piątek, 24 sierpnia 2012

Palenie tytoniu a miejski łańcuch pokarmowy

Wyznaję bez bicia: jestem byłą palaczką. Paliłam papierosy przez jakieś siedem lat, nie palę od prawie ośmiu. Rzuciłam z dnia na dzień. Początki były ciężkie, ale było-minęło, nie myślę o wróceniu do uzależnienia. Nie bawi mnie to i nie jest do niczego potrzebne.

Będąc jeszcze w szponach nałogu starałam się, aby moja słabość nie stała się czyjąś udręką - nie paliłam na przystankach, na progu autobusu, w towarzystwie osób niepalących, w mieszkaniu, ani na klatce schodowej. Taka etyka to jednak rzadkość, o czym nietrudno się przekonać, nawet teraz, kiedy palenie jest w wielu miejscach nie tylko niegrzeczne, ale wręcz nielegalne. Z przystanków szybko zerwano tabliczki informujące o zakazie, a smrodziuchy (oj tak, jako były palacz wiem, jak obecnemu dopiec) panoszą się w najlepsze, ignorując komfort innych osób, nawet podczas największych ulew uprzyjemniając innym oczekiwanie na środki komunikacji miejskiej. Nie wspomnę już o strefach gazowych w przedsionkach centrów handlowych.

Pewnego dnia stałam sobie na przystanku. Zbierało się na burzę, temperatura osiągnęła pewnie ze 40 stopni w cieniu, powietrze było nieruchome, aura ogólnie niezbyt sprzyjająca dobremu samopoczuciu. I, jak na złość, pewien pan postanowił dołożyć swoje trzy grosze do już i tak gęstej atmosfery - zapalił jednego z najbardziej śmierdzących papierosów, jakie w życiu miałam nieprzyjemność wąchać. Mordercze spojrzenia współoczekujących jakoś go nie frasowały, zdawał się całkowicie pochłonięty wprowadzaniem do swojego organizmu (a przy okazji również i naszych) wyziewów kilku fabryk chemicznych naraz. 

Cierpiałam razem z tłumem przez jakieś dwie minuty, jednak nie wytrzymałam dłużej. Można powiedzieć, ze wyindywidualizowałam się ze zwiktymizowanego tłumu dźwięcznym głosem mówiąc "Przepraszam bardzo, czy mógłby pan zgasić tego papierosa?".

Wierzcie lub nie, faceta zamurowało. Dłoń ze smrodliwym kijkiem zatrzymała się w połowie drogi do jego równie aromatycznego otworu gębowego, po krótkiej, acz pełnej napięcia chwili usłyszałam "Co pani!". Grzecznie powtórzyłam prośbę, po czym wysłuchałam jakiegoś niezrozumiałego bulgotu zakończonego stanowczym "Nie!". 

Przedburzowa aura, jak sami wiecie, nie sprzyja życzliwości, grunt to zachować zimną krew. "Proszę pana, poprosiłam grzecznie o zgaszenie papierosa w miejscu, w którym palenie jest zabronione. Jeśli nie zastosuje się pan do mojej prośby, wyciągnę telefon i zadzwonię na policję."

Może to dziwne, może jestem jakaś inna, jednak uwielbiam miny takich pieniaczy w momencie, gdy zdają sobie sprawę ze swej porażki. Tak, wiem, mógł mnie zwymyślać, co pewnie zresztą zrobił bulgocąc coś na odchodnym, ale to tylko słowa.

Urosłam w swoich oczach w tamtym momencie, a i dla przystankowiczów stałam się jakąś batmanką, czy inną łonderłumen. Może takie akty zdroworozsądkowej, szaleńczej odwagi plasują mnie w miejskim łańcuchu pokarmowym nieco powyżej pantofelka? Przynajmniej tak sobie tłumaczę.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Czekając na Kolumba - Thomas Trofimuk

Meandry ludzkiego umysłu, urojenia i życie w wyimaginowanym świecie zawsze mnie fascynowały. Co prawda opis wydawcy Czekając na Kolumba prawie natychmiast obudził skojarzenia z kultowym już K-Paxem lub rewelacyjną rolą Johnny'ego Deppa w filmie Don Juan DeMarco, jednak nie zraziło mnie to zbytnio. Coś mi mówiło, że pewnego dnia muszę poznać bliżej Kolumba.

Do szpitala psychiatrycznego trafia wyłowiony z morza  człowiek z poważnymi zaburzeniami osobowości. Lekarze i opiekująca się nim pielęgniarka będą starali się odkryć, co spowodowało ucieczkę tego człowieka w wyimaginowany świat. Jednocześnie pewien paryski policjant podąża śladem nieznanego mężczyzny, który potencjalnie może być niebezpieczny. Tajemniczy pacjent o nieodpartym uroku, samotna pielęgniarka w kwiecie wieku oraz funkcjonariusz Interpolu walczący z demonami przeszłości - wszystkie te osoby szukają prawdy o Kolumbie, każde z nich z innego powodu i dla każdego z nich ta prawda może okazać się inna.
"- Podaj mi telefon! - krzyknął - Muszę zadzwonić.
- Co takiego? - odparła.
- Telefon do cholery! Posłuchaj, nazywam się Kolumb. Krzysztof Kolumb. Znam królową. Królową i króla. Oni mogą za mnie poręczyć. Mam za zadanie poprowadzić trzy statki na drugi koniec Morza Zachodniego. Zawarłem z nimi umowę, do cholery! Po prostu połącz mnie z nimi!
Chwileczkę, pomyślała Consuela. W jego głosie słychać było pewność, przekonanie i wiarę w to, o czym mówi.
- Chcesz spaść z krawędzi Ziemi? Chyba nie chcesz zginąć? - Consuela przeprowadziła swój mały eksperyment.
- Wiesz, że to nieprawda. Tylko największa ciemnota wierzy w te przesądy. Gdybyś była tak łaskawa i nie obrażała moje inteligencji, to postaram się zrobić to samo dla ciebie.
O cholera, pomyślała.
- Poinformuję doktora Fuentesa, że już pan nie śpi.
- Świetnie! I powiedz swojemu doktorowi, że czuję się wyśmienicie, że chce mi się lać i że nie jestem stuknięty."*
Mężczyzna podający się za Kolumba opowiada siostrze Consueli o pertraktacjach z koroną hiszpańską, o strachu przed inkwizycją i pogardzie dla ignorancji komisji uniwersyteckiej mającej wydać opinię o jego wyprawie, opowiada o przygodach w barach i restauracjach, kobietach swojego życia i miłości do królowej Izabeli. Część historii przedstawia z perspektywy pierwszoosobowej, część to narracja w trzeciej osobie, co często zaskakuje zarówno jego słuchaczkę, jak i jego samego. Wszystkie opowieści przesiąknięte są erotyzmem oraz dowodzą jego drobiazgowej znajomości biografii Krzysztofa Kolumba, są jednak elementy burzące obraz całości, dowodzące, że za fasadą słynnego nawigatora kryje się ktoś inny. Kim jest ten mężczyzna? Jakie traumatyczne wydarzenie tak silnie wstrząsnęło jego prawdziwą osobowością, że stał się Kolumbem? Pielęgniarka i lekarz prowadzący, a za sprawą śledztwa prowadzonego przez Emila również czytelnik, składają fragmenty układanki w całość.

Mimo, że warstwy fabularnej nie można nazwać skomplikowaną, to osobiście odradzam natychmiastowe skreślenie tej książki z listy "do przeczytania". Siłą powieści Trofimuka stały się dla mnie liczne anachronizmy we "wspomnieniach" Kolumba przy jednoczesnym zachwianiu ich linearności, oraz przeplatanie historii kilku osób na różnych etapach ich życia. Z jednej strony, podobnie jak Consuela, bardzo chciałam wierzyć Kolumbowi, z drugiej sprowadzały mnie do rzeczywistości takie szczegóły jak rozmowy telefoniczne z królową Izabelą, albo Kolumb umawiający się z kimś w Starbucksie w wigilię zaokrętowania na pokład Santa Marii. Te smaczki sprawiły, że przeczytałam tę historię z zaciekawieniem, że chciałam poznać prawdę, dowiedzieć się, co we "wspomnieniach" było prawdą, a co jedynie wyuczoną na pamięć częścią biografii słynnego podróżnika. Chciałam wiedzieć, co się przydarzyło Emilowi. Czekałam na rozwiązanie historii Consueli. Chciałam dowiedzieć się, co się stanie z Kolumbem, jeśli/kiedy fasada runie.

Książkę czytało mi się dobrze, fabuła była spójna, zaciekawiły mnie losy postaci (choć żadnej z nich raczej nie chciałabym zaprosić na sangrię), dopingowałam bohaterów w poszukiwaniach tożsamości Kolumba, jednak nie jest to lektura, którą będę pamiętać chociażby za rok. Lot nad kukułczym gniazdem czytałam 15 lat temu i dziś na pewno nie wyrecytuję Wam pierwszego rozdziału z pamięci, czy nawet nie przytoczę nieomylnie losów McMurphy'ego (zaryzykowałabym stwierdzenie, że wiem, jak się skończyło), ale jestem głęboko przekonana, że wracając do tej pozycji czułabym, jakbym ją odłożyła wczoraj. W przypadku Czekając na Kolumba na pewno tak nie będzie.

Czy warto? Myślę, że podobnie jak ja żałować nie będziecie, ale, jak mawia moja siostra, "szału nie robi".

*str. 16
tytuł oryginału: Waiting for Columbus
tłumaczenie: Grzegorz Fraś
Wydawnictwo: Prozami, 2011
liczba stron: 334
oprawa: miękka
cena z okładki: 35,70 PLN
jak do mnie trafiła: wymiana

wtorek, 14 sierpnia 2012

Książka kucharska - Łosoś z kolorowym kuskusem

Uwielbiam lato - świeże, soczyste warzywa i owoce, w smaku których czuć słońce, a nie rozwodnioną chemię. Na zdjęciu obok jeden z naszych ulubionych letnich posiłków - mega zdrowy, niesamowicie pyszny, a i oczy cieszy.

Jak się do tego kolorowego cuda zabrać? Nic prostszego :)

Na początek pamiętajcie o wymasowaniu cytryny (łatwiej będzie ją wycisnąć) i otarciu z niej skórki (np. na najdrobniejszych oczkach tarki).

Łosoś
Umytą i pozbawioną łusek i ości rybkę skrapiamy dość obficie sokiem z cytryny, posypujemy świeżo mielonym lub młotkowanym pieprzem, odrobiną skórki z cytryny (cudownie pachnie) i całkiem sporą ilością grubo posiekanego młodego koperku.
Jak słusznie zauważyliście: nie solimy!

