Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 sierpnia 2012

Czekając na Kolumba - Thomas Trofimuk

Meandry ludzkiego umysłu, urojenia i życie w wyimaginowanym świecie zawsze mnie fascynowały. Co prawda opis wydawcy Czekając na Kolumba prawie natychmiast obudził skojarzenia z kultowym już K-Paxem lub rewelacyjną rolą Johnny'ego Deppa w filmie Don Juan DeMarco, jednak nie zraziło mnie to zbytnio. Coś mi mówiło, że pewnego dnia muszę poznać bliżej Kolumba.

Do szpitala psychiatrycznego trafia wyłowiony z morza  człowiek z poważnymi zaburzeniami osobowości. Lekarze i opiekująca się nim pielęgniarka będą starali się odkryć, co spowodowało ucieczkę tego człowieka w wyimaginowany świat. Jednocześnie pewien paryski policjant podąża śladem nieznanego mężczyzny, który potencjalnie może być niebezpieczny. Tajemniczy pacjent o nieodpartym uroku, samotna pielęgniarka w kwiecie wieku oraz funkcjonariusz Interpolu walczący z demonami przeszłości - wszystkie te osoby szukają prawdy o Kolumbie, każde z nich z innego powodu i dla każdego z nich ta prawda może okazać się inna.
"- Podaj mi telefon! - krzyknął - Muszę zadzwonić.
- Co takiego? - odparła.
- Telefon do cholery! Posłuchaj, nazywam się Kolumb. Krzysztof Kolumb. Znam królową. Królową i króla. Oni mogą za mnie poręczyć. Mam za zadanie poprowadzić trzy statki na drugi koniec Morza Zachodniego. Zawarłem z nimi umowę, do cholery! Po prostu połącz mnie z nimi!
Chwileczkę, pomyślała Consuela. W jego głosie słychać było pewność, przekonanie i wiarę w to, o czym mówi.
- Chcesz spaść z krawędzi Ziemi? Chyba nie chcesz zginąć? - Consuela przeprowadziła swój mały eksperyment.
- Wiesz, że to nieprawda. Tylko największa ciemnota wierzy w te przesądy. Gdybyś była tak łaskawa i nie obrażała moje inteligencji, to postaram się zrobić to samo dla ciebie.
O cholera, pomyślała.
- Poinformuję doktora Fuentesa, że już pan nie śpi.
- Świetnie! I powiedz swojemu doktorowi, że czuję się wyśmienicie, że chce mi się lać i że nie jestem stuknięty."*
Mężczyzna podający się za Kolumba opowiada siostrze Consueli o pertraktacjach z koroną hiszpańską, o strachu przed inkwizycją i pogardzie dla ignorancji komisji uniwersyteckiej mającej wydać opinię o jego wyprawie, opowiada o przygodach w barach i restauracjach, kobietach swojego życia i miłości do królowej Izabeli. Część historii przedstawia z perspektywy pierwszoosobowej, część to narracja w trzeciej osobie, co często zaskakuje zarówno jego słuchaczkę, jak i jego samego. Wszystkie opowieści przesiąknięte są erotyzmem oraz dowodzą jego drobiazgowej znajomości biografii Krzysztofa Kolumba, są jednak elementy burzące obraz całości, dowodzące, że za fasadą słynnego nawigatora kryje się ktoś inny. Kim jest ten mężczyzna? Jakie traumatyczne wydarzenie tak silnie wstrząsnęło jego prawdziwą osobowością, że stał się Kolumbem? Pielęgniarka i lekarz prowadzący, a za sprawą śledztwa prowadzonego przez Emila również czytelnik, składają fragmenty układanki w całość.

Mimo, że warstwy fabularnej nie można nazwać skomplikowaną, to osobiście odradzam natychmiastowe skreślenie tej książki z listy "do przeczytania". Siłą powieści Trofimuka stały się dla mnie liczne anachronizmy we "wspomnieniach" Kolumba przy jednoczesnym zachwianiu ich linearności, oraz przeplatanie historii kilku osób na różnych etapach ich życia. Z jednej strony, podobnie jak Consuela, bardzo chciałam wierzyć Kolumbowi, z drugiej sprowadzały mnie do rzeczywistości takie szczegóły jak rozmowy telefoniczne z królową Izabelą, albo Kolumb umawiający się z kimś w Starbucksie w wigilię zaokrętowania na pokład Santa Marii. Te smaczki sprawiły, że przeczytałam tę historię z zaciekawieniem, że chciałam poznać prawdę, dowiedzieć się, co we "wspomnieniach" było prawdą, a co jedynie wyuczoną na pamięć częścią biografii słynnego podróżnika. Chciałam wiedzieć, co się przydarzyło Emilowi. Czekałam na rozwiązanie historii Consueli. Chciałam dowiedzieć się, co się stanie z Kolumbem, jeśli/kiedy fasada runie.

Książkę czytało mi się dobrze, fabuła była spójna, zaciekawiły mnie losy postaci (choć żadnej z nich raczej nie chciałabym zaprosić na sangrię), dopingowałam bohaterów w poszukiwaniach tożsamości Kolumba, jednak nie jest to lektura, którą będę pamiętać chociażby za rok. Lot nad kukułczym gniazdem czytałam 15 lat temu i dziś na pewno nie wyrecytuję Wam pierwszego rozdziału z pamięci, czy nawet nie przytoczę nieomylnie losów McMurphy'ego (zaryzykowałabym stwierdzenie, że wiem, jak się skończyło), ale jestem głęboko przekonana, że wracając do tej pozycji czułabym, jakbym ją odłożyła wczoraj. W przypadku Czekając na Kolumba na pewno tak nie będzie.

Czy warto? Myślę, że podobnie jak ja żałować nie będziecie, ale, jak mawia moja siostra, "szału nie robi".

*str. 16
tytuł oryginału: Waiting for Columbus
tłumaczenie: Grzegorz Fraś
Wydawnictwo: Prozami, 2011
liczba stron: 334
oprawa: miękka
cena z okładki: 35,70 PLN
jak do mnie trafiła: wymiana

niedziela, 12 sierpnia 2012

Moje rzymskie wakacje - Kristin Harmel

Moją wakacyjną tradycją jest, że sięgam po jakąś literaturę kobiecą. Nie jestem znawczynią gatunku, co nietrudno odgadnąć patrząc na moje półki, często więc zdaję się w tej kwestii na gust innych - tę książkę zyskałam w ramach wymiany. Moje rzymskie wakacje miały być lekturą lekką, łatwą i w miarę przyjemną. Było raczej lekko, zdecydowanie łatwo i niezbyt przyjemnie.

Główna bohaterka, Cat, nowojorska księgowa to pół Irlandka pół Włoszka. Zdawałoby się mieszanka wybuchowa, ale nie: Cat jest przewidywalna i nudna niczym flaki z olejem. 
Poukładane życie, bezpieczna, dobrze płatna posada, uznanie ze strony szefów i rokroczne nagrody za frekwencję w pracy, brak marzeń, brak odwagi na ich posiadanie, brak planów na przyszłość, majątek: małe mieszkanko i aparat fotograficzny. Jedyną rzeczą, która wyróżnia ją w jakikolwiek sposób spośród tłumów innych takich Cat jest żal do nieżyjącej matki, która na pięć lat porzuciła swoją rodzinę. Pewnego dnia do tego schematu wkrada się jednak nagła Potrzeba. Potrzeba Zmiany. Nie bardzo rozumiem, skąd się takowa u Cat pojawiła, ale o tym za chwilkę.
Tak więc Potrzeba Zmiany się pojawia i tym sposobem Cat, z dużą pomocą koleżanki z pracy oraz mniejszą lub większą członków rodziny, rusza na miesiąc do Wiecznego Miasta, by tam odnaleźć siebie.

Pozwolicie, że się chwilę nad ową Potrzebą Zmiany zatrzymam, by sensu w niej poszukać. Otóż w dniu, kiedy młodsza o pięć lat siostra wychodzi za mąż, babcia upokarza Cat w oczach wszystkich zebranych w kościele gości, analizując jej życie miłosne, łącznie z dywagacjami na temat zachowanego "wianka". Później, w toalecie, nasza trzydziestoczterolatka podsłuchuje rozmowę kuzynek, która przygnębia ją do tego stopnia, że zaszywa się w restauracyjnej kuchni. Przycupniętą na beczce oliwy znajduje ją tam Michael, przystojny właściciel włoskiej knajpki, wyciąga z niej opowieść o właśnie przebytej gehennie i zaprasza na randkę. Kolacja z panem Evangelisti okazuje się więcej niż udana, poza zakończeniem - okazuje się, że do Michaela dzwoni teściowa, gdyż prawdopodobnie coś stało się z jego córką. Cat nie chce słyszeć nic więcej, odwraca się na pięcie i wychodzi.
Nie roztrząsa zbytnio rozczarowania, na dobrą sprawę odreagowuje je jedynie wysyłając maila do swojej wielkiej wakacyjnej miłości sprzed trzynastu lat, poznanego podczas pobytu w Rzymie Francesca. Koleżanka z pracy, podglądając przez ramię zawartość skrzynki mailowej, wmanewrowuje Cat w miesięczny wyjazd do stolicy Włoch. Zbieg okoliczności, a właściwie pasożytnicza siostra, sprawia, że lokum naszej bohaterki podczas jej rzymskich wakacji będzie mieszkanie dawnego ukochanego.

Intryga szyta tak grubymi nićmi, że musiała wyjść spod pióra poczytnej amerykańskiej autorki. O ile w Jedz, módl się, kochaj ucieczka Elisabeth od problemów życia w Ameryce jest zrozumiała, o tyle eskapizm Cat kupy się nie trzyma. Cóż ona takiego przeżyła? Matce wybaczyć nie umie na własne życzenie. Kolejnych partnerów rzuca sama, może bez powodu, ale to też w końcu jest powód: jak nie gra, to po co dalej w to brnąć? Dobra praca i mieszkanie stanowią treść jej życia. A że Michael okazał się żonkosiem szukającym przygód? Nie pierwszy, nie ostatni. Ta cała akcja rodziny i koleżanki bardziej przypomina chęć pozbycia się nudnawej Panny Doskonałej na jakiś czas (jedni mają dość niedzielnych śniadanek, drudzy wiedzą, że wyciągnęli z niej całą kasę, a trzeci chyba liczą na tegoroczną nagrodę za frekwencję), niż szczerą chęć udzielenia jej pomocy w sprawach życiowych.
Harmel próbuje od czasu do czasu rzucić nam jakiś ochłap logiki - a to niechęć głównej bohaterki do Audrey Hepburn i filmu Rzymskie wakacje, a to włoskie danie wjeżdżające na stół, a to nagle odkrytą pasję życiową i powalający talent Cat, która, jak na złość w tej chwili dostrzega jakąś "słodką" scenę na ulicy. Wykształcona, trzydziestoczteroletnia kobieta pracująca w korporacji używająca słowa "słodka"... "przepyszne"! (To też cytat.)

