowie drogi do jego równie aromatycznego otworu gębowego, po krótkiej, acz pełnej napięcia chwili usłyszałam "Co pani!". Grzecznie powtórzyłam prośbę, po czym wysłuchałam jakiegoś niezrozumiałego bulgotu zakończonego stanowczym "Nie!". 

Przedburzowa aura, jak sami wiecie, nie sprzyja życzliwości, grunt to zachować zimną krew. "Proszę pana, poprosiłam grzecznie o zgaszenie papierosa w miejscu, w którym palenie jest zabronione. Jeśli nie zastosuje się pan do mojej prośby, wyciągnę telefon i zadzwonię na policję."

Może to dziwne, może jestem jakaś inna, jednak uwielbiam miny takich pieniaczy w momencie, gdy zdają sobie sprawę ze swej porażki. Tak, wiem, mógł mnie zwymyślać, co pewnie zresztą zrobił bulgocąc coś na odchodnym, ale to tylko słowa.

Urosłam w swoich oczach w tamtym momencie, a i dla przystankowiczów stałam się jakąś batmanką, czy inną łonderłumen. Może takie akty zdroworozsądkowej, szaleńczej odwagi plasują mnie w miejskim łańcuchu pokarmowym nieco powyżej pantofelka? Przynajmniej tak sobie tłumaczę.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...