Tak przygotowaną rybę owijamy w folię aluminiową (robiąc kieszonki) i odkładamy na jakieś 30 min. do lodówki.

W tym czasie zalewamy kuskus (ok. 1/2 opakowania) wrzątkiem i odstawiamy na bok, sami oddając się szałowi cięcia, szatkowania i rozdrabniania następujących pyszności:

duży pomidor
4-6 ogórków małosolnych lub jeden sałatkowy
papryka czerwona
papryka zielona
papryka żółta (papryki raczej nieduże)
dymka
koperek (akurat pasuje do łososia, ale zamiast niego można użyć dowolnego zioła, lub ich kombinacji. Oboje z mężem lubimy tę sałatkę np. z kolendrą)

Kuskus rozdrabniamy i wyciskamy do niego sok z cytryny (powinno nam zostać jakieś 3/4 cytryny z przygotowania ryby), wsypujemy też pozostałą część skórki cytrynowej (podkręci smak) i polewamy całość ok. 2-3 łyżkami oliwy z oliwek, mieszamy, a następnie wrzucamy nasze warzywa i odstawiamy na bok.

Przygotowaną wcześniej rybę wkładamy do piekarnika nagrzanego na 175 stopni na ok. 20 minut. W międzyczasie warto kilka razy zamieszać kuskus.

Danie jest obłędne, przekonacie się sami.

Smacznego!!

A na koniec Z poradnika małego sknerusa:

kuskus w dowolnym supermarkecie można kupić od co najmniej pięciu producentów. Ceny wahają się od 2,5 PLN (marka własna) do 5,6 PLN (uznany producent kasz i makaronów) za opakowanie 250 g. Skład wszystkich dostępnych produktów to semolina i woda, ja wybieram więc najtańszą opcję.

Łączny koszt 4 porcji to mniej niż 20 zł.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Moje rzymskie wakacje - Kristin Harmel

Moją wakacyjną tradycją jest, że sięgam po jakąś literaturę kobiecą. Nie jestem znawczynią gatunku, co nietrudno odgadnąć patrząc na moje półki, często więc zdaję się w tej kwestii na gust innych - tę książkę zyskałam w ramach wymiany. Moje rzymskie wakacje miały być lekturą lekką, łatwą i w miarę przyjemną. Było raczej lekko, zdecydowanie łatwo i niezbyt przyjemnie.

Główna bohaterka, Cat, nowojorska księgowa to pół Irlandka pół Włoszka. Zdawałoby się mieszanka wybuchowa, ale nie: Cat jest przewidywalna i nudna niczym flaki z olejem. 
Poukładane życie, bezpieczna, dobrze płatna posada, uznanie ze strony szefów i rokroczne nagrody za frekwencję w pracy, brak marzeń, brak odwagi na ich posiadanie, brak planów na przyszłość, majątek: małe mieszkanko i aparat fotograficzny. Jedyną rzeczą, która wyróżnia ją w jakikolwiek sposób spośród tłumów innych takich Cat jest żal do nieżyjącej matki, która na pięć lat porzuciła swoją rodzinę. Pewnego dnia do tego schematu wkrada się jednak nagła Potrzeba. Potrzeba Zmiany. Nie bardzo rozumiem, skąd się takowa u Cat pojawiła, ale o tym za chwilkę.
Tak więc Potrzeba Zmiany się pojawia i tym sposobem Cat, z dużą pomocą koleżanki z pracy oraz mniejszą lub większą członków rodziny, rusza na miesiąc do Wiecznego Miasta, by tam odnaleźć siebie.

Pozwolicie, że się chwilę nad ową Potrzebą Zmiany zatrzymam, by sensu w niej poszukać. Otóż w dniu, kiedy młodsza o pięć lat siostra wychodzi za mąż, babcia upokarza Cat w oczach wszystkich zebranych w kościele gości, analizując jej życie miłosne, łącznie z dywagacjami na temat zachowanego "wianka". Później, w toalecie, nasza trzydziestoczterolatka podsłuchuje rozmowę kuzynek, która przygnębia ją do tego stopnia, że zaszywa się w restauracyjnej kuchni. Przycupniętą na beczce oliwy znajduje ją tam Michael, przystojny właściciel włoskiej knajpki, wyciąga z niej opowieść o właśnie przebytej gehennie i zaprasza na randkę. Kolacja z panem Evangelisti okazuje się więcej niż udana, poza zakończeniem - okazuje się, że do Michaela dzwoni teściowa, gdyż prawdopodobnie coś stało się z jego córką. Cat nie chce słyszeć nic więcej, odwraca się na pięcie i wychodzi.
Nie roztrząsa zbytnio rozczarowania, na dobrą sprawę odreagowuje je jedynie wysyłając maila do swojej wielkiej wakacyjnej miłości sprzed trzynastu lat, poznanego podczas pobytu w Rzymie Francesca. Koleżanka z pracy, podglądając przez ramię zawartość skrzynki mailowej, wmanewrowuje Cat w miesięczny wyjazd do stolicy Włoch. Zbieg okoliczności, a właściwie pasożytnicza siostra, sprawia, że lokum naszej bohaterki podczas jej rzymskich wakacji będzie mieszkanie dawnego ukochanego.

Intryga szyta tak grubymi nićmi, że musiała wyjść spod pióra poczytnej amerykańskiej autorki. O ile w Jedz, módl się, kochaj ucieczka Elisabeth od problemów życia w Ameryce jest zrozumiała, o tyle eskapizm Cat kupy się nie trzyma. Cóż ona takiego przeżyła? Matce wybaczyć nie umie na własne życzenie. Kolejnych partnerów rzuca sama, może bez powodu, ale to też w końcu jest powód: jak nie gra, to po co dalej w to brnąć? Dobra praca i mieszkanie stanowią treść jej życia. A że Michael okazał się żonkosiem szukającym przygód? Nie pierwszy, nie ostatni. Ta cała akcja rodziny i koleżanki bardziej przypomina chęć pozbycia się nudnawej Panny Doskonałej na jakiś czas (jedni mają dość niedzielnych śniadanek, drudzy wiedzą, że wyciągnęli z niej całą kasę, a trzeci chyba liczą na tegoroczną nagrodę za frekwencję), niż szczerą chęć udzielenia jej pomocy w sprawach życiowych.
Harmel próbuje od czasu do czasu rzucić nam jakiś ochłap logiki - a to niechęć głównej bohaterki do Audrey Hepburn i filmu Rzymskie wakacje, a to włoskie danie wjeżdżające na stół, a to nagle odkrytą pasję życiową i powalający talent Cat, która, jak na złość w tej chwili dostrzega jakąś "słodką" scenę na ulicy. Wykształcona, trzydziestoczteroletnia kobieta pracująca w korporacji używająca słowa "słodka"... "przepyszne"! (To też cytat.)

Irytuje mnie też schematyczność: Amerykanka po przejściach przyjeżdża do Włoch, spożywa to fantastyczne jedzenie i chodzi  po zaułkach historycznego miasta, a tłum naładowanych testosteronem Włochów dosłownie się rzuca przed jej nogi. A nie można by czegoś nowego? Niechby w tym Rzymie jakiegoś Skandynawa poznała... bo i faktyczne zakończenie tej konkretnej książki idzie w stronę kolejnego stereotypu włoskich wakacji...

Nie rozumiem jeszcze wielu rzeczy w tej powieści, ale nie będę wszystkich roztrząsać, to nie jest wina tej książki, to po prostu ja za dużo wymagam nawet od lekkiego czytadła. Całe szczęście, że to się czyta jakieś 6 godzin, bo inaczej bym żałowała.

Jeśli moja opinia Cię nie zniechęca i chcesz wejść w posiadanie tej książki zapraszam na aukcję tu (do 19 sierpnia 2012).
tytuł oryginału: Italian for Beginners
tłumaczenie: Agata Żbikowska
Wydawnictwo: Otwarte
liczba stron: 347
oprawa: miękka
cena z okładki: 32,90 PLN
jak do mnie trafiła: wymiana

czwartek, 9 sierpnia 2012

Oko Jelenia - Andrzej Pilipiuk

"Pilipiuk jest dla mnie autorem, którego twórczość nie porywa - czyta się go szybko i "gładko", jednak nie zaznaczałam cytatów i nie myślałam z bijącym sercem o bohaterach. Jest też pisarzem na tyle intrygującym, że na pewno jeszcze się spotkamy." napisałam ledwie dwa miesiące temu przy okazji recenzji jednego z tomu cyklu o Kuzynkach Kruszewskich pana Andrzeja. Dziś... dziś po przeczytaniu całego cyklu Oko Jelenia nie podpisałabym się pod tą opinią z takim samym przekonaniem, jak wówczas.

Zarys historii Marka Oberecha narodził się długo przed zyskaniem przez Pilipiuka estymy, którą dziś się cieszy, przez te wszystkie lata czekając na "swoje pięć minut" przez co pierwszy tom prawie "zderzył się" z Panem Lodowego Ogrodu Grzędowicza - serią opierającą się na niemal identycznym pomyśle: osoba nam współczesna ma wykonać misję w średniowieczu. 
Recenzent, który pokusiłaby się jednak o doszukiwanie się podobieństw i "kalek" szybko poniosłaby sromotną klęskę, gdyż te serie różnią się od siebie absolutnie wszystkim. Zacznijmy choćby od miejsca akcji i realiów:  PLO osadzony jest na Midgaardzie, fikcyjnej planecie podobnej do Ziemi sprzed wieków, Pilipiuk starał się stworzyć alternatywną wersję historii Hanzy, starając się przy tym jak najwierniej oddać realia drugiej połowy szesnastego wieku w ogarniętej reformacją religijną Skandynawii oraz mieście Gdańsku przeżywającym swój złoty wiek. Uwspółcześniony język, jakim posługuje się autor, był celowym zabiegiem - dzięki temu czytelnik nie traci czasu na czytanie przypisów. Pilipiuk złagodził również nieco religijne aspekty życia ówczesnych ludzi, by, jak sam autor przyznaje, uniknąć ataków ze strony Radia Maryja.