Irytuje mnie też schematyczność: Amerykanka po przejściach przyjeżdża do Włoch, spożywa to fantastyczne jedzenie i chodzi  po zaułkach historycznego miasta, a tłum naładowanych testosteronem Włochów dosłownie się rzuca przed jej nogi. A nie można by czegoś nowego? Niechby w tym Rzymie jakiegoś Skandynawa poznała... bo i faktyczne zakończenie tej konkretnej książki idzie w stronę kolejnego stereotypu włoskich wakacji...

Nie rozumiem jeszcze wielu rzeczy w tej powieści, ale nie będę wszystkich roztrząsać, to nie jest wina tej książki, to po prostu ja za dużo wymagam nawet od lekkiego czytadła. Całe szczęście, że to się czyta jakieś 6 godzin, bo inaczej bym żałowała.

Jeśli moja opinia Cię nie zniechęca i chcesz wejść w posiadanie tej książki zapraszam na aukcję tu (do 19 sierpnia 2012).
tytuł oryginału: Italian for Beginners
tłumaczenie: Agata Żbikowska
Wydawnictwo: Otwarte
liczba stron: 347
oprawa: miękka
cena z okładki: 32,90 PLN
jak do mnie trafiła: wymiana

czwartek, 9 sierpnia 2012

Oko Jelenia - Andrzej Pilipiuk

"Pilipiuk jest dla mnie autorem, którego twórczość nie porywa - czyta się go szybko i "gładko", jednak nie zaznaczałam cytatów i nie myślałam z bijącym sercem o bohaterach. Jest też pisarzem na tyle intrygującym, że na pewno jeszcze się spotkamy." napisałam ledwie dwa miesiące temu przy okazji recenzji jednego z tomu cyklu o Kuzynkach Kruszewskich pana Andrzeja. Dziś... dziś po przeczytaniu całego cyklu Oko Jelenia nie podpisałabym się pod tą opinią z takim samym przekonaniem, jak wówczas.

Zarys historii Marka Oberecha narodził się długo przed zyskaniem przez Pilipiuka estymy, którą dziś się cieszy, przez te wszystkie lata czekając na "swoje pięć minut" przez co pierwszy tom prawie "zderzył się" z Panem Lodowego Ogrodu Grzędowicza - serią opierającą się na niemal identycznym pomyśle: osoba nam współczesna ma wykonać misję w średniowieczu. 
Recenzent, który pokusiłaby się jednak o doszukiwanie się podobieństw i "kalek" szybko poniosłaby sromotną klęskę, gdyż te serie różnią się od siebie absolutnie wszystkim. Zacznijmy choćby od miejsca akcji i realiów:  PLO osadzony jest na Midgaardzie, fikcyjnej planecie podobnej do Ziemi sprzed wieków, Pilipiuk starał się stworzyć alternatywną wersję historii Hanzy, starając się przy tym jak najwierniej oddać realia drugiej połowy szesnastego wieku w ogarniętej reformacją religijną Skandynawii oraz mieście Gdańsku przeżywającym swój złoty wiek. Uwspółcześniony język, jakim posługuje się autor, był celowym zabiegiem - dzięki temu czytelnik nie traci czasu na czytanie przypisów. Pilipiuk złagodził również nieco religijne aspekty życia ówczesnych ludzi, by, jak sam autor przyznaje, uniknąć ataków ze strony Radia Maryja.

Może i pilipiukowy scalak w pewnych aspektach (konkretnie darem języków) mgliście przypomina grzędowiczowy Cyfral, jednak porównanie Marka i Vuko to niezbyt udany żart. W moich oczach Pilipiuk ma niestety mały problem z tworzeniem postaci pierwszoplanowych. Nauczyciel informatyki Oberech, a nawet licealista Staszek, to istni ludzie renesansu - próbują swoich sił w produkcji antybiotyków, wiedzą medyczną i techniczną sypią niczym z rękawa, robienie szabelką mają we krwi, a Marek nawet uczy młodego Hansa Schicklgrubera wiersze pisać. Może z mojej strony to zwykłe czepialstwo, jednak do tej pory mam w pamięci superagentkę Katarzynę Kruszewską, dwudziestolatkę z większym doświadczeniem w pracy w CBŚ, niż mój znajomy emerytowany szef jednej z komórek... i, niestety, protagoniści Oka Jelenia niewiele od stereotypu pilipiukowego superbohatera odbiegją.

Osobiście miałam nieco mniej mgliste skojarzenia z Trylogią Husycką Sapkowskiego, choć Reynevan zdecydowanie mniej się na torturach nacierpiał i więcej podbojów miłosnych stało się jego udziałem. 
Czy dobrze, że Pilipiuk poruszył wątek religijny? Ano dobrze, w końcu religia była jednym z najważniejszych aspektów życia ówczesnej Europy, ale jakoś zabrakło mi rozwiązania dla wątku Bractwa Świętego Olafa. W każdym razie w kwestii wiary stawiam na Pilipiuka. 
Z tymi torturami... nie lubię takich wątków i tu mi zdecydowanie bardziej Sapkowski "podszedł".

5 z sześciu tomów Oka Jelenia bardzo mi się podobało, pozostały 6 tom to, potocznie mówiąc, zwykłe "wodolejstwo", ale kto by tam się tym przejmował. Pilipiuka czyta się przyjemnie, szybko i łatwo, na zmęczony umysł jest jak balsam. Podobno nie jest to oznaką dobrej jakości lektury, jednak jak lwica będę bronić tego cyklu - pomysł świetny, mrówcza praca włożona w zachowanie realizmu, sporo ciekawostek historycznych, umiejętne wplecenie wątków fantastycznych i rewelacyjne poczucie humoru. Zamiast trwonić czas na jakieś "wampiórcze", "wybrokatowane" brednie, można sięgnąć po tę lekką lekturkę, która przynajmniej czegoś uczy,  a z całą pewnością bawi. I to jak bawi!

Polecam!


wtorek, 29 maja 2012

Midnight Sun - Stephenie Meyer

Jestem intelektualną masochistką, zawsze nią byłam i pewnie już zawsze będę. Sagę Zmierzch przeczytałam dwa razy, bo nie mogłam uwierzyć, że są osoby, którym to się może naprawdę podobać, zastanawiałam się, czy to ze mną jest coś nie tak? Schematyczne, pełne kalek z popularnych seriali typu Roswell, Buffy itp., naiwne, płytkie, monotematyczne, nudnawe czytadło, które zapoczątkowało falę nekrofilicznych romansideł - jakim cudem to się może podobać, się pytam???

"Drugie Życie Bree Tunner" omijałam szerokim łukiem (to ta wampirzyca, która zostaje ocalona przez Cullenów, by zginąć z rąk Volturich, a w "Zaćmieniu" poświęcono jej pewnie jakieś trzy strony tekstu, więc zdajecie sobie sprawę, jak kluczową jest postacią), jak zresztą postąpię z wszelkimi przyszłymi wspomnieniami pozostałych osób, które pojawiły się w dziele życia Pani Meyer, łącznie z kelnerką z restauracji w Port Angeles oraz panem Bannerem od biologii.

Co zatem sprawiło, że Midnight Sun trafiło przed me oczy? Zapewnienie umiarkowanych fanów serii, że gdyby Meyer udało się wydać Zmierzch Edwarda, seria byłaby o niebo lepsza. Oszczędzę sobie i Wam długich wywodów na ten temat: o ile perspektywa Belli była płytka, to punkt widzenia Edwarda należy określić jako wklęsły! Chłopak ma ponad 80 lat, jego przemyślenia powinny wykraczać nieco poza ramy "jestem taki zły, chcę ją zabić, ale ją kocham, więc odejdę, ale nie mogę, bo kocham ją". To są jego pamiętniki, mówimy o nie-człowieku, który nie spał przez ponad 7 dekad, spędzał noce samotnie (powtórzę: 7 dekad! To już chore, nie wspominając, że również niezdrowe. Mało wiarygodne. Dziwne.) na poszerzaniu swej wiedzy poprzez, między innymi, czytanie, a mimo to jego językowi dużo brakuje do wyrafinowania, jakiego należałoby oczekiwać. Posunę się dalej - Meyer w oryginale czyta się lepiej, niż w tłumaczeniu, ale język i styl nie zyskują na tym praktycznie wcale: nadal są proste i naiwne. Krótkie zdania "szatkują" tekst, niezbyt wyszukane słownictwo pozwala prześlizgiwać się po nim bez skupienia uwagi - a to przecież nie jest zaletą żadnej książki. Akcja się ślimaczy (moje słownictwo też nie musi być wyszukane) przez to ciągłe rozpatrywanie tego, jaki to Edward jest niebezpieczny i jak on ją kocha... Postaci... ja już nawet nie mam ochoty szukać ani ładnego ani dosadnego określenia dla tych papierowych marionetek.

Podsumowując: Zmierzch oczami Edwarda, poza kilkoma, baaardzo nielicznymi, wydarzeniami, jakich zwyczajnie nie mogliśmy oglądać oczami panny Swann, niczym nie różni się od Zmierzchu Belli. Jeśli ktoś oczekuje odrobiny wspomnień z długiego nie-życia wampira, niestety się rozczaruje, zostały wciśnięte w pozostałe 250 stron cierpień młodego Cullena. Nadal nie rozumiem, co świat w tym widzi i czemu kręci się wokół kogoś takiego jak Bella Swann, Ja mówię pas!

Nie polecam. Nikomu. Nigdy. Pod żadnym pozorem. Nie i już!