Może i pilipiukowy scalak w pewnych aspektach (konkretnie darem języków) mgliście przypomina grzędowiczowy Cyfral, jednak porównanie Marka i Vuko to niezbyt udany żart. W moich oczach Pilipiuk ma niestety mały problem z tworzeniem postaci pierwszoplanowych. Nauczyciel informatyki Oberech, a nawet licealista Staszek, to istni ludzie renesansu - próbują swoich sił w produkcji antybiotyków, wiedzą medyczną i techniczną sypią niczym z rękawa, robienie szabelką mają we krwi, a Marek nawet uczy młodego Hansa Schicklgrubera wiersze pisać. Może z mojej strony to zwykłe czepialstwo, jednak do tej pory mam w pamięci superagentkę Katarzynę Kruszewską, dwudziestolatkę z większym doświadczeniem w pracy w CBŚ, niż mój znajomy emerytowany szef jednej z komórek... i, niestety, protagoniści Oka Jelenia niewiele od stereotypu pilipiukowego superbohatera odbiegją.

Osobiście miałam nieco mniej mgliste skojarzenia z Trylogią Husycką Sapkowskiego, choć Reynevan zdecydowanie mniej się na torturach nacierpiał i więcej podbojów miłosnych stało się jego udziałem. 
Czy dobrze, że Pilipiuk poruszył wątek religijny? Ano dobrze, w końcu religia była jednym z najważniejszych aspektów życia ówczesnej Europy, ale jakoś zabrakło mi rozwiązania dla wątku Bractwa Świętego Olafa. W każdym razie w kwestii wiary stawiam na Pilipiuka. 
Z tymi torturami... nie lubię takich wątków i tu mi zdecydowanie bardziej Sapkowski "podszedł".

5 z sześciu tomów Oka Jelenia bardzo mi się podobało, pozostały 6 tom to, potocznie mówiąc, zwykłe "wodolejstwo", ale kto by tam się tym przejmował. Pilipiuka czyta się przyjemnie, szybko i łatwo, na zmęczony umysł jest jak balsam. Podobno nie jest to oznaką dobrej jakości lektury, jednak jak lwica będę bronić tego cyklu - pomysł świetny, mrówcza praca włożona w zachowanie realizmu, sporo ciekawostek historycznych, umiejętne wplecenie wątków fantastycznych i rewelacyjne poczucie humoru. Zamiast trwonić czas na jakieś "wampiórcze", "wybrokatowane" brednie, można sięgnąć po tę lekką lekturkę, która przynajmniej czegoś uczy,  a z całą pewnością bawi. I to jak bawi!

Polecam!


czwartek, 26 lipca 2012

Umywalkowa ekwilibrystyka - czyli jak się w małżeństwie idzie na kompromis

Umywalka... jeden z podstawowych składników wyposażenia łazienki, służący przede wszystkim do mycia rąk. Już od zarania dziejów do czynności tej używano jakiegoś odpowiednika tego elementu ceramiki sanitarnej, jednak pierwsze urządzenia przypominające kształtem i funkcjonalnością dzisiejsze umywalki pojawiły się dopiero w XVIII wieku, co ciekawe, pierwotnie ustawiano je w korytarzach.

Wybór umywalki wydaje się rzeczą prostą. Gdy myślimy o umywalce wyobrażamy sobie... miskę z zestawem rurek odprowadzających wodę + mniej lub bardziej wymyślną baterię, co sprowadzałoby kwestię selekcji wspomnianego utensylium do ceny.  Nic bardziej mylnego.
Jak wszystko w tym świecie, z biegiem czasu również i te urządzenia przeszły istną rewolucję - mamy dziś dostępne na rynku umywalki od podwieszanych do wpuszczanych w blat, od białych po tęczowe, od ceramicznych po stalowe. Fantazja projektantów nie zna granic, ale w tym gąszczu coraz trudniej wybrać coś dla siebie.
Mam tu na myśli COŚ, co stworzy spójną całość z innymi elementami wystroju łazienki, ba, nawet całego mieszkania, będzie spełniało swoją podstawową funkcję, ale będzie też miało "efekt wow". Przecież w końcu człowiek pięknem się powinien otaczać.
Jakby dotąd problemów umywalkowych było mało, Małżonek mój ukochany potrafił wyidealizować przedmiot niby tak banalny do tego stopnia, iż każda prezentowana mu przeze mnie propozycja była w jego oczach: zbyt dziwna, za prosta, zbyt fantazyjna, za płytka, za głęboka, przypominała miskę, nie wyglądała jak umywalka... w pewnym momencie wizja tego detalu naszego pokoju kąpielowego zaczęła się coraz bardziej rozmywać...

Pewnego jednak dnia, serfując w poszukiwaniu umywalki przez duże "U", znalazłam coś, co na pozór odbiegało całkowicie od naszej koncepcji... coś tak dziwnego i niestandardowego, że nagle stało się w mojej wizji centralnym punktem naszej sterylnej, minimalistycznej łazienki, dodało prostym, białym szafkom, gładkim białym kafelkom i ścianom życia, wprowadziło harmonię w śnieżnym chaosie, słowem TO:
Mąż mój, mimo początkowego szoku, w pełni zaakceptował tę kosmiczną nieco miskę. Cieszy nas również oszczędna bateria, domniemany szum wodospadu, jaki podobno to cudo wydaje, oraz niebieski kolor przywodzący na myśl niebiańskie plaże bez uskuteczniania w łazience stylu marynistycznego, którego niektóre elementy nas odrzucają. Cena cudeńka mile łechce naszą kieszeń.

Wilk syty, owca cała - nie będzie tradycyjnego postumentu zwieńczonego ceramiczną miską z baterią chrom, będzie za to funkcjonalny gadżet z przymrużeniem oka, przyjazny środowisku, zamontowany na praktycznej szafce na środki czystości. 
Pierwiastki męski i żeński się zrównoważyły. Mężowski estetyzm i mój pragmatyzm zostały zaspokojone (oraz Mężowski praktycyzm i moje szaleństwo).

Podoba się Wam? Macie doświadczenia ze szklanymi umywalkami?

środa, 25 lipca 2012

Może niezbyt krótko, ale na temat ;)

Kochani,

fakt niezaprzeczalny nr 1: nie ma mnie od miesiąca w blogosferze,
fakt niezaprzeczalny nr 2: z akcją Książka na Wakacjach nawaliłam na całej linii

za co Was wszystkich serdecznie przepraszam.

Ostatni miesiąc z haczykiem to dla mnie okres wyjątkowo wytężonej pracy zawodowej oraz totalnego braku czasu wolnego.
Jak już kiedyś pisałam - kupiliśmy mieszkanie i właśnie rozpoczął się dla nas etap najciekawszy, a jednocześnie najbardziej czasochłonny - urządzanie.
Jestem perfekcjonistką, co w przypadku "wnętrzarstwa" oznacza, że kolor biały kolorowi białemu nierówny, faktura materiału się liczy na równi z kolorem, a rzeczywistość ma odpowiadać mojej wizji, choćby najbardziej szalonej, a nie odwrotnie. Dlatego czytam mało, dużo serfuję i oglądam DOMO... i mam coraz większe wyrzuty sumienia z tytułu zaniedbywania Was i mojej przestrzeni sieciowej.

Tak więc obiecuję poprawę!

Dodatkowo - postanowiłam połączyć Stokrotki i Książkę w Mieście, więc już niedługo przeczytacie nieco więcej tekstów niezwiązanych z czytaniem książek - a może tym sposobem uda się połączyć moją najnowszą pasję (jak również konieczność) - wnętrzarstwo, z moją pasją życiową - książkami...

Mam nadzieję, że wybaczycie miesiąc milczenia.

Wasza

niepokorna m

piątek, 8 czerwca 2012

Historie z dreszczykiem - wyniki

Ojj, rozleniwiłam się ostatnio... Z ogromnym opóźnieniem, za które Was przepraszam, chciałam ogłosić wyniki. Wybór był bardzo trudny, ale książkę mam tylko jedną :( niezmiernie żałuję, ponieważ najchętniej przyznałabym kilka nagród - na uwagę zasługiwały wszystkie Wasze historie, choć nie ukrywam, że te z życia wzięte były niezwykle intrygujące. 

Największą falę dreszczy wywołała u mnie historia Dizzy i to ona przeczyta Annę we krwi :)



Chciałabym wyróżnić historię Gosiarelli - skojarzyła mi się z ulubionymi potworami z ukochanego serialu Doctor Who:

Bardzo dziękuję wszystkim za udział w konkursie, Dizzy proszę o kontakt i...

Gratuluję serdecznie!

piątek, 1 czerwca 2012

Książka na Wakacjach, kilka ogłoszeń i bukiecik :)

 Kochani,

wczoraj upłynął termin opowiadania Książce w Mieście Historii z dreszczykiem, potrzebuję jednak jeszcze trochę czasu na wybór - uczestnicy naprawdę się postarali, za co Wam pięknie dziękuję :)

Ogłoszenie numer dwa:

W ubiegłym roku wysłałam na wakacje dwie książki z mojej biblioteczki (szczegóły tu), w tym roku planuję zrobić to samo :)

Zasady są równie proste, jak w roku ubiegłym:
  1. Akcja "Książka na wakacjach" trwa od 1 czerwca do 30 września 2012.
  2. W akcji mogą wziąć udział wyłącznie osoby posiadające bloga od przynajmniej miesiąca.
  3. Pierwszy etap akcji "Książka na Wakacjach" ma za zadanie wyłonienie Waszych wakacyjnych lektur - dlatego jeśli masz ochotę którąś z tych książek przeczytać - zagłosuj na nią w ankiecie w lewym bocznym panelu. Głosowanie potrwa do 15 czerwca 2012.
  4. Po wyłonieniu wczasowiczek poproszę osoby zainteresowane ich przeczytaniem o podanie mailem swojego adresu korespondencyjnego (proszę też o podanie nicka i adresu bloga). Zgłaszać się będzie można do 15 września 2012.
  5. Należy umieścić banner akcji "Książka na wakacjach" na swoim blogu (można oczywiście go zmniejszyć). Będę wdzięczna za umieszczenie bannera nawet, jeśli nie chcesz brać udziału w akcji - dzięki temu więcej osób będzie miało szansę gościć wczasowiczki :)
  6. Kolejność czytania ustalimy - jak w ubiegłym roku - mailowo, przyjmijmy jednak, że zacznę od pierwszego zgłoszenia.
  7. Od otrzymania Wczasowiczki masz dwa tygodnie na jej przeczytanie i zamieszczenie recenzji na swoim blogu oraz przesłanie do mnie linku mailem - im szybciej to zrobisz tym więcej osób odwiedzą nasze Wczasowiczki :)
  8. W mailu zwrotnym otrzymasz adres osoby, do której w możliwie najkrótszym czasie prześlesz Wczasowiczkę w stanie niepogorszonym (pomijając normalne zużycie) listem poleconym.
  9. Ostatnia osoba prześle Wczasowiczkę z powrotem do mnie.

Poniżej zamieszczam listę pięciu propozycji (wraz z linkami do recenzji), z których dwie pojadą na wczasy:

1. Adamantowy Pałac - Stephen Deas

2. Atrofia - Lauren DeStefano

3. Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne atrakcje - Robert Rankin

4. Hollywood - Charles Bukowski

5. Przenośne drzwi - Tom Holt

Zagłosuj na swoją faworytkę już teraz :))

Jako ciekawostkę (a może zachętę do udziału w akcji) dodam, że jedna z ubiegłorocznych wczasowiczek znalazła sobie nowy dom :)


Zapraszam!


A na koniec obiecany bukiet - kwiatków z google'a :)

brak zawiązków zębów stałych - fakt, mój blog ich nie ma

królik na jajko szablon - eee? 

opisy na gg cięte riposty - "zły adres" - czy za mało cięta? :) 

prezent dla archeologa - u mnie się jeden konkretny archeolog pojawił, domyślam się nawet, z czego by się ucieszył, ale tego głośno nie powiem :P 

szkoła w nowej górze - nic o niej nie wiem. Jak bum-cyk-cyk! 

motylki w brzuchu - niom, od siedmiu ponad lat, nieprzerwanie :D 

zdjęcia mitycznych stworzeń - a to ciekawe, sama chętnie pooglądam 

trąba powietrzna - to nie Kansas :)  upartych zapraszam tu 

wierszyk na 100 - a czemu nie na 200??? 

ładna wiedźma - a, dziękować :) często to słyszę :) 

ogromne piersi ally - nie ma mowy, żeby się pojawiły w tym miejscu blogosfery. A jedyna Ally, o której mogłam kiedykolwiek wspomnieć była raczej płaska (McBeal). 

miodowe oczy - roar! 

jakiego chłopaka ma bella jak m na imie - o tempora, o mores!

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis i zapraszam ponownie!

wtorek, 29 maja 2012

Midnight Sun - Stephenie Meyer

Jestem intelektualną masochistką, zawsze nią byłam i pewnie już zawsze będę. Sagę Zmierzch przeczytałam dwa razy, bo nie mogłam uwierzyć, że są osoby, którym to się może naprawdę podobać, zastanawiałam się, czy to ze mną jest coś nie tak? Schematyczne, pełne kalek z popularnych seriali typu Roswell, Buffy itp., naiwne, płytkie, monotematyczne, nudnawe czytadło, które zapoczątkowało falę nekrofilicznych romansideł - jakim cudem to się może podobać, się pytam???

"Drugie Życie Bree Tunner" omijałam szerokim łukiem (to ta wampirzyca, która zostaje ocalona przez Cullenów, by zginąć z rąk Volturich, a w "Zaćmieniu" poświęcono jej pewnie jakieś trzy strony tekstu, więc zdajecie sobie sprawę, jak kluczową jest postacią), jak zresztą postąpię z wszelkimi przyszłymi wspomnieniami pozostałych osób, które pojawiły się w dziele życia Pani Meyer, łącznie z kelnerką z restauracji w Port Angeles oraz panem Bannerem od biologii.

Co zatem sprawiło, że Midnight Sun trafiło przed me oczy? Zapewnienie umiarkowanych fanów serii, że gdyby Meyer udało się wydać Zmierzch Edwarda, seria byłaby o niebo lepsza. Oszczędzę sobie i Wam długich wywodów na ten temat: o ile perspektywa Belli była płytka, to punkt widzenia Edwarda należy określić jako wklęsły! Chłopak ma ponad 80 lat, jego przemyślenia powinny wykraczać nieco poza ramy "jestem taki zły, chcę ją zabić, ale ją kocham, więc odejdę, ale nie mogę, bo kocham ją". To są jego pamiętniki, mówimy o nie-człowieku, który nie spał przez ponad 7 dekad, spędzał noce samotnie (powtórzę: 7 dekad! To już chore, nie wspominając, że również niezdrowe. Mało wiarygodne. Dziwne.) na poszerzaniu swej wiedzy poprzez, między innymi, czytanie, a mimo to jego językowi dużo brakuje do wyrafinowania, jakiego należałoby oczekiwać. Posunę się dalej - Meyer w oryginale czyta się lepiej, niż w tłumaczeniu, ale język i styl nie zyskują na tym praktycznie wcale: nadal są proste i naiwne. Krótkie zdania "szatkują" tekst, niezbyt wyszukane słownictwo pozwala prześlizgiwać się po nim bez skupienia uwagi - a to przecież nie jest zaletą żadnej książki. Akcja się ślimaczy (moje słownictwo też nie musi być wyszukane) przez to ciągłe rozpatrywanie tego, jaki to Edward jest niebezpieczny i jak on ją kocha... Postaci... ja już nawet nie mam ochoty szukać ani ładnego ani dosadnego określenia dla tych papierowych marionetek.

Podsumowując: Zmierzch oczami Edwarda, poza kilkoma, baaardzo nielicznymi, wydarzeniami, jakich zwyczajnie nie mogliśmy oglądać oczami panny Swann, niczym nie różni się od Zmierzchu Belli. Jeśli ktoś oczekuje odrobiny wspomnień z długiego nie-życia wampira, niestety się rozczaruje, zostały wciśnięte w pozostałe 250 stron cierpień młodego Cullena. Nadal nie rozumiem, co świat w tym widzi i czemu kręci się wokół kogoś takiego jak Bella Swann, Ja mówię pas!

Nie polecam. Nikomu. Nigdy. Pod żadnym pozorem. Nie i już!

czwartek, 24 maja 2012

Jak mi Pratchett o pewnym filmiku przypomniał

"Sierżant Colon odebrał wszechstronne wykształcenie. Ukończył Szkołę "Mój Tato Zawsze Powtarzał", College "To Przecież Rozsądne", a obecnie był studentem podyplomowym Uniwersytetu "Co Mi Powiedział Jeden Facet w Pubie"." - Terry Pratchett, "Bogowie. Honor. Ankh-Morpork.", str. 32, Prószyński i S-ka 2005


Kontekst oczywiście zupełnie inny, ale jakże uniwersalne okazuje się ankh-morporskie wykształcenie Colona ;)


sobota, 19 maja 2012

Mroczne Cienie

Tim Burton, którego surrealistyczne obrazy filmowe (jak przezabawny "Sok z żuka", mroczny "Jeździec bez głowy", czy cudowna baśń "Edward Nożycoręki") zjednały moje serce, to zdecydowanie mój ulubiony reżyser. Od lat '90 nie przegapiłam żadnego filmu jego autorstwa. Dzięki niemu stałam się też zagorzałą fanką Johnny'ego Deppa.

Johnny Depp to facet, którego marzenia się spełniają - chciał być piratem i tak powstali Piraci z Karaibów, podziwiał sławne klasyczne filmy "Nosferatu" oraz "Dracula" i... namówił swojego ulubionego reżysera, Tima Burtona, na nakręcenie "Mrocznych cieni", ich wspólnego film numer dwadzieścia jeden.

Burtonowska ekipa nie zawiodła - genialna rola Deppa, Helena Bonham Carter (12 filmów z Burtonem) jak zwykle szalona, w tle rozbrzmiewa muzyka dobrana przez Dannego Elfmanna (25 wspólnych produkcji), scenografia Ricka Heinrichsa (8 filmów), oraz typowa dla dzieł tego geniusza wielka, tragiczna miłość, eteryczna oblubienica, demoniczna famme fatale, mocne kontrasty, wyraziste makijaże. A w roli wisienki na torcie najbrzydsza kobieta świata - Alice Cooper.

Znalazłam odwołania do klasyki wampirycznych mistrzów jak np. wieśniaków z widłami i powstawanie Barnabasa Collinsa z trumny, stęskniona za mrocznymi wampirami zobaczyłam na własne oczy wgryzanie się w szyje niewinnych ofiar, jednak nie zabrakło humorystycznych nawiązań do popkultury - straszliwy Nosferatu wychodzi na słońce, walczy ze swą demoniczną naturą oraz niszczy meble w miłosnej ekstazie.

Jak zwykle się udało! Osoby, które już wcześniej doceniły specyficzne poczucie humoru Burtona, charakterystyczne kreacje Deppa i mroczną atmosferę oraz miłość silniejszą od śmierci, będą z całą pewnością bardzo zadowolone z blisko dwóch godzin spędzonych w kinie - my byliśmy, a i inne osoby na sali reagowały równie entuzjastycznie. Salwy śmiechu gwarantowane, ale i dreszczyk się przytrafi!

Polecam!

wtorek, 15 maja 2012

Historie z dreszczykiem...

Kochani, Anna we Krwi miała mi napędzić niezłego stracha, ale... może Wy jesteście w tym lepsi?

Aby stać się szczęśliwym posiadaczem najnowszej książki o duchach, wystarczy pod tym postem opowiedzieć króciutką historię z dreszczykiem :) Osobom posiadającym bloga z góry dziękuję za zamieszczenie banerka, a tym, którzy nie blogują - pozostawienie namiarów na siebie :)

Osobie, która opowie mi najstraszniejszą historię o duchach, prześlę podziękowania w postaci książki Pani Blake :)

Nastrasz Książkę w Mieście :)


Zgłoszenia przyjmuję do północy 31 maja 2012, ogłoszenie zwycięzcy 1 lub 2 czerwca.