środa, 9 maja 2012

Igrzyska Śmierci - Suzanne Collins

Wyobraźcie sobie, że w wieku jedenastu lat tracicie ojca w wypadku w kopalni, a matka pogrąża się w depresji tak głębokiej, że zwykle nie podnosi się z łóżka i nie jest w stanie zaopiekować się swoimi dwoma córkami. Państwo nie zapewnia świadczeń socjalnych, sąsiedzi żyją, podobnie jak wy, w skrajnej biedzie, dalszej rodziny nie macie. Taki los właśnie spotkał Katniss Everdeen cztery lata przed opisanymi w książce wydarzeniami. Kiedy ciężar utrzymania rodziny spoczął na jej barkach, dziewczynce brakowało kilku miesięcy do ukończenia dwunastu lat, kiedy mogłaby się zgłosić po pierwszy astragal (roczne zaopatrzenie jednej osoby w ziarno i olej). Ceną za tę "pomoc" jest dodatkowy los w dożynkowej puli. Jedna dodatkowa "szansa" na poniesienie śmierci ku uciesze znudzonej gawiedzi przed telewizorami. Katniss nie miała możliwości otrzymania nawet takiej pomocy, jednak nie poddała się, ponieważ pewien chłopiec rzucił jej przypalony chleb w chwili, kiedy śmierć głodowa stała się realnym zagrożeniem. "Głodowanie jest powszechne w Dwunastym Dystrykcie. Każdy widuje ofiary głodu. To starsi ludzie niezdolni do pracy. Dzieci ze zbyt licznych rodzin. Ofiary wypadków w kopalniach. (...) Głód nigdy nie jest oficjalną przyczyną śmierci. To zawsze grypa, wpływ warunków atmosferycznych albo zapalenie płuc. Nikt się na to nie nabiera."*
Pomoc syna piekarza dała Katniss nadzieję, którą dziewczyna przekuła w siłę, by pójść do lasu i zacząć kłusować - popełniać przestępstwo karane śmiercią. Tam spotkała Gale'a Hawthorne'a, dwa lata starszego chłopaka, którego ojciec zginął w tym samym wypadku. Po początkowym braku zaufania i dystansie ci dwoje stali się najlepszymi przyjaciółmi, dzieląc się wszystkim, co byli w stanie upolować. Gale zaczął nawet wspominać o wspólnej ucieczce, życiu w lasach z dala od Dystryktu Dwunastego.

Nazwa stworzonego przez Collins futurystycznego państwa powstałego na zgliszczach terytorium Stanów Zjednoczonych nie jest przypadkowa, jej geneza cofa się do starożytnego Rzymu, gdzie pospólstwo domagało się "panem et circenses" - "chleba i igrzysk". W trylogii Kapitol, stolica Panem, realizuje te postulaty w wyjątkowy sposób - Dystrykty zapewniają chleb, a co roku organizowane są Głodowe Igrzyska mające upamiętnić Poskromienie buntu i zrównanie z ziemią Trzynastego Dystryktu. Co roku każdy z ocalałych Dystryktów musi wyłonić w drodze losowania spośród dzieci w wieku od 12 do 18 lat jednego trybuta każdej płci. Na specjalnie przygotowaną do tego celu arenę wchodzi dwudziestu czterech trybutów, opuścić ją może tylko jeden zwycięzca.

Górniczy Dystrykt Dwunasty, najmniejszy i najbiedniejszy, w 73 dotychczasowych Igrzyskach doczekał się dokładnie jednego zwycięzcy - Haymitcha Abernathy'ego, pośmiewiska tłumów w upojeniu alkoholowym spadającego ze sceny, człowieka mającego być mentorem trybutów, jednak dbającego wyłącznie o swój kieliszek. Szanse Katniss  na wygraną są więc znikome.
Potencjalnie jeszcze mniejsze szanse ma drugi z trybutów, Peeta Mellark. O ile tryb życia Katniss przygotował ją jako tako do przetrwania poza siatką ogradzającą Dystrykt, o tyle Peeta nigdy nie musiał polować, jego zdolności zawierają się w sile fizycznej, skądinąd imponującej, oraz sztuce kamuflażu przyswojonej dzięki dekorowaniu tortów w piekarni ojca.

Po raz pierwszy od dawna prosta z pozoru historia tak głęboko mnie poruszyła. Czytając trylogię miałam wrażenie, jakbym obierała cebulę - powoli zdejmowałam kolejne warstwy, a im więcej ich opadało, tym większe łzy toczyły się po moich policzkach. Internet aż grzmi od spekulacji na temat tego, czy Katniss powinna ostatecznie związać się z przyjacielem od polowań, czy z chłopcem z chlebem, jednak miłosne perypetie tej trójki to tylko dodatek do tego, czym są tak naprawdę Głodowe Igrzyska - rzezią na którą, ku uciesze mieszkańców Kapitolu, posłano 1800 dzieci w przeciągu 75 lat; rozgrywką polityczną, wręcz zabawą, która za pomocą nadziei na przetrwanie, ma utrzymać w ryzach wycieńczonych z głodu, wyzyskiwanych obywateli; najokrutniejszym w dziejach reality show.

Jeśli pierwsze warstwy "cebuli" nie zostały przez czytelnika dokładnie zdjęte już na początku, kiedy Katniss idzie na plac by wziąć udział w dożynkowym losowaniu, zaczyna się to dziać w pociągu do Kapitolu -środku transportu, o którym czytamy:
"Otrzymaliśmy własne pomieszczenia z sypialnią, garderobą i prywatną łazienka z dostępem do gorącej i zimnej bieżącej wody. W domu nie mamy ciepłej wody, chyba że sobie podgrzejemy. (...) Jeszcze nigdy nie brałam prysznica. czuję się tak, jakbym wyszła na letni deszcz tylko wyraźnie cieplejszy."*
Dalej Katniss udaje się na kolację, opisując każdą z potraw, jakimi po raz pierwszy w życiu może się bez ograniczeń delektować, kwestię pożywienia i czegoś jeszcze oddaje najlepiej fragment z przygotowań do prezentacji trybutów:
"Zastanawiam się jakby mi się żyło w świecie, w którym jedzenie zjawia się po naciśnięciu guzika. Jak spędzałbym czas, który teraz poświęcam na przeczesywanie lasu w nadziei na znalezienie pożywienia, gdyby było tak łatwo osiągalne jak tutaj? Co robią całymi dniami mieszkańcy Kapitolu, poza ozdabianiem ciał i wyczekiwaniem na kolejne dostawy trybutów skazanych na śmierć dla rozrywki widzów?
Podnoszę wzork i widzę, że Cinna patrzy mi w oczy.
- Musisz nami gardzić - mówi."*
Zdejmowanie kolejnych warstw staje się coraz trudniejsze, każda z nich odkrywa kolejny koszmar, z którym przyjdzie się uporać Katniss, jeśli uda jej się zwyciężyć w Głodowych Igrzyskach.  Śmierć obcych osób, z którymi nigdy nie zamieniło się nawet słowa nie będzie chyba aż tak trudna, jednak nie wszyscy są nieznajomi.
 "Do dziś wyczuwam związek między Peetą Mellarkiem, chlebem, który dał mi nadzieję, a kwitnącym mniszkiem, źródłem wiary w to, że nie jestem skazana na śmierć. Nieraz odwracałam się na szkolnym korytarzu i napotykałam spojrzenie Peety, który w tej samej chwili odwracał wzrok. (...) Gdybym kiedyś miała okazję mu podziękować, pewnie nie byłabym teraz tak rozdarta. (...) Teraz jest za późno. oboje trafimy na arenę i stoczymy walkę na śmierć i życie. Jak miałabym mu dziękować w takich okolicznościach? Raczej nie uwierzyłby w moją szczerość skoro jednocześnie próbowałabym poderżnąć mu gardło."**
 "(...) już wyczuwam, że Peeta opracowuje plan działania. Nie pogodził się z losem. To oznacza, że dobry Peeta Mellark, chłopak, który podarował mi chleb będzie za wszelką cenę starał się mnie zabić."**


Miłość chłopca z chlebem może okazać się losem na loterii dla Katniss. Oto nieufna dziewczyna, która sama przyznaje, że niezbyt dobrze radzi sobie ze znajdowaniem przyjaciół, nagle staje się pożądana w oczach tłumów. Być może to pożądanie przełoży się na prezenty, chleb rzucany przez sponsorów na arenę dla podtrzymania ulubionych trybutów przy życiu. Czy Katniss i Peeta będą umieli odegrać rolę "nieszczęśliwych kochanków z Dwunastego Dystryktu" wystarczająco przekonująco? I jakie ewentualne korzyści przyniesie ta gra?

74 Głodowe Igrzyska zasieją w sercach obywateli Panem iskierkę nadziei, uczucia znacznie silniejszego od strachu.

Uważam, że dzieło Pani Collins zasługuje na zaliczenie w poczet lektur szkolnych. Świat się zmienia, kanon lektur pozostaje skostniały, pamiętam, że sama miałam problemy z docenieniem większości pozycji na liście obowiązkowej, a wychowywałam się w czasach, kiedy były 4 kanały telewizji, Internet w polskim domu był w powijakach, a w mojej rodzinie czytanie było formą odżywiania równorzędną z jedzeniem. To jest książka, która głęboko zapada w pamięć, można prowadzić niekończące się dyskusje na temat kwestii moralnych, wyborów do jakich zmuszają człowieka okoliczności, a opornym na wiedzę przy okazji wyszukiwania "słitaśnych fotek" Seneki Crane'a może rzucić się w oko trochę informacji o Senece Młodszym a nawet i Starszym, być może idąc tym tropem spojrzą też na imiona o klasycznym wydźwięku innych postaci.

Cała seria już za mną, mam jednak wrażenie, że to dopiero pierwsze jej czytanie w tym roku, może nawet miesiącu, ponieważ nie mogę przestać analizować faktów. Okazuje się, że bardzo oszczędna, sucha, pozbawiona refleksji relacja Katniss, którą na początku uważałam za minus, jest największą zaletą serii - ta historia żyje w nas, ewoluuje, nie daje spać, uzależnia. Pisząc ten tekst znowu odkryłam coś nowego. Prawdopodobnie nie będzie spoilerem podzielenie się tym przy okazji recenzji jednego z dwóch pozostałych tomów, ale na razie musicie mi uwierzyć na słowo.

POLECAM!


* str. 31, 43, 64
** str. 34, 58

tytuł oryginału: The Hunger Games
tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz
Wydawnictwo: Media Rodzina, 2009
liczba stron: 351
oprawa: miękka ze skrzydełkami
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: dolna półka w Auchan, 59 PLN/3 tomy

poniedziałek, 7 maja 2012

Anna we krwi - Kendare Blake

O ile w historiach o krwiożerczych stworach z innych planet, albo innych zmutowanych bestiach owładniętych morderczym szałem i grupce nastolatków stawiających im czoła li i tylko swą butną odwagą odnajduję zwykle powód do rzucenia książki, o tyle dobrze napisana historia o duchach to rarytas. Mimo, że prędzej uwierzę w stwory z kosmosu niż zjawy, to jednak te drugie czasem spędzają mi sen z powiek. Kiedy tylko zobaczyłam tytuł tej nowości na rynku wydawniczym, poczułam się zupełnie jak Cas, główny bohater "Anny we Krwi" - po prostu musiałam się tą sprawą zająć. Blake tyle obiecała samym tytułem: mroczną, gotycką tajemnicę zdolną sprawić, ze w dół kręgosłupa biegły mi zimne dreszcze...