ZAPRASZAM :)

środa, 9 maja 2012

Igrzyska Śmierci - Suzanne Collins

Wyobraźcie sobie, że w wieku jedenastu lat tracicie ojca w wypadku w kopalni, a matka pogrąża się w depresji tak głębokiej, że zwykle nie podnosi się z łóżka i nie jest w stanie zaopiekować się swoimi dwoma córkami. Państwo nie zapewnia świadczeń socjalnych, sąsiedzi żyją, podobnie jak wy, w skrajnej biedzie, dalszej rodziny nie macie. Taki los właśnie spotkał Katniss Everdeen cztery lata przed opisanymi w książce wydarzeniami. Kiedy ciężar utrzymania rodziny spoczął na jej barkach, dziewczynce brakowało kilku miesięcy do ukończenia dwunastu lat, kiedy mogłaby się zgłosić po pierwszy astragal (roczne zaopatrzenie jednej osoby w ziarno i olej). Ceną za tę "pomoc" jest dodatkowy los w dożynkowej puli. Jedna dodatkowa "szansa" na poniesienie śmierci ku uciesze znudzonej gawiedzi przed telewizorami. Katniss nie miała możliwości otrzymania nawet takiej pomocy, jednak nie poddała się, ponieważ pewien chłopiec rzucił jej przypalony chleb w chwili, kiedy śmierć głodowa stała się realnym zagrożeniem. "Głodowanie jest powszechne w Dwunastym Dystrykcie. Każdy widuje ofiary głodu. To starsi ludzie niezdolni do pracy. Dzieci ze zbyt licznych rodzin. Ofiary wypadków w kopalniach. (...) Głód nigdy nie jest oficjalną przyczyną śmierci. To zawsze grypa, wpływ warunków atmosferycznych albo zapalenie płuc. Nikt się na to nie nabiera."*
Pomoc syna piekarza dała Katniss nadzieję, którą dziewczyna przekuła w siłę, by pójść do lasu i zacząć kłusować - popełniać przestępstwo karane śmiercią. Tam spotkała Gale'a Hawthorne'a, dwa lata starszego chłopaka, którego ojciec zginął w tym samym wypadku. Po początkowym braku zaufania i dystansie ci dwoje stali się najlepszymi przyjaciółmi, dzieląc się wszystkim, co byli w stanie upolować. Gale zaczął nawet wspominać o wspólnej ucieczce, życiu w lasach z dala od Dystryktu Dwunastego.

Nazwa stworzonego przez Collins futurystycznego państwa powstałego na zgliszczach terytorium Stanów Zjednoczonych nie jest przypadkowa, jej geneza cofa się do starożytnego Rzymu, gdzie pospólstwo domagało się "panem et circenses" - "chleba i igrzysk". W trylogii Kapitol, stolica Panem, realizuje te postulaty w wyjątkowy sposób - Dystrykty zapewniają chleb, a co roku organizowane są Głodowe Igrzyska mające upamiętnić Poskromienie buntu i zrównanie z ziemią Trzynastego Dystryktu. Co roku każdy z ocalałych Dystryktów musi wyłonić w drodze losowania spośród dzieci w wieku od 12 do 18 lat jednego trybuta każdej płci. Na specjalnie przygotowaną do tego celu arenę wchodzi dwudziestu czterech trybutów, opuścić ją może tylko jeden zwycięzca.

Górniczy Dystrykt Dwunasty, najmniejszy i najbiedniejszy, w 73 dotychczasowych Igrzyskach doczekał się dokładnie jednego zwycięzcy - Haymitcha Abernathy'ego, pośmiewiska tłumów w upojeniu alkoholowym spadającego ze sceny, człowieka mającego być mentorem trybutów, jednak dbającego wyłącznie o swój kieliszek. Szanse Katniss  na wygraną są więc znikome.
Potencjalnie jeszcze mniejsze szanse ma drugi z trybutów, Peeta Mellark. O ile tryb życia Katniss przygotował ją jako tako do przetrwania poza siatką ogradzającą Dystrykt, o tyle Peeta nigdy nie musiał polować, jego zdolności zawierają się w sile fizycznej, skądinąd imponującej, oraz sztuce kamuflażu przyswojonej dzięki dekorowaniu tortów w piekarni ojca.

Po raz pierwszy od dawna prosta z pozoru historia tak głęboko mnie poruszyła. Czytając trylogię miałam wrażenie, jakbym obierała cebulę - powoli zdejmowałam kolejne warstwy, a im więcej ich opadało, tym większe łzy toczyły się po moich policzkach. Internet aż grzmi od spekulacji na temat tego, czy Katniss powinna ostatecznie związać się z przyjacielem od polowań, czy z chłopcem z chlebem, jednak miłosne perypetie tej trójki to tylko dodatek do tego, czym są tak naprawdę Głodowe Igrzyska - rzezią na którą, ku uciesze mieszkańców Kapitolu, posłano 1800 dzieci w przeciągu 75 lat; rozgrywką polityczną, wręcz zabawą, która za pomocą nadziei na przetrwanie, ma utrzymać w ryzach wycieńczonych z głodu, wyzyskiwanych obywateli; najokrutniejszym w dziejach reality show.

Jeśli pierwsze warstwy "cebuli" nie zostały przez czytelnika dokładnie zdjęte już na początku, kiedy Katniss idzie na plac by wziąć udział w dożynkowym losowaniu, zaczyna się to dziać w pociągu do Kapitolu -środku transportu, o którym czytamy:
"Otrzymaliśmy własne pomieszczenia z sypialnią, garderobą i prywatną łazienka z dostępem do gorącej i zimnej bieżącej wody. W domu nie mamy ciepłej wody, chyba że sobie podgrzejemy. (...) Jeszcze nigdy nie brałam prysznica. czuję się tak, jakbym wyszła na letni deszcz tylko wyraźnie cieplejszy."*
Dalej Katniss udaje się na kolację, opisując każdą z potraw, jakimi po raz pierwszy w życiu może się bez ograniczeń delektować, kwestię pożywienia i czegoś jeszcze oddaje najlepiej fragment z przygotowań do prezentacji trybutów:
"Zastanawiam się jakby mi się żyło w świecie, w którym jedzenie zjawia się po naciśnięciu guzika. Jak spędzałbym czas, który teraz poświęcam na przeczesywanie lasu w nadziei na znalezienie pożywienia, gdyby było tak łatwo osiągalne jak tutaj? Co robią całymi dniami mieszkańcy Kapitolu, poza ozdabianiem ciał i wyczekiwaniem na kolejne dostawy trybutów skazanych na śmierć dla rozrywki widzów?
Podnoszę wzork i widzę, że Cinna patrzy mi w oczy.
- Musisz nami gardzić - mówi."*
Zdejmowanie kolejnych warstw staje się coraz trudniejsze, każda z nich odkrywa kolejny koszmar, z którym przyjdzie się uporać Katniss, jeśli uda jej się zwyciężyć w Głodowych Igrzyskach.  Śmierć obcych osób, z którymi nigdy nie zamieniło się nawet słowa nie będzie chyba aż tak trudna, jednak nie wszyscy są nieznajomi.
 "Do dziś wyczuwam związek między Peetą Mellarkiem, chlebem, który dał mi nadzieję, a kwitnącym mniszkiem, źródłem wiary w to, że nie jestem skazana na śmierć. Nieraz odwracałam się na szkolnym korytarzu i napotykałam spojrzenie Peety, który w tej samej chwili odwracał wzrok. (...) Gdybym kiedyś miała okazję mu podziękować, pewnie nie byłabym teraz tak rozdarta. (...) Teraz jest za późno. oboje trafimy na arenę i stoczymy walkę na śmierć i życie. Jak miałabym mu dziękować w takich okolicznościach? Raczej nie uwierzyłby w moją szczerość skoro jednocześnie próbowałabym poderżnąć mu gardło."**
 "(...) już wyczuwam, że Peeta opracowuje plan działania. Nie pogodził się z losem. To oznacza, że dobry Peeta Mellark, chłopak, który podarował mi chleb będzie za wszelką cenę starał się mnie zabić."**


Miłość chłopca z chlebem może okazać się losem na loterii dla Katniss. Oto nieufna dziewczyna, która sama przyznaje, że niezbyt dobrze radzi sobie ze znajdowaniem przyjaciół, nagle staje się pożądana w oczach tłumów. Być może to pożądanie przełoży się na prezenty, chleb rzucany przez sponsorów na arenę dla podtrzymania ulubionych trybutów przy życiu. Czy Katniss i Peeta będą umieli odegrać rolę "nieszczęśliwych kochanków z Dwunastego Dystryktu" wystarczająco przekonująco? I jakie ewentualne korzyści przyniesie ta gra?

74 Głodowe Igrzyska zasieją w sercach obywateli Panem iskierkę nadziei, uczucia znacznie silniejszego od strachu.

Uważam, że dzieło Pani Collins zasługuje na zaliczenie w poczet lektur szkolnych. Świat się zmienia, kanon lektur pozostaje skostniały, pamiętam, że sama miałam problemy z docenieniem większości pozycji na liście obowiązkowej, a wychowywałam się w czasach, kiedy były 4 kanały telewizji, Internet w polskim domu był w powijakach, a w mojej rodzinie czytanie było formą odżywiania równorzędną z jedzeniem. To jest książka, która głęboko zapada w pamięć, można prowadzić niekończące się dyskusje na temat kwestii moralnych, wyborów do jakich zmuszają człowieka okoliczności, a opornym na wiedzę przy okazji wyszukiwania "słitaśnych fotek" Seneki Crane'a może rzucić się w oko trochę informacji o Senece Młodszym a nawet i Starszym, być może idąc tym tropem spojrzą też na imiona o klasycznym wydźwięku innych postaci.

Cała seria już za mną, mam jednak wrażenie, że to dopiero pierwsze jej czytanie w tym roku, może nawet miesiącu, ponieważ nie mogę przestać analizować faktów. Okazuje się, że bardzo oszczędna, sucha, pozbawiona refleksji relacja Katniss, którą na początku uważałam za minus, jest największą zaletą serii - ta historia żyje w nas, ewoluuje, nie daje spać, uzależnia. Pisząc ten tekst znowu odkryłam coś nowego. Prawdopodobnie nie będzie spoilerem podzielenie się tym przy okazji recenzji jednego z dwóch pozostałych tomów, ale na razie musicie mi uwierzyć na słowo.

POLECAM!


* str. 31, 43, 64
** str. 34, 58

tytuł oryginału: The Hunger Games
tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz
Wydawnictwo: Media Rodzina, 2009
liczba stron: 351
oprawa: miękka ze skrzydełkami
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: dolna półka w Auchan, 59 PLN/3 tomy

wtorek, 8 maja 2012

Zostałam oTAGowana :)

Trinity801 z bloga moje czytadła zaprosiła mnie do blogowej zabawy - bardzo mi miło :)

Oto jej pytania i moje odpowiedzi:

1. Jaką książkę czytasz w tej chwili?
 
"Na glinianych nogach" - kolejna część podcyklu o Straży Miejskiej w Świecie Dysku Terry'ego Pratchetta.
 
2. Czy masz jedną ulubioną książkę, czy raczej jest ich wiele? Jakie?
 
Jest ich całe mnóstwo, więc nie będę wymieniać po kolei.  
Często wracam do:
całej serii "Opowieści z Narnii", 
książki Sapkowskiego i Tolkiena do dla mnie narkotyk, 
na pewno wrócę do:
"W północ się odzieję" Pratchetta, 
1Q84 Murakamiego... 
Teraz do grona dołączyła trylogia "Igrzyska Śmierci" - recenzja niedługo, chyba, że przed jej zamieszczeniem przeczytam ten niesamowity cykl jeszcze raz.
 