Narracja prowadzona jest zblazowanym, nonszalanckim stylem właściwym dla stajni Marvel'a, którego fanką chyba jest autorka. U nich tak naprawdę nie ma ograniczeń fabularnych, idąc tym tropem tak właśnie postanowiłam więc tę książkę odbierać: komiksowy paranormal. 

Historia Anny we Krwi, straszliwej zjawy z Thunder Bay w Kanadzie, zostaje opowiedziana przez łowcę duchów, siedemnastoletniego Tezeusza Cassio Lowooda. Ojciec, po którym Tezeusz odziedziczył swój fach oraz athame, został w bestialski sposób zamordowany przez wyjątkowo silnego ducha dziesięć lat wcześniej. Cas, jak zwracają się do niego przyjaciele, (których nie ma, bo prowadzi życie samotnika, przeprowadzając się wraz z mamą-wikkanką i kotem z miejsca na miejsce w pogoni za zjawami), zaintrygowany w sprytny sposób przez znajomego Stokrotkę z Nowego Orleanu, postanawia zmierzyć się z duchem dziewczyny zamordowanej w niewyjaśnionych do końca okolicznościach sześćdziesiąt lat wcześniej. Okazuje się, że istnieje jakaś siła, która nie tylko przykuła szesnastolatkę do jej domu, ale również pozwoliła jej zachować pełną świadomość swego położenia, jednocześnie zmieniając ją w bezwzględną morderczynię rozrywającą na strzępy każdego, kto przekroczy próg jej więzienia. Każdego, oprócz Casa, coś bowiem powstrzymuje ją przed rozdarciem jego ciała, nie zabrania jednak na jego oczach zrobić tego z jego nowo poznanym kolegą. Muszę przyznać, że była to najmroczniejsza i zarazem najciekawsza scena całej książki - opis Anny jako bogini śmierci spływającej ze schodów w ociekającej krwią sukni jest świetny.
Tezeusz kilkakrotnie próbuje rozmawiać z Anną, która w jego towarzystwie przemienia się w potulnego aniołka (bogini śmierci jednak nie zasypia, o czym nieomal przekonuje się jego przyjaciółka, Carmel), i wydobyć z niej tajemnicę jej śmierci po dobroci. Kiedy to się nie udaje, organizuje wraz z przyjaciółmi (których najwyraźniej jednak ma) seans okultystyczny, podczas którego...
W każdym razie okazuje się, że Anna we Krwi to tylko jeden z problemów, z jakimi się Tezeuszowi przyjdzie zmierzyć, dzięki czemu my możemy trochę się dowiedzieć o wudu - z niewielką (a właściwie wydatną) pomocą wujka Google'a.

Z przykrością wielką muszę stwierdzić, że trend nekrofiliczny nie przeminął. Tezeusz Cassio, pogromca duchów, naturalnie się musiał w zjawie Annie zakochać, co oczywiście nieco komplikuje sprawę: "Nie ciesz się tak - mówię. - Zabiję cię tylko trochę."*. 
Obiecałam sobie jednak potraktować tę pozycję z komiksowym przymrużeniem oka - kiepska z tego karykatura Buffy, do "Ghost Busters" też się nie umywa, a i ta miłość taka przerysowana, wyluzowanym tonem z lekką nutką ironii wyznawana, że aż zabawna - jako czytelnik odbiera się ją prawie jak "pies z kreskówki na widok wózka z hot dogami."*. Bo gdyby tak przeanalizować ją na poważnie... oj, strach się bać!


* cytaty z książki, strona 301
tytuł oryginału: Anna Dressed in Blood
tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012
liczba stron: 319
oprawa: miękka
cena z okładki: 34 PLN

środa, 2 maja 2012

Dziedziczki - Andrzej Pilipiuk

Dziedziczki to trzecia i ostatnia osłona cyklu o Kuzynkach Kruszewskich. Po naszpikowanym różnościami tomie drugim do zapoznania się z tą częścią podchodziłam trochę jak pies do jeża, w końcu, jak zapowiedziałam przy okazji Księżniczki,  oczekiwałam urozmaicenia atrakcji o kosmitów, chupacabrę i Druidów, a w duchu obawiałam się hektolitrów jadu wylanych na szkolnictwo i politykę... Ale cóż, ciągnęło...

Początek wakacji. Stanisława tęskni za Kruszewicami tak bardzo, że, przy wydatnej pomocy umiejętności szpiegowskich Katarzyny, wykupuje majątek wraz z jego czterema mieszkańcami i bierze się za odbudowę dworu. Siedlisko ma być nie byle jakie: Sędziwój odtworzył projekt dawnej chluby rodu z pamięci, Stanisława zatrudniła do budowy adepta tajnej sztuki ciesielskiej oraz jego ukraińskich uczniów, a kuzynki snują plany przekształcenia majątku w gospodarstwo agroturystyczne.
Alchemik ruszyłby w świat w poszukiwaniu podobnych sobie, gdyby nie interwencja Bractwa Drugiej Drogi, zaś pogromcy wampirów udają się do Nidaros w ślad za niezwykle tajemniczym architektem ludzkości, a w Kruszewicach żyje się sielsko-wiejsko wszystkim, za wyjątkiem Moniki, która, po tysiącleciu spędzonym w ciele podlotka, najwyraźniej weszła szturmem w okres dojrzewania.

Podczas lektury tej części czułam się trochę jak kibic polskiej reprezentacji piłki nożnej: Pilipiuk przy piłce, ładnie mija przeciwnika (czyli pospolitego czytacza, jakim jestem), markuje podanie w lewo (pojawia się intrygujący wątek) i, tuż przed bramką, traci piłkę (a mogło być tak pięknie).

Na dwoje babka wróżyła, jak to mówią. 
Dziedziczki pod wieloma względami są słabsze od pozostałych dwóch części: akcja toczy się sennie, jak to bywa w letnie popołudnie na rozpalonej słońcem wsi, rzeka nadprzyrodzonych stworzeń najwyraźniej w tym skwarze wyschła i chupacabry nie uświadczyłam (nie oznacza to jednak, że nie spotkamy żadnego nowego mitycznego stwora - spotkamy, tylko pytanie: czy go zapamiętamy?), mniej akcji, więcej przepisów kulinarnych.
Dziedziczki są też lepsze, co zapewne spowodowane jest tym, że wydarzenia rozgrywają się w wakacje: nie ma opluwania systemu szkolnictwa, pilipiuczego domorosłego politykowania też jest mało, jeśli dobrze pamiętam ogranicza się ono do łapówkarstwa władz gminy byłego PGR Kurszewice. I Empik pojawia się chyba tylko raz.
Pilipiuk jest dla mnie autorem, którego twórczość nie porywa - czyta się go szybko i "gładko", jednak nie zaznaczałam cytatów i nie myślałam z bijącym sercem o bohaterach. Jest też pisarzem na tyle intrygującym, że na pewno jeszcze się spotkamy.
Na dwoje babka wróżyła.

Padło kilka goli po obu stronach, ale dokładnego wyniku nie pamiętam.
"Nic się nie stało!", pierwszy mecz o "Oko Jelenia" między tymi samymi drużynami niedługo się rozegra.

Za to te wydanie... cudne!


Recenzja Kuzynek tu
Recenzja Księżniczki tu
Wydawnictwo: Fabryka Słów
liczba stron: 304
oprawa: twarda
cena z okładki: 47,90 PLN
jak do mnie trafiła: Allegro, 32,99 ( z przesyłką)

czwartek, 26 kwietnia 2012

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Robert Wegner

Są takie książki, które łamią zasady, szturmem biorą czytelniczą świadomość, obalają stereotypy, osiedlają się w biblioteczce i, uzyskawszy autonomię, rządzą sprawiedliwie swoją półką.

Niespełna dwa lata temu na księgarnianym regale dostrzegłam okładkę - topór i miecz, czarna skała trawiona płomieniem. Nazwisko autora nic mi wtedy nie powiedziało, o tytule też wcześniej nie słyszałam. Urzeczona jednak prostotą, a zarazem magnetyczną siłą okładki i intrygującym tytułem "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" po prostu zajrzałam do środka. Wystarczył jeden akapit, bym wyszła z księgarni bogatsza o dwa zbiory opowiadań z pogranicza zupełnie nieznanego mi Imperium i przeczucie, że nie będę tej decyzji żałować. Było to niezwykłe nie tylko ze względu na hurtowy zakup dwóch książek nieznanego mi wcześniej autora, również dlatego, że opowiadania to w mojej biblioteczce rzadkość - przywiązuję się do bohaterów, krótkie formy zwykle na to nie pozwalają. Zwykle, za wyjątkiem opowiadań Wegnera. Na kontynuację tego genialnego cyklu, tym razem w formie powieści, musiałam jednak czekać aż półtora roku.

Verdanno, nieoficjalnie wspierani przez Czerwone Szóstki, ruszają do ojczyzny drogą najtrudniejszą z możliwych - przez góry. Doświadczenie wozaków w prowadzeniu karawany wspierane przez znajomość gór oddziału pod wodzą Kennetha pozwala ograniczać straty, co jednak będzie, gdy wydostaną się na równinę? Koczownicy Ojca Wojny, który najwyraźniej nie jest tak umierający, jakby się mogło wydawać, z całą pewnością ruszą na ich spotkanie. Z otwartymi ramionami. Otwartymi na tyle, żeby wygodnie napiąć łuk.

Dziewczyny z wolnego czaardanu wspierają Szczurzą Norę w rozwikłaniu zagadki wyjątkowo okrutnych i tajemniczych morderstw zacieśniających coraz bardziej pętlę wokół zamku miejscowego wielmoży. Co ciekawe, ten najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że jego poddani giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Kailean i Dagna być może wychowały się w siodłach i dworskie maniery są im obce, jednak od tej misji zależy ich życie, a nie będzie łatwo ją wypełnić pod niebem ze stali.

Powrót na meekhańskie pogranicze był dużo łatwiejszy, niż należałoby się po długim czasie, jaki minął od przeczytania poprzednich tomów, spodziewać - nie potrzebowałam przypomnienia, nie było żadnej stopniowej adaptacji do stylu autora... zupełnie, jakbym wczoraj rozstała się z bohaterami.