3. Czytasz przy muzyce, tv, czy raczej musi to być absolutna cisza?
 
Różnie, w zależności od nastroju. Mam podzielną uwagę, więc podkład muzyczny mi nie przeszkadza.
 
4. Film, który oglądałeś/aś ostatnio, nakręcony na podstawie książki?
 
Igrzyska Śmierci. Polecam!
 
5. Twój ulubiony kolor?
 
Czerwony, zielony i czarny.
 
6. Twoja ulubiona pora roku i dlaczego?
 
Wiosna, bo to najbardziej radosna pora roku. Urodziłam się... 8 maja :)
 
7. Ulubione miejsce, w którym czytasz - jest takie, czy to bez znaczenia?
 
Zupełnie bez znaczenia.
 
8. O jakiej porze dnia najchętniej czytasz?
 
Zdecydowanie prościej będzie: nie czytam nocą, bo wtedy śpię.
 
9. Czy płakałeś/aś kiedyś przy jakiej książce? Jakiej?
 
Zdarza mi się to bardzo rzadko. Ostatnio przy "W pierścieniu ognia", całkiem niedawno przy "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Niebo ze stali.", wcześniej przy "Opowieść Podręcznej" oraz "Chłopiec w pasiastej piżamie".
 
10. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
 
Ojej... z tego wczesnego to chyba "Emilka ze Srebrnego Nowiu", albo coś Astrid Lindgren...
 
11. Czy pamiętasz książkę, dzięki której "zaraziłeś/aś" się czytaniem?
 
Chyba od pierwszej, którą przeczytałam, ale niestety nie pamiętam, co to było. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek nie czytała.
 
 

Do zabawy chciałam zaprosić:
 
 
Miqę z bloga Miqaisonfire 
 
Wiedźmę z bloga Wiedźmowa głowologia
 

oraz wszystkich, którzy mają ochotę coś o sobie opowiedzieć.

Jedenaście pytań "konkursowych" brzmi:
 
1. Książka, którą koniecznie musisz przeczytać.
2. Książka, której nie tkniesz nawet gdyby Cię z nią zostawić na bezludnej wyspie.
3. Ulubiony autor i dlaczego?
4. Znienawidzony autor i dlaczego?
5. Ulubiony gatunek literacki?
6. Paranormal romance to fantastyka - prawda czy fałsz?
7. Czy piszesz "do szuflady"?
8. Czy spotkałaś/eś osobiście jakiegoś autora? Kogo i w jakich oklicznościach?
9. Którego z autorów (żyjących) chciałabyś/chciałbyś spotkać?
10. A nieżyjących?
11. Ulubiony cytat?

Zapraszam do zabawy :)

poniedziałek, 7 maja 2012

Anna we krwi - Kendare Blake

O ile w historiach o krwiożerczych stworach z innych planet, albo innych zmutowanych bestiach owładniętych morderczym szałem i grupce nastolatków stawiających im czoła li i tylko swą butną odwagą odnajduję zwykle powód do rzucenia książki, o tyle dobrze napisana historia o duchach to rarytas. Mimo, że prędzej uwierzę w stwory z kosmosu niż zjawy, to jednak te drugie czasem spędzają mi sen z powiek. Kiedy tylko zobaczyłam tytuł tej nowości na rynku wydawniczym, poczułam się zupełnie jak Cas, główny bohater "Anny we Krwi" - po prostu musiałam się tą sprawą zająć. Blake tyle obiecała samym tytułem: mroczną, gotycką tajemnicę zdolną sprawić, ze w dół kręgosłupa biegły mi zimne dreszcze...

Narracja prowadzona jest zblazowanym, nonszalanckim stylem właściwym dla stajni Marvel'a, którego fanką chyba jest autorka. U nich tak naprawdę nie ma ograniczeń fabularnych, idąc tym tropem tak właśnie postanowiłam więc tę książkę odbierać: komiksowy paranormal. 

Historia Anny we Krwi, straszliwej zjawy z Thunder Bay w Kanadzie, zostaje opowiedziana przez łowcę duchów, siedemnastoletniego Tezeusza Cassio Lowooda. Ojciec, po którym Tezeusz odziedziczył swój fach oraz athame, został w bestialski sposób zamordowany przez wyjątkowo silnego ducha dziesięć lat wcześniej. Cas, jak zwracają się do niego przyjaciele, (których nie ma, bo prowadzi życie samotnika, przeprowadzając się wraz z mamą-wikkanką i kotem z miejsca na miejsce w pogoni za zjawami), zaintrygowany w sprytny sposób przez znajomego Stokrotkę z Nowego Orleanu, postanawia zmierzyć się z duchem dziewczyny zamordowanej w niewyjaśnionych do końca okolicznościach sześćdziesiąt lat wcześniej. Okazuje się, że istnieje jakaś siła, która nie tylko przykuła szesnastolatkę do jej domu, ale również pozwoliła jej zachować pełną świadomość swego położenia, jednocześnie zmieniając ją w bezwzględną morderczynię rozrywającą na strzępy każdego, kto przekroczy próg jej więzienia. Każdego, oprócz Casa, coś bowiem powstrzymuje ją przed rozdarciem jego ciała, nie zabrania jednak na jego oczach zrobić tego z jego nowo poznanym kolegą. Muszę przyznać, że była to najmroczniejsza i zarazem najciekawsza scena całej książki - opis Anny jako bogini śmierci spływającej ze schodów w ociekającej krwią sukni jest świetny.
Tezeusz kilkakrotnie próbuje rozmawiać z Anną, która w jego towarzystwie przemienia się w potulnego aniołka (bogini śmierci jednak nie zasypia, o czym nieomal przekonuje się jego przyjaciółka, Carmel), i wydobyć z niej tajemnicę jej śmierci po dobroci. Kiedy to się nie udaje, organizuje wraz z przyjaciółmi (których najwyraźniej jednak ma) seans okultystyczny, podczas którego...
W każdym razie okazuje się, że Anna we Krwi to tylko jeden z problemów, z jakimi się Tezeuszowi przyjdzie zmierzyć, dzięki czemu my możemy trochę się dowiedzieć o wudu - z niewielką (a właściwie wydatną) pomocą wujka Google'a.

Z przykrością wielką muszę stwierdzić, że trend nekrofiliczny nie przeminął. Tezeusz Cassio, pogromca duchów, naturalnie się musiał w zjawie Annie zakochać, co oczywiście nieco komplikuje sprawę: "Nie ciesz się tak - mówię. - Zabiję cię tylko trochę."*. 
Obiecałam sobie jednak potraktować tę pozycję z komiksowym przymrużeniem oka - kiepska z tego karykatura Buffy, do "Ghost Busters" też się nie umywa, a i ta miłość taka przerysowana, wyluzowanym tonem z lekką nutką ironii wyznawana, że aż zabawna - jako czytelnik odbiera się ją prawie jak "pies z kreskówki na widok wózka z hot dogami."*. Bo gdyby tak przeanalizować ją na poważnie... oj, strach się bać!


* cytaty z książki, strona 301
tytuł oryginału: Anna Dressed in Blood
tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012
liczba stron: 319
oprawa: miękka
cena z okładki: 34 PLN

środa, 2 maja 2012

Dziedziczki - Andrzej Pilipiuk

Dziedziczki to trzecia i ostatnia osłona cyklu o Kuzynkach Kruszewskich. Po naszpikowanym różnościami tomie drugim do zapoznania się z tą częścią podchodziłam trochę jak pies do jeża, w końcu, jak zapowiedziałam przy okazji Księżniczki,  oczekiwałam urozmaicenia atrakcji o kosmitów, chupacabrę i Druidów, a w duchu obawiałam się hektolitrów jadu wylanych na szkolnictwo i politykę... Ale cóż, ciągnęło...

Początek wakacji. Stanisława tęskni za Kruszewicami tak bardzo, że, przy wydatnej pomocy umiejętności szpiegowskich Katarzyny, wykupuje majątek wraz z jego czterema mieszkańcami i bierze się za odbudowę dworu. Siedlisko ma być nie byle jakie: Sędziwój odtworzył projekt dawnej chluby rodu z pamięci, Stanisława zatrudniła do budowy adepta tajnej sztuki ciesielskiej oraz jego ukraińskich uczniów, a kuzynki snują plany przekształcenia majątku w gospodarstwo agroturystyczne.
Alchemik ruszyłby w świat w poszukiwaniu podobnych sobie, gdyby nie interwencja Bractwa Drugiej Drogi, zaś pogromcy wampirów udają się do Nidaros w ślad za niezwykle tajemniczym architektem ludzkości, a w Kruszewicach żyje się sielsko-wiejsko wszystkim, za wyjątkiem Moniki, która, po tysiącleciu spędzonym w ciele podlotka, najwyraźniej weszła szturmem w okres dojrzewania.

Podczas lektury tej części czułam się trochę jak kibic polskiej reprezentacji piłki nożnej: Pilipiuk przy piłce, ładnie mija przeciwnika (czyli pospolitego czytacza, jakim jestem), markuje podanie w lewo (pojawia się intrygujący wątek) i, tuż przed bramką, traci piłkę (a mogło być tak pięknie).

Na dwoje babka wróżyła, jak to mówią. 
Dziedziczki pod wieloma względami są słabsze od pozostałych dwóch części: akcja toczy się sennie, jak to bywa w letnie popołudnie na rozpalonej słońcem wsi, rzeka nadprzyrodzonych stworzeń najwyraźniej w tym skwarze wyschła i chupacabry nie uświadczyłam (nie oznacza to jednak, że nie spotkamy żadnego nowego mitycznego stwora - spotkamy, tylko pytanie: czy go zapamiętamy?), mniej akcji, więcej przepisów kulinarnych.
Dziedziczki są też lepsze, co zapewne spowodowane jest tym, że wydarzenia rozgrywają się w wakacje: nie ma opluwania systemu szkolnictwa, pilipiuczego domorosłego politykowania też jest mało, jeśli dobrze pamiętam ogranicza się ono do łapówkarstwa władz gminy byłego PGR Kurszewice. I Empik pojawia się chyba tylko raz.
Pilipiuk jest dla mnie autorem, którego twórczość nie porywa - czyta się go szybko i "gładko", jednak nie zaznaczałam cytatów i nie myślałam z bijącym sercem o bohaterach. Jest też pisarzem na tyle intrygującym, że na pewno jeszcze się spotkamy.
Na dwoje babka wróżyła.

Padło kilka goli po obu stronach, ale dokładnego wyniku nie pamiętam.
"Nic się nie stało!", pierwszy mecz o "Oko Jelenia" między tymi samymi drużynami niedługo się rozegra.