Rzadko zdarza się autor, który pisze tak minimalistyczne charakterystyki, a jednak jego bohaterowie są żywi i realni jak dobrzy znajomi. Jak Wegner to robi? Otóż zdaje się być orędownikiem starej zasady "nie słowa, lecz czyny" i tak, zamiast czytać podręcznikowy opis postaci Kennetha (gdzie, oprócz wyglądu zewnętrznego, autor musiałby wspomnieć o jego odwadze, sprawiedliwych osądach, pomysłowości, kręgosłupie moralnym, itd.), patrzymy, jak ten ryżowłosy mężczyzna obejmuje dowództwo nad Stajennymi, w jaki sposób stopniowo zdobywa zaufanie oddziału, przydzielonego mu niejako za karę. Wnioski na temat jego charakteru nasuwają nam się same, darzymy go też głębokim, godnym dowódcy, szacunkiem, niczym osobę z krwi i kości.
Czy coś zmienia nazwanie Verdanno upartymi lub zdeterminowanymi, kiedy widzimy karawanę przedzierającą się przez wąskie górskie ścieżki, balansującą na przełęczach i walczącą z surową przyrodą?
Czyny, nie słowa.

Wegner umie pisać, i to pisać tak, że natychmiast stajemy się częścią świata przez niego wykreowanego, wpadamy w wir zdarzeń i to rytm naszych serc odmierza czas od naciągnięcia cięciwy do upadku wroga rażonego strzałą... i tylko fakt, że siedzimy wygodnie na kanapie, a obok stygnie zapomniana kawa, pozwala podejrzewać, że to nie była nasza strzała, co więcej, konstatujemy zdziwieni, że w ogóle nie mamy łuku...

Autor postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, nie tylko napisał kontynuację cyklu opowiadań, zrobił to w zgoła odmiennej formie i... odniósł sukces. Powieść czyta się równie świetnie, co opowiadania, a nieco ponad 600 stron starcza zaledwie na niepełne trzy dni. Świetnie napisane postacie, genialnie wykreowany świat, pędząca na łeb na szyję akcja, żywe opisy potyczek i starć zbrojnych, mrożące krew w żyłach, momentami makabrycznie zobrazowane tortury, dreszczyk przechodzący po plecach, gdy odkrywamy nowy szczegół...
Dziś już wiem, że w tym rozbudowanym uniwersum nawet przekradająca się chyłkiem osoba czy najdrobniejszy detal mogą mieć ogromne znaczenie, a wszystko jest częścią doskonale zaplanowanej sagi. I to jakiej sagi! Mam nadzieję, że na tomie czwartym się nie skończy.

Mogłabym mnożyć zachwyty nad talentem Wegnera, a to i tak nie zmieniłoby faktu, że "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" to najlepszy "kawałek" polskiej fantastyki ostatnich lat, jaki można kupić. Szkoda tylko, że Peter Jackson raczej ich nie zekranizuje.

Pozycja obowiązkowa!

Recenzje pozostałych części:
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe.
Opowieści z meekhańskiego pogranicza.Wschód-Zachód.

Wydawnictwo: Powergraph
liczba stron: 624
oprawa: twarda, z mapą
cena z okładki: 47,00 PLN

Przypominam o trwającym konkursie

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Pan Lodowego Ogrodu. Tom III - Jarosław Grzędowicz

Zwykle "mniej znaczy więcej" - czy to w kwestii ubioru, wnętrzarstwa czy też literatury. Na "książkowym gruncie" można by tę regułę tłumaczyć na przykład tak, że jeśli wysyłamy Ziemianina na inną planetę z misją, to postarajmy się, aby elementów obcych było zawsze o jeden mniej, niż byśmy chcieli w naszym dziele umieścić, bo im bardziej udziwnimy ten obcy świat, tym mniej prawdopodobny on będzie. Tę złotą regułę bardzo ciężko jest zastosować w praktyce i często zdarza się, że coś idzie nie tak. Przykładem takiego nieumiarkowania w udziwnianiu świata przedstawionego wykazał się swego czasu Marek Utkin, Grzędowicz z Panem Lodowego Ogrodu znalazł się na bibliotecznej półce przeciwwagi, łamiąc przy tym zasadę umiarkowania na wszelkie możliwe sposoby.

Midgaard bardzo przypomina Ziemię za czasów legendarnego króla Ćwieczka (czyli głębokie, ciemne średniowiecze) - jedni są rolnikami, inni wojownikami, jedni wegetują w strachu, chłodzie i głodzie, drudzy na nich napadają. Jednak w zasadzie na tym podobieństwa się kończą. Ludzie z Midgaardu różnią się od Ziemian przede wszystkim fizycznie - weźmy chociażby ogromne oczy praktycznie pozbawione białkówki; zwierzęta zaś przypominają nasze swojskie czasem jedynie  z funkcji - wyobraźcie sobie na przykład, że dosiadacie ogromnego, rogatego, mięsożernego konia. Największa jednak różnica to obecność "czynnika M" (czyli magii) oraz fakt, że ten świat nie ma szans na jakikolwiek rozwój - jeśli postęp technologiczny wysuwa się poza wyznaczone w Pieśni Ludzi (normującej wszelkie aspekty życia - od odzienia i kształtu domów począwszy na wiedzy i umiejętnościach poszczególnych plemion skończywszy) ramy przychodzi Martwy Śnieg, który przynosi całkowity reset rzeczywistości.

Tyle by wystarczyło, by napisać całkiem ciekawą, może nawet dobrą powieść, Grzędowicz posunął się jednak dalej. Znacznie dalej.

Mamy dwa wątki i dwóch głównych bohaterów, zdarzenia i postacie tak różne, jak to tylko możliwe. Vuko i Filar nie tylko pochodzą z różnych planet, warstw społecznych, dzieli ich również wiek, doświadczenie, wiedza, temperament, sposób wysławiania, priorytety, światopogląd... słowem: wszystko. Czytelnika już od pierwszego tomu dosłownie skręca ciekawość, jak połączą się te dwa wątki. Zdradzę tylko tyle, że w wyjątkowo przewrotny sposób.

Zresztą, na brak szeroko rozumianej przewrotności u Grzędowicza nie można narzekać. Każdy z tomów wprowadza na scenę jednego z zaginionych naukowców, szaleństwo których ograniczone jest chyba jedynie możliwościami autora (hmm, czyli zgoła nieograniczone). W tomie pierwszym Van Dyken stworzył sobie świat rodem z Boscha i zamienił Drakkainena w drzewo, w tomie drugim brniemy głębiej w koszmar przez niego stworzony, kąpiemy się we krwi w Czerwonych Wieżach, by potem oglądać wraz z naszym przeklinającym po fińsku eks-entem lodowy drakkar. Tom trzeci to podróż tymże pseudowikińskim statkiem do Lodowego Ogrodu, więcej fińskich przekleństw, miriady disnejowskich wróżek, śpiąca królewna oraz Midgaardczycy z ich ogromnymi oczami śpiewający piosenkę z filmu "Nakarmić kruki". Nie wiem, co bierze Grzędowicz, ale poproszę to samo.

Dla mnie dobra książka to taka książka, która za mną"chodzi". To taka książka, która inspiruje, chociażby do zapoznania się z twórczością Boscha, słuchania w kółko piosenek, o których wspomina autor, sięgnięcia po lektury przez niego sugerowane. Dobra książka to taka, której bohaterowie są naszymi przyjaciółmi, a fabuła potrafi nam się przyśnić. Jarosław Grzędowicz wpisał się do mojego prywatnego kanonu autorów dobrych książek już pierwszym tomem Pana Lodowego Ogrodu, poprawił ten wynik drugim, a trzecią odsłoną przygód Drakkainena tylko mnie w tym utwierdził. Tylko, perkele, kiedy w końcu się ukaże się tom czwarty?


Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2009
liczba stron: 497
oprawa: miękka
cena z okładki: 33,00 PLN
Posłuchajcie wraz ze mną :)

  

środa, 11 kwietnia 2012

Dwie strony medalu - J.M.R. Michalski

Adam Czarniecki - przystojny, zbuntowany, niezbyt lubiany przez nauczycieli, uwielbiany przez liczne kochanki i "przeleciółki", lider lokalnej grupy hooligans z aspiracjami, by dowodzeni przez niego Pretorianie zajęli pierwsze miejsce w tabeli ustawek, organizator radomskiego Fight Club, wzięty imprezowicz, poeta, fascynat szachów, Paulo Coelho i historii, po śmierci brata-dealera skłócony z Bogiem.

Michał Bogucki - przystojny, uwielbiany przez wszystkich wokoło, doskonały uczeń, sportowiec, udziela się w miejscowym ośrodku pomocy społecznej, od lat z tą samą dziewczyną - modelką, gorliwy chrześcijanin, który każdy dzień zawdzięcza Bogu.

Najlepsi przyjaciele - jak to w życiu bywa przeciwieństwa się przyciągają.

Pewnego dnia w tej sielance pojawia się Alicja. Adam w pijackim widzie dostrzega tę czarnowłosą dziewczynę na dyskotece. Najpiękniejsza w klasie bez dwóch zdań (bo, oczywiście, chodzi do tej samej klasy), ku uciesze katechety ma plan zorganizować w swoim nowym rodzinnym mieście, Radomiu, scholę. Adaś jest ostatnim facetem, na którego by spojrzała, aż do momentu, kiedy ten brawurowo ratuje śliczną brunetkę przed gwałcicielami w ciemnym zaułku (sam przeciw wielu, ale przecież on ma swe tajemnice), gdzie trafił śledząc ją. Jeśli jeszcze nie zaświeciła się Wam lampka nad głowami, to informuję, że bardzo przypominało to scenę ze Zmierzchu, za wyjątkiem tego, że Adam, z oczywistych względów, nie słyszał myśli tych szumowin. Jak wiadomo "wielka miłość nie wybiera, czy ją chcemy nie pyta nas wcale", tych dwoje łączy zatem ogromnie ckliwe uczucie, jednak nie wszystko układa się jak w bajce.

Pan Michalski napisał w mailu do mnie "Bardzo podoba mi się sposób w jaki recenzuje Pani książki. Mam ogromną prośbę by zechciała również Pani zrecenzować moją powieść." Panie Janie, jest mi niezmiernie przykro, że nie mogę spełnić Pana oczekiwań względem tej recenzji. W Pańskiej lekturze (idąc za Pańską nomenklaturą z dalszej części maila) zbyt wiele rzeczy nie jest na miejscu.

Po pierwsze - postaci. Odniosłam wrażenie, że tworząc Michała i Adama autor wziął kawałek papieru i po jednej stronie wypisał cechy porządnego chrześcijanina, a po drugiej "tego złego". Przykłady? Michał pije piwo lub XV-wieczne francuskie wino, Adam - wódkę. Michał słucha Barry'ego White'a, Adam - Dżemu. Adam to brunet, Michał... zgadniecie?

Po drugie fabuła - w momencie pojawienia się na scenie Alicji wiedziałam, jak dalej potoczy się akcja. Nie będę tego komentować.

Po trzecie - dialogi. Rehabilituję niniejszym wszystkie paranormale ze Zmierzchem na czele. Meyer to wirtuozka wyznań miłosnych... Jeśli kiedyś pisałam, że dialogi przypominają monolog z podziałem na role - cofam to, wymyślę inne określenie dla tamtych, gdyż dopiero teraz doświadczyłam takich pseudo-dialogów.

Po czwarte - język. Niech sobie przeklinają, już nie raz podkreślałam, że w niektórych przypadkach, a hooligans do nich należą, uważam podwórkową łacinę za dozwoloną, wręcz wskazaną, jednak osiemnastolatkowie w roku pańskim 2011 na pewno nie będą "spaleni blantem". Nie będą też się do siebie zwracać "przyjacielu" w co drugim zdaniu. Pójdę o krok dalej: ludzie ocierający się o margines społeczny nie będą się do siebie zwracać zdaniami wielokrotnie złożonymi używając słownikowej polszczyzny.

Poza tym książka jest najeżona błędami stylistycznymi, interpunkcyjnymi, zdarzają się literówki, powtórzenia, przynajmniej raz pomyliło się imię jednej z postaci. Za co wzięło pieniądze dwóch redaktorów?

Dużym minusem były też zbliżenia walk na pięści z trzaskającymi kośćmi, podczas gdy najodważniejszą sceną erotyczną okazało się polizanie po uchu i rozpięcie spodni przez ich właściciela. Gdzie tu konsekwencja? Albo idziemy na całość: na ringu krew się leje, a oddechy w sypialni przyspieszają, albo rezygnujemy z obydwu "atrakcji".

Całość jest przesiąknięta chrześcijańską ideologią, jednak, ponownie, brakuje w niej konsekwencji - seks przedmałżeński? zakończenie (którego tu nie przytoczę, bo może ktoś się mimo wszystko skusi na przeczytanie)???

Nie potrafię sprecyzować grupy docelowej. Młodzież - Wszechpolska chyba? Dorośli - tylko po co? Chłopcy (tfu! chciałam rzec: MĘŻCZYŹNI osiemnastoletni) - i o tych wszystkich "kochamciach nadżyciemciach" mają niby czytać, kiedy sam autor podsuwa alternatywę w postaci Mario Puzo i Chucka Palahniuka? Dziewczęt... KOBIETY osiemnastoletnie, znaczy - losy kibola nieudolnie indoktrynowanego przez dziewczynę-żonę_przyszłą i przyjaciela raczej ich nie zainteresują. Boję się wymieniać dalej.

Mimo usilnych chęci znalezienia jakiegokolwiek pozytywu (a wiecie, że zawsze się staram je znaleźć) muszę wyznać, że jest to jedna z najgorszych książek, jakie przyszło mi przeczytać i zrecenzować.

Nawet okładka mi się nie podoba.

Wydawnictwo: Lucky
liczba stron: 207
oprawa: twarda
cena z okładki: 22,00 PLN
jak do mnie trafiła: przesłana przez autora

wtorek, 27 marca 2012

49 idzie pod młotek - Thomas Pynchon

Drogi Mucho,

W odpowiedzi na Twój list, choć, ze względu na dziwny komunikat na kopercie ("O obscenicznych przesyłkach powiadom natychmiast swojego glistonosza"), nie mogę mieć pewności, czy rzeczywiście Ty go wysłałeś, muszę Ci opowiedzieć o sieci dziwnych wydarzeń, w którą wplątał mnie Pierce czyniąc współwykonawczynią swojego testamentu. W innych okolicznościach pewnie nawet bym nie zwróciła uwagi na kopertę, ale w chwili obecnej sama już nie wiem, komu i czemu mogę wierzyć, wiem za to na pewno, że wszyscy jesteśmy częścią jakiejś ogromnej mistyfikacji (a może to ja jestem jej celem, podczas gdy wszyscy wokół są w pełni świadomi tego, co się naprawdę dzieje?).

Wszystko zaczęło się w "Ekranie", knajpce z elektroniczną muzyką na żywo, gdzie poszliśmy z Metzgerem. Klientelę stanowili głównie pracownicy Yoyodyne, która też należała do Pierce'a (mam coraz silniejsze przeczucie, że Inveriarty był właścicielem całego San Narciso i nie tylko). Okazało się, że Yoyodyne ma swoją własną pocztę, z której każdy musi skorzystać przynajmniej raz w tygodniu. Trochę to dziwne, nie uważasz? Potem w toalecie damskiej znalazłam ogłoszenie, którego autorka radziła pisać przez ŚMIETNIK, a pod ogłoszeniem narysowany był tajemniczy symbol (teraz już wiem, że to trąbka pocztowa zatkana tłumikiem), co wydało mi się jeszcze bardziej podejrzane.

Mam jakieś surrealistyczne przeczucie, że z tym wszystkim ma związek tajemnicze Trystero, które się wszędzie przewija - nawet w sztuce Wharfingera "Tragedia kuriera", na którą poszliśmy z Metzgerem, żeby się dowiedzieć, o co chodzi z kośćmi żołnierzy z jeziora i jak ta historia łączy się z filtrami do papierosów (to długa historia, opowiem Ci ją po powrocie).

Chętnie poszłabym do doktora Hieronimusa, może on pomógłby mi to jakoś poukładać, ale coraz mniej odpowiadają mi jego metody. Czy wiesz, że znów proponował mi LSD? Wiem, że jego paranoja przy rozmiarach mojej jest niewielka, ale to chyba jednak przesada?

Powoli zbliżam się do prawdy, być może następny list wyślę przez ŚMIETNIK?

Twoja,
Edypa

***

Taki list zapewne mógłby wyjść spod ręki Edypy, głównej bohaterki powieści czołowego twórcy postmodernistycznego, Thomasa Pynchona. Jeśli wydał on się Wam zagmatwany, niejasny i co najmniej dziwny, a uczucia te zwykle obniżają Waszą ocenę jakiejkolwiek książki, powinniście tej pozycji unikać jak ognia. Jeśli jednak uznacie, że taki poziom paranoi w literaturze Wam odpowiada, a nawet jesteście gotowi na więcej - nie zwlekajcie - może się okazać, że Pynchon stanie się jednym z najbardziej cenionych przez Was twórców. Jako dodatkowy atut może posłużyć fakt, że umiejętności Pynchona do przeplatania literackiej fikcji z prawdą historyczną są wprost nieograniczone, dzięki czemu, przy odrobinie wiedzy ogólnej, czytelnik zasiada do wyrafinowanej uczty intelektualnej, z każdym kęsem coraz bardziej podziwiając kucharza.

Podsumowując: przyjemność z czytania jest wprost proporcjonalna do sumy tolerancji paranoi i wiedzy ogólnej czytelnika.

Zdecydowanie polecam!

tytuł oryginału: The Crying of Lot 49
tłumaczenie: Piotr Siemion
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2009
liczba stron: 224
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: Selkar, 27,00 PLN

piątek, 2 marca 2012

Zawsze przy mnie stój - Carolyn Jess-Cooke

Niechęć do nowości wydawniczych, a tym bardziej "światowych bestsellerów", "sprzedanych w milionach egzemplarzy" powoli przybiera u mnie formę fobii. Jeśli widzę hasło "nareszcie w Polsce" profilaktycznie odwracam się od półki sklepowej i chwytam coś ze starej, dobrej gwardii i zwykle jest to bardzo dobre posunięcie. Szum wokół powieści Carolyn Jess-Cooke w ubiegłym roku był przeogromny - bilbordy, plakaty, pochlebne recenzje, konkursy, rzadko się zdarza, że reklamy nowości wydawniczej człowiek nie znajduje jedynie we własnej lodówce (ja po drodze do pracy mijałam ich co najmniej pięć), co działało na mnie jak przysłowiowa płachta na byka, a i wszechobecna anielska tematyka raczej nie zachęcała mnie do zapoznania z jej treścią.

Jak od każdej reguły zdarzają się wyjątki, tak pośród współczesnych światowych bestsellerów trafiają się całkiem przyzwoite pozycje, chociaż ciężko je w romantycznie nadprzyrodzonym tsunami wychwycić. Zawsze przy mnie stój to jedna z takich pozycji.

Powieść Cooke opowiada historię Margot Delacroix, której przypadło w udziale być swoim własnym aniołem stróżem. Ruth, bo takie imię nosi w anielskim wydaniu, ciężko jest zachować neutralność - traktuje swoją misję jako szansę na naprawienie błędów z przeszłości,  stara się odwieść swoją Istotę Chronioną od popełnienia tych samych błędów - wypowiedzenia w złości tych samych słów, pokochania nieodpowiednich mężczyzn, w końcu od ogromu bólu, przez który sama przeszła, sierocińca rodem z horroru, śmierci najbliższych, narkotyków zapijanych alkoholem, depresji poporodowej, kłopotów małżeńskich, błędów wychowawczych, ma nawet nadzieję wprowadzić jej życie na nowe tory. Podobnie, jak Margot w swojej własnej ziemskiej egzystencji, anioł-Ruth doznaje upadków, nie jest tylko bezstronnym obserwatorem - wielokrotnie leczy Margot z ran ciała i ducha, kocha, nienawidzi, nawet pożąda, traktuje swoją podopieczną jak dziecko, chce ją ukształtować.

Coraz częściej w nowościach wydawniczych upływ czasu w świecie opisywanym przez autora wyznacza głównie przewracanie kolejnych stron przez czytelnika - nie ma dojrzewania, nie ma refleksji, są tylko znaki zapełniające puste kartki. Tutaj tak nie jest. Ruth dorasta wraz ze swoją podopieczną i sama też ewoluuje. Mamy wrażenie, że od momentu narodzin Margot do znalezienia się obu bohaterek w Nowym Jorku rzeczywiście upływa 19 lat, rzeczy nie dzieją się wyłącznie "tu" i "teraz", zdarzenia mają swoje konsekwencje, kształtują osobowości postaci, wpływają na otoczenie. W drugiej fazie pobytu w Nowym Jorku drogi Ruth i Margot nie nakładają się już na siebie tak ściśle, jak teoretycznie powinny, co stanowi następstwo posiadania wolnej woli przez obie bohaterki. Cooke wyszła też poza ramy "usłanego różami" życia zbuntowanej panienki, czyniąc życie Ruth-Margot wyboistą ścieżką z niebezpieczeństwami czającymi się na każdym kroku

Nie byłabym sobą, gdybym nie zauważyła jakichś mankamentów. Anielskie bytowanie Ruth miejscami jest jakby prowizorycznie posklejane z fabułą scotchem "bo taki był pomysł autorki" brakowało mi solidnego spoiwa, dzięki któremu nie wisiałby nad moją głową wielki znak zapytania - z jednej strony Ruth ma nie ingerować, z drugiej wielokrotnie ratuje Margot od śmierci; z jednej strony jako anioł nie jest zdolna do negatywnych uczuć, z drugiej nienawidzi; z jednej strony powinna przyjmować rzeczy "na wiarę" i jest świadoma, że Bóg widzi każdy jej krok, z drugiej nadal ma ludzką wolną wolę i gorące serce, podejmuje decyzje, a także zdarza jej się robić coś za Jego plecami mając świadomość łączącej ją z Nim nieprzerwanej więzi w postaci skrzydeł. Trochę brak tu logiki.