Za to te wydanie... cudne!


Recenzja Kuzynek tu
Recenzja Księżniczki tu
Wydawnictwo: Fabryka Słów
liczba stron: 304
oprawa: twarda
cena z okładki: 47,90 PLN
jak do mnie trafiła: Allegro, 32,99 ( z przesyłką)

czwartek, 26 kwietnia 2012

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Robert Wegner

Są takie książki, które łamią zasady, szturmem biorą czytelniczą świadomość, obalają stereotypy, osiedlają się w biblioteczce i, uzyskawszy autonomię, rządzą sprawiedliwie swoją półką.

Niespełna dwa lata temu na księgarnianym regale dostrzegłam okładkę - topór i miecz, czarna skała trawiona płomieniem. Nazwisko autora nic mi wtedy nie powiedziało, o tytule też wcześniej nie słyszałam. Urzeczona jednak prostotą, a zarazem magnetyczną siłą okładki i intrygującym tytułem "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" po prostu zajrzałam do środka. Wystarczył jeden akapit, bym wyszła z księgarni bogatsza o dwa zbiory opowiadań z pogranicza zupełnie nieznanego mi Imperium i przeczucie, że nie będę tej decyzji żałować. Było to niezwykłe nie tylko ze względu na hurtowy zakup dwóch książek nieznanego mi wcześniej autora, również dlatego, że opowiadania to w mojej biblioteczce rzadkość - przywiązuję się do bohaterów, krótkie formy zwykle na to nie pozwalają. Zwykle, za wyjątkiem opowiadań Wegnera. Na kontynuację tego genialnego cyklu, tym razem w formie powieści, musiałam jednak czekać aż półtora roku.

Verdanno, nieoficjalnie wspierani przez Czerwone Szóstki, ruszają do ojczyzny drogą najtrudniejszą z możliwych - przez góry. Doświadczenie wozaków w prowadzeniu karawany wspierane przez znajomość gór oddziału pod wodzą Kennetha pozwala ograniczać straty, co jednak będzie, gdy wydostaną się na równinę? Koczownicy Ojca Wojny, który najwyraźniej nie jest tak umierający, jakby się mogło wydawać, z całą pewnością ruszą na ich spotkanie. Z otwartymi ramionami. Otwartymi na tyle, żeby wygodnie napiąć łuk.

Dziewczyny z wolnego czaardanu wspierają Szczurzą Norę w rozwikłaniu zagadki wyjątkowo okrutnych i tajemniczych morderstw zacieśniających coraz bardziej pętlę wokół zamku miejscowego wielmoży. Co ciekawe, ten najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że jego poddani giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Kailean i Dagna być może wychowały się w siodłach i dworskie maniery są im obce, jednak od tej misji zależy ich życie, a nie będzie łatwo ją wypełnić pod niebem ze stali.

Powrót na meekhańskie pogranicze był dużo łatwiejszy, niż należałoby się po długim czasie, jaki minął od przeczytania poprzednich tomów, spodziewać - nie potrzebowałam przypomnienia, nie było żadnej stopniowej adaptacji do stylu autora... zupełnie, jakbym wczoraj rozstała się z bohaterami.

Rzadko zdarza się autor, który pisze tak minimalistyczne charakterystyki, a jednak jego bohaterowie są żywi i realni jak dobrzy znajomi. Jak Wegner to robi? Otóż zdaje się być orędownikiem starej zasady "nie słowa, lecz czyny" i tak, zamiast czytać podręcznikowy opis postaci Kennetha (gdzie, oprócz wyglądu zewnętrznego, autor musiałby wspomnieć o jego odwadze, sprawiedliwych osądach, pomysłowości, kręgosłupie moralnym, itd.), patrzymy, jak ten ryżowłosy mężczyzna obejmuje dowództwo nad Stajennymi, w jaki sposób stopniowo zdobywa zaufanie oddziału, przydzielonego mu niejako za karę. Wnioski na temat jego charakteru nasuwają nam się same, darzymy go też głębokim, godnym dowódcy, szacunkiem, niczym osobę z krwi i kości.
Czy coś zmienia nazwanie Verdanno upartymi lub zdeterminowanymi, kiedy widzimy karawanę przedzierającą się przez wąskie górskie ścieżki, balansującą na przełęczach i walczącą z surową przyrodą?
Czyny, nie słowa.

Wegner umie pisać, i to pisać tak, że natychmiast stajemy się częścią świata przez niego wykreowanego, wpadamy w wir zdarzeń i to rytm naszych serc odmierza czas od naciągnięcia cięciwy do upadku wroga rażonego strzałą... i tylko fakt, że siedzimy wygodnie na kanapie, a obok stygnie zapomniana kawa, pozwala podejrzewać, że to nie była nasza strzała, co więcej, konstatujemy zdziwieni, że w ogóle nie mamy łuku...

Autor postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, nie tylko napisał kontynuację cyklu opowiadań, zrobił to w zgoła odmiennej formie i... odniósł sukces. Powieść czyta się równie świetnie, co opowiadania, a nieco ponad 600 stron starcza zaledwie na niepełne trzy dni. Świetnie napisane postacie, genialnie wykreowany świat, pędząca na łeb na szyję akcja, żywe opisy potyczek i starć zbrojnych, mrożące krew w żyłach, momentami makabrycznie zobrazowane tortury, dreszczyk przechodzący po plecach, gdy odkrywamy nowy szczegół...
Dziś już wiem, że w tym rozbudowanym uniwersum nawet przekradająca się chyłkiem osoba czy najdrobniejszy detal mogą mieć ogromne znaczenie, a wszystko jest częścią doskonale zaplanowanej sagi. I to jakiej sagi! Mam nadzieję, że na tomie czwartym się nie skończy.

Mogłabym mnożyć zachwyty nad talentem Wegnera, a to i tak nie zmieniłoby faktu, że "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" to najlepszy "kawałek" polskiej fantastyki ostatnich lat, jaki można kupić. Szkoda tylko, że Peter Jackson raczej ich nie zekranizuje.

Pozycja obowiązkowa!

Recenzje pozostałych części:
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe.
Opowieści z meekhańskiego pogranicza.Wschód-Zachód.

Wydawnictwo: Powergraph
liczba stron: 624
oprawa: twarda, z mapą
cena z okładki: 47,00 PLN

Przypominam o trwającym konkursie

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Pan Lodowego Ogrodu. Tom III - Jarosław Grzędowicz

Zwykle "mniej znaczy więcej" - czy to w kwestii ubioru, wnętrzarstwa czy też literatury. Na "książkowym gruncie" można by tę regułę tłumaczyć na przykład tak, że jeśli wysyłamy Ziemianina na inną planetę z misją, to postarajmy się, aby elementów obcych było zawsze o jeden mniej, niż byśmy chcieli w naszym dziele umieścić, bo im bardziej udziwnimy ten obcy świat, tym mniej prawdopodobny on będzie. Tę złotą regułę bardzo ciężko jest zastosować w praktyce i często zdarza się, że coś idzie nie tak. Przykładem takiego nieumiarkowania w udziwnianiu świata przedstawionego wykazał się swego czasu Marek Utkin, Grzędowicz z Panem Lodowego Ogrodu znalazł się na bibliotecznej półce przeciwwagi, łamiąc przy tym zasadę umiarkowania na wszelkie możliwe sposoby.

Midgaard bardzo przypomina Ziemię za czasów legendarnego króla Ćwieczka (czyli głębokie, ciemne średniowiecze) - jedni są rolnikami, inni wojownikami, jedni wegetują w strachu, chłodzie i głodzie, drudzy na nich napadają. Jednak w zasadzie na tym podobieństwa się kończą. Ludzie z Midgaardu różnią się od Ziemian przede wszystkim fizycznie - weźmy chociażby ogromne oczy praktycznie pozbawione białkówki; zwierzęta zaś przypominają nasze swojskie czasem jedynie  z funkcji - wyobraźcie sobie na przykład, że dosiadacie ogromnego, rogatego, mięsożernego konia. Największa jednak różnica to obecność "czynnika M" (czyli magii) oraz fakt, że ten świat nie ma szans na jakikolwiek rozwój - jeśli postęp technologiczny wysuwa się poza wyznaczone w Pieśni Ludzi (normującej wszelkie aspekty życia - od odzienia i kształtu domów począwszy na wiedzy i umiejętnościach poszczególnych plemion skończywszy) ramy przychodzi Martwy Śnieg, który przynosi całkowity reset rzeczywistości.

Tyle by wystarczyło, by napisać całkiem ciekawą, może nawet dobrą powieść, Grzędowicz posunął się jednak dalej. Znacznie dalej.

Mamy dwa wątki i dwóch głównych bohaterów, zdarzenia i postacie tak różne, jak to tylko możliwe. Vuko i Filar nie tylko pochodzą z różnych planet, warstw społecznych, dzieli ich również wiek, doświadczenie, wiedza, temperament, sposób wysławiania, priorytety, światopogląd... słowem: wszystko. Czytelnika już od pierwszego tomu dosłownie skręca ciekawość, jak połączą się te dwa wątki. Zdradzę tylko tyle, że w wyjątkowo przewrotny sposób.

Zresztą, na brak szeroko rozumianej przewrotności u Grzędowicza nie można narzekać. Każdy z tomów wprowadza na scenę jednego z zaginionych naukowców, szaleństwo których ograniczone jest chyba jedynie możliwościami autora (hmm, czyli zgoła nieograniczone). W tomie pierwszym Van Dyken stworzył sobie świat rodem z Boscha i zamienił Drakkainena w drzewo, w tomie drugim brniemy głębiej w koszmar przez niego stworzony, kąpiemy się we krwi w Czerwonych Wieżach, by potem oglądać wraz z naszym przeklinającym po fińsku eks-entem lodowy drakkar. Tom trzeci to podróż tymże pseudowikińskim statkiem do Lodowego Ogrodu, więcej fińskich przekleństw, miriady disnejowskich wróżek, śpiąca królewna oraz Midgaardczycy z ich ogromnymi oczami śpiewający piosenkę z filmu "Nakarmić kruki". Nie wiem, co bierze Grzędowicz, ale poproszę to samo.

Dla mnie dobra książka to taka książka, która za mną"chodzi". To taka książka, która inspiruje, chociażby do zapoznania się z twórczością Boscha, słuchania w kółko piosenek, o których wspomina autor, sięgnięcia po lektury przez niego sugerowane. Dobra książka to taka, której bohaterowie są naszymi przyjaciółmi, a fabuła potrafi nam się przyśnić. Jarosław Grzędowicz wpisał się do mojego prywatnego kanonu autorów dobrych książek już pierwszym tomem Pana Lodowego Ogrodu, poprawił ten wynik drugim, a trzecią odsłoną przygód Drakkainena tylko mnie w tym utwierdził. Tylko, perkele, kiedy w końcu się ukaże się tom czwarty?


Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2009
liczba stron: 497
oprawa: miękka
cena z okładki: 33,00 PLN
Posłuchajcie wraz ze mną :)

  

środa, 11 kwietnia 2012

Dwie strony medalu - J.M.R. Michalski

Adam Czarniecki - przystojny, zbuntowany, niezbyt lubiany przez nauczycieli, uwielbiany przez liczne kochanki i "przeleciółki", lider lokalnej grupy hooligans z aspiracjami, by dowodzeni przez niego Pretorianie zajęli pierwsze miejsce w tabeli ustawek, organizator radomskiego Fight Club, wzięty imprezowicz, poeta, fascynat szachów, Paulo Coelho i historii, po śmierci brata-dealera skłócony z Bogiem.

Michał Bogucki - przystojny, uwielbiany przez wszystkich wokoło, doskonały uczeń, sportowiec, udziela się w miejscowym ośrodku pomocy społecznej, od lat z tą samą dziewczyną - modelką, gorliwy chrześcijanin, który każdy dzień zawdzięcza Bogu.

Najlepsi przyjaciele - jak to w życiu bywa przeciwieństwa się przyciągają.

Pewnego dnia w tej sielance pojawia się Alicja. Adam w pijackim widzie dostrzega tę czarnowłosą dziewczynę na dyskotece. Najpiękniejsza w klasie bez dwóch zdań (bo, oczywiście, chodzi do tej samej klasy), ku uciesze katechety ma plan zorganizować w swoim nowym rodzinnym mieście, Radomiu, scholę. Adaś jest ostatnim facetem, na którego by spojrzała, aż do momentu, kiedy ten brawurowo ratuje śliczną brunetkę przed gwałcicielami w ciemnym zaułku (sam przeciw wielu, ale przecież on ma swe tajemnice), gdzie trafił śledząc ją. Jeśli jeszcze nie zaświeciła się Wam lampka nad głowami, to informuję, że bardzo przypominało to scenę ze Zmierzchu, za wyjątkiem tego, że Adam, z oczywistych względów, nie słyszał myśli tych szumowin. Jak wiadomo "wielka miłość nie wybiera, czy ją chcemy nie pyta nas wcale", tych dwoje łączy zatem ogromnie ckliwe uczucie, jednak nie wszystko układa się jak w bajce.

Pan Michalski napisał w mailu do mnie "Bardzo podoba mi się sposób w jaki recenzuje Pani książki. Mam ogromną prośbę by zechciała również Pani zrecenzować moją powieść." Panie Janie, jest mi niezmiernie przykro, że nie mogę spełnić Pana oczekiwań względem tej recenzji. W Pańskiej lekturze (idąc za Pańską nomenklaturą z dalszej części maila) zbyt wiele rzeczy nie jest na miejscu.

Po pierwsze - postaci. Odniosłam wrażenie, że tworząc Michała i Adama autor wziął kawałek papieru i po jednej stronie wypisał cechy porządnego chrześcijanina, a po drugiej "tego złego". Przykłady? Michał pije piwo lub XV-wieczne francuskie wino, Adam - wódkę. Michał słucha Barry'ego White'a, Adam - Dżemu. Adam to brunet, Michał... zgadniecie?

Po drugie fabuła - w momencie pojawienia się na scenie Alicji wiedziałam, jak dalej potoczy się akcja. Nie będę tego komentować.

Po trzecie - dialogi. Rehabilituję niniejszym wszystkie paranormale ze Zmierzchem na czele. Meyer to wirtuozka wyznań miłosnych... Jeśli kiedyś pisałam, że dialogi przypominają monolog z podziałem na role - cofam to, wymyślę inne określenie dla tamtych, gdyż dopiero teraz doświadczyłam takich pseudo-dialogów.

Po czwarte - język. Niech sobie przeklinają, już nie raz podkreślałam, że w niektórych przypadkach, a hooligans do nich należą, uważam podwórkową łacinę za dozwoloną, wręcz wskazaną, jednak osiemnastolatkowie w roku pańskim 2011 na pewno nie będą "spaleni blantem". Nie będą też się do siebie zwracać "przyjacielu" w co drugim zdaniu. Pójdę o krok dalej: ludzie ocierający się o margines społeczny nie będą się do siebie zwracać zdaniami wielokrotnie złożonymi używając słownikowej polszczyzny.

Poza tym książka jest najeżona błędami stylistycznymi, interpunkcyjnymi, zdarzają się literówki, powtórzenia, przynajmniej raz pomyliło się imię jednej z postaci. Za co wzięło pieniądze dwóch redaktorów?

Dużym minusem były też zbliżenia walk na pięści z trzaskającymi kośćmi, podczas gdy najodważniejszą sceną erotyczną okazało się polizanie po uchu i rozpięcie spodni przez ich właściciela. Gdzie tu konsekwencja? Albo idziemy na całość: na ringu krew się leje, a oddechy w sypialni przyspieszają, albo rezygnujemy z obydwu "atrakcji".

Całość jest przesiąknięta chrześcijańską ideologią, jednak, ponownie, brakuje w niej konsekwencji - seks przedmałżeński? zakończenie (którego tu nie przytoczę, bo może ktoś się mimo wszystko skusi na przeczytanie)???

Nie potrafię sprecyzować grupy docelowej. Młodzież - Wszechpolska chyba? Dorośli - tylko po co? Chłopcy (tfu! chciałam rzec: MĘŻCZYŹNI osiemnastoletni) - i o tych wszystkich "kochamciach nadżyciemciach" mają niby czytać, kiedy sam autor podsuwa alternatywę w postaci Mario Puzo i Chucka Palahniuka? Dziewczęt... KOBIETY osiemnastoletnie, znaczy - losy kibola nieudolnie indoktrynowanego przez dziewczynę-żonę_przyszłą i przyjaciela raczej ich nie zainteresują. Boję się wymieniać dalej.

Mimo usilnych chęci znalezienia jakiegokolwiek pozytywu (a wiecie, że zawsze się staram je znaleźć) muszę wyznać, że jest to jedna z najgorszych książek, jakie przyszło mi przeczytać i zrecenzować.

Nawet okładka mi się nie podoba.

Wydawnictwo: Lucky
liczba stron: 207
oprawa: twarda
cena z okładki: 22,00 PLN
jak do mnie trafiła: przesłana przez autora

wtorek, 27 marca 2012

49 idzie pod młotek - Thomas Pynchon

Drogi Mucho,

W odpowiedzi na Twój list, choć, ze względu na dziwny komunikat na kopercie ("O obscenicznych przesyłkach powiadom natychmiast swojego glistonosza"), nie mogę mieć pewności, czy rzeczywiście Ty go wysłałeś, muszę Ci opowiedzieć o sieci dziwnych wydarzeń, w którą wplątał mnie Pierce czyniąc współwykonawczynią swojego testamentu. W innych okolicznościach pewnie nawet bym nie zwróciła uwagi na kopertę, ale w chwili obecnej sama już nie wiem, komu i czemu mogę wierzyć, wiem za to na pewno, że wszyscy jesteśmy częścią jakiejś ogromnej mistyfikacji (a może to ja jestem jej celem, podczas gdy wszyscy wokół są w pełni świadomi tego, co się naprawdę dzieje?).

Wszystko zaczęło się w "Ekranie", knajpce z elektroniczną muzyką na żywo, gdzie poszliśmy z Metzgerem. Klientelę stanowili głównie pracownicy Yoyodyne, która też należała do Pierce'a (mam coraz silniejsze przeczucie, że Inveriarty był właścicielem całego San Narciso i nie tylko). Okazało się, że Yoyodyne ma swoją własną pocztę, z której każdy musi skorzystać przynajmniej raz w tygodniu. Trochę to dziwne, nie uważasz? Potem w toalecie damskiej znalazłam ogłoszenie, którego autorka radziła pisać przez ŚMIETNIK, a pod ogłoszeniem narysowany był tajemniczy symbol (teraz już wiem, że to trąbka pocztowa zatkana tłumikiem), co wydało mi się jeszcze bardziej podejrzane.

Mam jakieś surrealistyczne przeczucie, że z tym wszystkim ma związek tajemnicze Trystero, które się wszędzie przewija - nawet w sztuce Wharfingera "Tragedia kuriera", na którą poszliśmy z Metzgerem, żeby się dowiedzieć, o co chodzi z kośćmi żołnierzy z jeziora i jak ta historia łączy się z filtrami do papierosów (to długa historia, opowiem Ci ją po powrocie).

Chętnie poszłabym do doktora Hieronimusa, może on pomógłby mi to jakoś poukładać, ale coraz mniej odpowiadają mi jego metody. Czy wiesz, że znów proponował mi LSD? Wiem, że jego paranoja przy rozmiarach mojej jest niewielka, ale to chyba jednak przesada?

Powoli zbliżam się do prawdy, być może następny list wyślę przez ŚMIETNIK?

Twoja,
Edypa

***

Taki list zapewne mógłby wyjść spod ręki Edypy, głównej bohaterki powieści czołowego twórcy postmodernistycznego, Thomasa Pynchona. Jeśli wydał on się Wam zagmatwany, niejasny i co najmniej dziwny, a uczucia te zwykle obniżają Waszą ocenę jakiejkolwiek książki, powinniście tej pozycji unikać jak ognia. Jeśli jednak uznacie, że taki poziom paranoi w literaturze Wam odpowiada, a nawet jesteście gotowi na więcej - nie zwlekajcie - może się okazać, że Pynchon stanie się jednym z najbardziej cenionych przez Was twórców. Jako dodatkowy atut może posłużyć fakt, że umiejętności Pynchona do przeplatania literackiej fikcji z prawdą historyczną są wprost nieograniczone, dzięki czemu, przy odrobinie wiedzy ogólnej, czytelnik zasiada do wyrafinowanej uczty intelektualnej, z każdym kęsem coraz bardziej podziwiając kucharza.

Podsumowując: przyjemność z czytania jest wprost proporcjonalna do sumy tolerancji paranoi i wiedzy ogólnej czytelnika.

Zdecydowanie polecam!

tytuł oryginału: The Crying of Lot 49
tłumaczenie: Piotr Siemion
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2009
liczba stron: 224
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: Selkar, 27,00 PLN

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...