Kolejnym mankamentem są sceny bitwy między aniołami i demonami , gdzie zabrakło trochę kunsztu - sprawiają wrażenie napisanych oddzielnie i wrzuconych w tekst pomiędzy "tuż przed" i "tuż po" zupełnie jakby zastąpiły wcześniejszy "wypełniacz", może niezbyt dobry, a może niezbyt spektakularny. W każdym razie dla mnie były niespójne i stanowiły zgrzyt dla całkiem równej, dobrze prowadzonej narracji bezpośredniej.

Pozycja godna polecenia, na pewno bardziej wartościowa, niż 80% bestsellerów New York Times'a, może nie wybitna, ale inna tą "dobrą innością", historia nie stanowiąca mieszanki sześciu różnych pozycji z tego samego gatunku i w dodatku stanowiąca zamkniętą całość bez szans na "trylogię w pięciu odsłonach", czy inne kuriozum.

Muszę przyznać, że jest to jeden z nielicznych przypadków, kiedy polski tytuł jest lepszy od oryginalnego, nie rozumiem tylko, dlaczego w obu wersjach językowych na okładce pojawia się ciemnowłosa dziewczynka - nijak nie wiąże się to z fabułą.

Jak dla mnie książka wpisuje się bardziej w nurt realizmu magicznego, niż jakiegokolwiek gatunku fantastyki.

tytuł oryginału: The Guardian Angel's Journal
tłumaczenie: Małgorzata Kafel
Wydawnictwo: Otwarte, 2011
liczba stron: 320
oprawa: miękka
cena z okładki: 34,90 PLN

***
Już za pięć dni meekhańskie pogranicze spłynie krwią pod Niebem ze stali. To jest nowość, której od prwie półtora roku wypatruję z niecierpliwością! A Wy?

środa, 29 lutego 2012

Jedyne dziecko - Jack Ketchum

Jack Ketchum to pisarz, o którym w blogosferze ostatnio jest bardzo głośno. Do tej pory nie kusiła mnie przyjaźń z Dziewczyną z sąsiedztwa, nie nęcił też kurort Poza sezonem, z tej prostej przyczyny, iż autorka Książki w Mieście zdecydowanie chętniej zwiedza smętarze przemieszczając się między nimi starym plymuthem, a Stukostrachy wystarczająco skutecznie mrożą jej krew w żyłach.  Dopiero Ewa (nomen-omen fanka Króla) i Isadora swoimi recenzjami, a właściwie tym, co wyczytałam między wierszami, przekonały mnie do Jedynego dziecka skuteczniej niż sam Stephen King.

Artur Danse, przystojny ciemnowłosy restaurator po trzydziestce, jest szanowanym członkiem społeczeństwa, szczęśliwie żonaty, jedno dziecko. Pochodzi z rodziny, w której despotyczna matka odgrywała dominującą rolę. Jako dziecko spowodował pożar lasu i, jak podejrzewa lokalny stróż prawa, znęcał się nad zwierzętami. Kiedy coś idzie nie po jego myśli, miewa napady furii. Lubi perwersyjny seks, na który obopólna zgoda nie jest mu potrzebna. Rozwijający się interes zmusza go do częstych podróży służbowych, swoją nieobecność wynagradza dziecku coraz to nowymi zabawkami. I lekcjami życia. Bolesnymi lekcjami, których żaden człowiek, a tym bardziej żadne dziecko,  nie powinno otrzymać z rąk innej istoty ludzkiej. Ale Arthur ma misję: musi uświadamiać ludzi, że nie powinni czuć się bezpieczni.

Jedyne dziecko to wstrząsająca lektura, niektóre sceny nawiedzają czytelnika niczym złe duchy, inne budzą bardzo silne emocje - od współczucia po nienawiść, od bezsilnej złości po dogłębne poczucie niesprawiedliwości. Jest to lektura poruszająca bardzo ważny i trudny temat, który zbyt często zostaje za zamkniętymi drzwiami - molestowania dzieci i walki jednego z rodziców (najczęściej matki) z potworem i z systemem.

Problem polega na tym, że, mimo wszystko, nie jest to lektura wybitna - fabuła tak przejrzysta, że aż przewidywalna, tematyka tak poruszająca, że aż odrzuca, poza tym napisana prostym, wulgarnym językiem, a na domiar złego w polskim wydaniu na tyle źle zredagowana, że aż woła o pomstę. Arthur Danse to wręcz "książkowe" studium psychopatycznego misjonarza, syndrom ofiary Lydii  jest niemal jak wielki neon na pustyni... bywały też niestety momenty, w których miałam ochotę "zamknąć drzwi i zakluczyć na dwa zamki" (cytat z książki, s. 49) za błędami stylistycznymi i językowymi (to wydanie) oraz natłokiem niekoniecznie uzasadnionych okazów rynsztokowej łaciny w narracji (to Ketchum).
 
Nie wiem, czy mąż Sherry Nance, której historia zainspirowała Ketchuma do napisania Jedynego dziecka, był pierwowzorem postaci Arthura, ale z opowieści o seryjnych mordercach Thomas Harris parę lat temu sprawił, że zaczęłam się tym tematem interesować, Ketchumowi by się to nie udało. Muszę jednak oddać sprawiedliwość - przez ostatnie kilkadziesiąt stron straciłam poczucie czasu na tyle, że spóźniłam się na umówione spotkanie...

Umiarkowanie polecam.
tytuł oryginału: Only child
tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
liczba stron: 322
oprawa: miękka
cena z okładki: 33,90 PLN

poniedziałek, 6 lutego 2012

Tom Holt - J.W. Wells &Co.

Comic fantasy to dość specyficzny gatunek, który nie każdemu przypada do gustu. Nie dość, że ocieka groteskowym humorem, to jeszcze pełno w nim magii, dziwacznych postaci, które dokonują niedorzecznych czynów w świecie stanowiącym zwierciadlane odbicie naszego własnego - zapomniałabym dodać: oczywiście jest to krzywe zwierciadło - a rozwoju wydarzeń można się spodziewać pod warunkiem, że cierpi się na tę samą chorobę psychiczną, co autor... Osobiście cenię sobie ten chaotyczny korowód nieprzewidywalnych postaci uwikłanych w kuriozalne epizody w absurdalnym kontinuum czasoprzestrzennym.

Na brytyjskiego przedstawiciela tego nurtu, Toma Holta, natknęłam się niejako przypadkiem i pewnie przeszłabym obok niego obojętnie, gdyby nie to, że jego twórczość porównuje się do samego Terrego Pratchetta, a trzecią z kolei część cyklu o J.W. Wells & Co. poleca nie kto inny, jak Christopher Moore. W Polsce autor nie jest zbyt dobrze znany, nakładem Prószyńskiego ukazały się trzy pierwsze tomy JWW, Bellona wydała zaś jedną z jego powieści historycznych.

Przenośne drzwi
Paul Carpenter to, posługując się terminologią Ch. Moore'a, typowy samiec beta - niezbyt urodziwy, inteligentnym byście go nie nazwali, raczej fajtłapowaty, odwagą nie grzeszy, zaradność w jego wydaniu ogranicza się do unikania zepsutego jedzenia, jest pozbawiony jakichkolwiek godnych uwagi cech charakteru czy przydatnych umiejętności, a jego życie towarzyskie zwyczajnie nie istnieje. Pewnego dnia jego rodzice pakują cały swój dobytek, wyjeżdżają na Florydę, zostawiając tym samym syna bez środków do życia.

Poznajemy Paula w poczekalni firmy J.W. Wells & Co., gdzie czeka na rozmowę kwalifikacyjną. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że i tym razem mu się nie poszczęści - pozostali kandydaci wywierają zdecydowanie bardziej pozytywne wrażenie i na pewno są lepiej przygotowani do rozmowy. W sali konferencyjnej jego przypuszczenia nabierają realnych kształtów - nie umie odpowiedzieć na żadne z postawionych przez dość oryginalnie wyglądającą komisję pytań ( nie pomijając tych z kategorii: którego z członków swojej rodziny by pan zabił i dlaczego...). Jakież jest jego zaskoczenie, kiedy parę dni później znajduje w skrzynce na listy informację, że został przyjęty.

Po dopełnieniu formalności (jak np. podpisanie umowy objętością przywodzącej na myśl Biblię) zostaje zaprowadzony do gabinetu, gdzie wraz z poznaną w dniu rekrutacji chudą dziewczyną (Sophie), w której oczywiście zakochał się od pierwszego wejrzenia, stawia pierwsze kroki w dorosłym życiu segregując sterty nudnych arkuszy kalkulacyjnych. Co jest ciekawe, ani on, ani jego współpracownica, nie mają bladego pojęcia, czym właściwie zajmuje się chlebodawca, nie mają też śmiałości spytać... Prawda wychodzi na jaw sama, gdy pewnego dnia oboje nie opuszczają biura przed zaryglowaniem drzwi i stają oko w oko z faktycznymi właścicielami budynku przy St Mary Axe 70...

Śniło ci się
Paul i Sophie są w sobie zakochani, przy czym ona codziennie pragnie rozmawiać o ich związku, on zaś spodziewa się odrzucenia. Oboje nadal pracują w JWW, czemu zresztą nie należy się dziwić - w końcu umowa o pracę jest dożywotnia. Pewnego dnia każde z nich dostaje skierowanie na staż do innego działu - on ma zostać bohaterem pod okiem Rickiego Wurmtotera (który postawił mu lunch pierwszego dnia pracy i w dodatku wydaje się być jedynym sympatycznym członkiem zarządu), ona dostaje przeniesienie aż do Hollywood, by stamtąd wspierać dział PR pod kierownictwem hrabiny Judy di Castel'Bianco. Jego przeraża wizja walki ze smokami i przebijanie wampirów kołkiem, ona przed wyjazdem zrywa ich związek, tłumacząc to jego niedojrzałością.

Na szczęście bohaterstwo Paula zdaje się ograniczać głównie do wypełniania formularzy (nie licząc przypadkowego zabicia małego smoka) i wizyt w Banku Umarłych, jednak wokół niego dzieją się coraz bardziej dziwaczne rzeczy. Akcja odbicia Rickiego z lochów zamku ciotki Grendela kończy się fiaskiem, a sny Carpentera nie tylko stają się coraz bardziej przerażające, są one w dodatku coraz bardziej realne. Ponadto prześladuje go stary rower z przykrą alergią na imiona, który domaga się od Paula udzielenia ratunku mocno enigmatycznej "jej"...

Ziemia, powietrze, ogień i... budyń
Paul Carpenter nadal kocha Sophie, ona jego - niekoniecznie. Fakt, że ocalił świat nie przysporzył mu szacunku czy zaszczytów, których moglibyśmy się spodziewać. Życie przysparza mu coraz to nowych rozczarowań, których przyczyną mogą być jego uszy, albo całkowity brak pewności siebie. W dodatku kochliwość, która go charakteryzuje, stanowi niewyczerpane źródło upokorzeń i kłopotów.

Kiedy nowy członek zarządu, Frank, proponuje mu pozbycie się obecnego Paula Carpentera na dobre dzięki prostej magii skutecznej, Paul przyjmuje propozycję bez wahania i tym oto sposobem staje się Philipem Marlowe'em - swoim całkowitym przeciwieństwem. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że ktoś znowu dąży do zniszczenia świata, jakim go znamy, a Paul jest w końcu bohaterem...

Podsumowanie
Oprócz głównych postaci i firmy JWW poszczególne trzy części mają ze sobą wiele wspólnego: w każdej występują przenośne drzwi - urządzenie, które początkowo służy Paulowi do krótkich wypadów wakacyjnych w porze lunchu; w każdej z części Paul obowiązkowo umiera; w każdej części eliminowany jest jakiś członek zarządu; w każdej części Paul dowiaduje się o sobie czegoś absolutnie nieprawdopodobnego i odbierającego mu argumenty do niskiej samooceny (nieskutecznie); wszystkie trzy części zamieszkują nie tylko istoty ludzkie, spotkamy tu też gobliny, elfy czy duchy; w każdej części ktoś obowiązkowo musi wypić eliksir miłości; itd., itp...

Język autora jest raczej potoczny, choć podziękować należy tłumaczowi za złożone zdania i brak błędów stylistycznych, a wydawnictwu za brak literówek. Podobały mi się bardzo nawiązania do literatury - lekturą obowiązkową w pracy Paula jest Beowulf, na podłodze wala się faktura wystawiona na pana D. Graya za renowację starego portretu, a odniesień do Tolkiena nie podejmuję się zliczyć. Wiele jest również ukłonów w stronę Star Wars czy Star Trek, a także (za co autorowi pięknie dziękuję) do Doctor Who. 

Lektura jest bardzo równa, nie ma przestojów, co doskonale ukazuje pisarskie doświadczenie i dojrzałość autora. Stanowi to najsłabszą stronę serii - krótkie chwile ekscytacji pod koniec każdego tomu sprawiają, że nie tęsknimy za bohaterami tak bardzo, jak to się często dzieje w przypadku książek, gdzie przestój bywa na porządku dziennym. Plusem takiej jednostajności jest natomiast to, że można przeczytać tom po tomie trzy części cyklu w przeciągu tygodnia, nie znudzić się nimi i żałować, że nie ma się ich więcej pod ręką.

Z dwóch wspomnianych na wstępie pisarzy porównałabym twórczość Holta raczej do Christophera Moore'a, chociażby ze względu na tło - wielkie, istniejące w rzeczywistości miasto - jednak i pratchettowskie skojarzenia się nasuwają - np. nieco podobny sposób kreowania postaci. Są to jednak tylko luźne skojarzenia, bo Holt porównań do "wielkich" tego nurtu nie potrzebuje, może śpiewająco wybronić się sam.

Polecam przede wszystkim fanom comic fantasy!


wtorek, 31 stycznia 2012

Marionetki - Paweł Jaszczuk

Lubię kryminały - krwawą tajemnicę, mroczne sekrety ludzkiej duszy, genialnych detektywów, przebiegłych złoczyńców... moja sympatia dla tego gatunku beletrystyki wzrastała na żyznym gruncie Conan Doyle'a i Agathy Christie, nic więc dziwnego, że i współczesny kryminał w stylu retro przyciąga jak magnes moją sentymentalną duszę. Najnowsza propozycja z serii ABC Prószyńskiego skusiła mnie wizją Lwowa w sepii i makabryczną zagadką w obliczu której staje para dziennikarzy, aż zacierałam z uciechy dłonie rozpakowując przesyłkę, by niedługo później łapczywie zacząć czytać...

Marionetki to lektura nierówna - początkowo akcja pędzi na łeb na szyję, czytelnik ma wrażenie, że w każdym rozdziale pojawia się nowy trup, a Jaszczuk zdaje się konkurować sam ze sobą w wymyślaniu coraz bardziej wyszukanych metod uśmiercania kolejnych ofiar. W pewnym momencie kończą się makabryczne zbrodnie, a ich miejsce zajmuje zaciskająca się wokół szyi Jakuba Sterna pętla, pełne dziwnej symboliki senne majaczenia, podlane marcowym problemy małżeńskie, intrygi w redakcji i coraz bardziej nieudolne próby ukrycia przez autora tożsamości mordercy, a wszystko to na tle dręczonego letnim upałem Lwowa, w którym właśnie się odbywa festiwal marionetek. Pod koniec akcja znów nabiera tempa dzięki zastosowaniu w kulminacyjnym momencie dość ciekawego zabiegu wprowadzenia drugiego narratora trzecioosobowego, a wszystko to owocuje zaskakującym (no, może za wyjątkiem personaliów zabójcy) zakończeniem.

Mimo tej nierówności książkę Jaszczuka czytałam z niesłabnącą przyjemnością, której towarzyszyła kołacząca się gdzieś na skraju świadomości myśl, że za kilkadziesiąt lat powieści tego autora będą, jeśli w ogóle, czytane ze słownikiem w ręku. Bynajmniej nie mam tu na myśli słownika gwary lwowskiej, czy żydowskiej - te znajdziecie na końcu - autor zafundował nam wspaniałą podróż po meandrach naszego pięknego języka, wtrącając co jakiś czas słówko czy dwa do stylizowanej na późne lata 30 ubiegłego stulecia rozmowy toczącej się "we Lwowi".

Spodziewałam się czegoś innego, może bardziej mrocznego, może nieco bardziej retro - wydawca obiecywał dokładnie taką przygodę, nie jestem jednak zawiedziona. Jaszczuk wykorzystał potencjał każdej z tych ścieżek jak na mój gust nieco połowicznie, ale i tak na tyle intrygująco, że polecam tę lekturę na dwa mroźne wieczory - świetna odskocznia od zaróżowionych zimową aurą policzków i marznącego oddechu. Chętnie też sięgnę po inne książki tego autora.

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 344
oprawa: miękka
cena z okładki: 32 PLN

niedziela, 15 stycznia 2012

Pałac tajemnic - Agnieszka Pietrzyk

Jak dobrze znacie swoich sąsiadów? Jeśli mieszkacie w większym mieście pewnie kojarzycie z wyglądu panią spod 5, może wiecie, że pan spod 20 ma psa, a pod 47 mieszka rodzina patologiczna. W mniejszej miejscowości pewnie znacie większość (jeśli nie wszystkich) z nazwiska i wielokrotnie z nimi rozmawialiście, chociażby o pogodzie. Czy potrafilibyście wśród nich wskazać mordercę?

W małej mazurskiej miejscowości Ponary stoi zabytkowy pałac wykorzystywany obecnie na mieszkania gminne. Pewnej sierpniowej nocy zostaje tam popełniona okrutna zbrodnia - ktoś zamordował rosyjskie małżeństwo, a ich 15-letnia córka zaginęła. Alicja Prus, początkująca pisarka, wprowadza się do mieszkania, w którym dokonano zbrodni, by zebrać materiały do swojej nowej książki i, być może, rozwiązać zagadkę.

Poszczególne rozdziały są sprawozdaniem z kolejnych etapów śledztwa prowadzonego przez Alicję, większość zawiera relacje lokatorów pałacu z tej feralnej nocy, oskarżenia rzucane na sąsiadów. Nie jesteśmy jednak wtajemniczani w punkt widzenia samej protagonistki - może za wyjątkiem odrzucenia osób, które ze względów oczywistych można z miejsca wykluczyć z kręgu podejrzeń - co daje nam szansę prowadzić równoległe śledztwo.

Oglądamy zaledwie fragment prywatnego życia Alicji - autorka ukazuje nam strzępki zdarzeń (np. ojca czytającego jej do snu), które ukształtowały jej osobowość i, pośrednio, przywiodły do Ponar. Osobiście uważam taki wybieg za plus - poznawanie życia od kołyski i przemyśleń aż po plany emerytalne głównej bohaterki powieści liczącej sobie 250 stron byłoby lekką przesadą, wyglądającą raczej na chęć zwiększenia objętości książki, niż usprawiedliwiony fabułą krok.

Wyróżnikiem stylu Pani Pietrzyk zdecydowanie są wielokrotnie złożone zdania, rzadkość wśród współczesnych nam pisarzy. Autorka starała się każdej postaci przypisać styl wypowiedzi właściwy dla profesji czy pochodzenia społecznego i tak np. drobny przestępca Mariusz mówi lekko chaotycznie, nie dbając przy tym o piękno języka, czego z kolei nie da się powiedzieć o starszej pani - był to dobry wybór, dzięki któremu każda z postaci stała się charakterystyczną jednostką, a nie papierowym zapychaczem miejsca.

Muszę przyznać, że lektura Pałacu tajemnic sprawiała mi przyjemność - nie dość, że ładnie napisane, to jeszcze autorka pozwoliła mi samej szukać rozwiązania zagadki (które też okazało się zaskakujące). Bardzo przyjemne czytadło na jeden zimowy wieczór. Raczej nie będę o nim długo pamiętać, z pewnością bym go nie kupiła, jednak na pewno nie żałuję, że po tę pozycję sięgnęłam.

Wydawnictwo: Replika
liczba stron: 252
oprawa: miękka
cena z okładki: 25,90 PLN
jak do mnie trafiła: pożyczona od Enedtil
 
Zapraszam Gdzie nie pachną stokrotki
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...