Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 sierpnia 2012

Oko Jelenia - Andrzej Pilipiuk

"Pilipiuk jest dla mnie autorem, którego twórczość nie porywa - czyta się go szybko i "gładko", jednak nie zaznaczałam cytatów i nie myślałam z bijącym sercem o bohaterach. Jest też pisarzem na tyle intrygującym, że na pewno jeszcze się spotkamy." napisałam ledwie dwa miesiące temu przy okazji recenzji jednego z tomu cyklu o Kuzynkach Kruszewskich pana Andrzeja. Dziś... dziś po przeczytaniu całego cyklu Oko Jelenia nie podpisałabym się pod tą opinią z takim samym przekonaniem, jak wówczas.

Zarys historii Marka Oberecha narodził się długo przed zyskaniem przez Pilipiuka estymy, którą dziś się cieszy, przez te wszystkie lata czekając na "swoje pięć minut" przez co pierwszy tom prawie "zderzył się" z Panem Lodowego Ogrodu Grzędowicza - serią opierającą się na niemal identycznym pomyśle: osoba nam współczesna ma wykonać misję w średniowieczu. 
Recenzent, który pokusiłaby się jednak o doszukiwanie się podobieństw i "kalek" szybko poniosłaby sromotną klęskę, gdyż te serie różnią się od siebie absolutnie wszystkim. Zacznijmy choćby od miejsca akcji i realiów:  PLO osadzony jest na Midgaardzie, fikcyjnej planecie podobnej do Ziemi sprzed wieków, Pilipiuk starał się stworzyć alternatywną wersję historii Hanzy, starając się przy tym jak najwierniej oddać realia drugiej połowy szesnastego wieku w ogarniętej reformacją religijną Skandynawii oraz mieście Gdańsku przeżywającym swój złoty wiek. Uwspółcześniony język, jakim posługuje się autor, był celowym zabiegiem - dzięki temu czytelnik nie traci czasu na czytanie przypisów. Pilipiuk złagodził również nieco religijne aspekty życia ówczesnych ludzi, by, jak sam autor przyznaje, uniknąć ataków ze strony Radia Maryja.

Może i pilipiukowy scalak w pewnych aspektach (konkretnie darem języków) mgliście przypomina grzędowiczowy Cyfral, jednak porównanie Marka i Vuko to niezbyt udany żart. W moich oczach Pilipiuk ma niestety mały problem z tworzeniem postaci pierwszoplanowych. Nauczyciel informatyki Oberech, a nawet licealista Staszek, to istni ludzie renesansu - próbują swoich sił w produkcji antybiotyków, wiedzą medyczną i techniczną sypią niczym z rękawa, robienie szabelką mają we krwi, a Marek nawet uczy młodego Hansa Schicklgrubera wiersze pisać. Może z mojej strony to zwykłe czepialstwo, jednak do tej pory mam w pamięci superagentkę Katarzynę Kruszewską, dwudziestolatkę z większym doświadczeniem w pracy w CBŚ, niż mój znajomy emerytowany szef jednej z komórek... i, niestety, protagoniści Oka Jelenia niewiele od stereotypu pilipiukowego superbohatera odbiegją.

Osobiście miałam nieco mniej mgliste skojarzenia z Trylogią Husycką Sapkowskiego, choć Reynevan zdecydowanie mniej się na torturach nacierpiał i więcej podbojów miłosnych stało się jego udziałem. 
Czy dobrze, że Pilipiuk poruszył wątek religijny? Ano dobrze, w końcu religia była jednym z najważniejszych aspektów życia ówczesnej Europy, ale jakoś zabrakło mi rozwiązania dla wątku Bractwa Świętego Olafa. W każdym razie w kwestii wiary stawiam na Pilipiuka. 
Z tymi torturami... nie lubię takich wątków i tu mi zdecydowanie bardziej Sapkowski "podszedł".

5 z sześciu tomów Oka Jelenia bardzo mi się podobało, pozostały 6 tom to, potocznie mówiąc, zwykłe "wodolejstwo", ale kto by tam się tym przejmował. Pilipiuka czyta się przyjemnie, szybko i łatwo, na zmęczony umysł jest jak balsam. Podobno nie jest to oznaką dobrej jakości lektury, jednak jak lwica będę bronić tego cyklu - pomysł świetny, mrówcza praca włożona w zachowanie realizmu, sporo ciekawostek historycznych, umiejętne wplecenie wątków fantastycznych i rewelacyjne poczucie humoru. Zamiast trwonić czas na jakieś "wampiórcze", "wybrokatowane" brednie, można sięgnąć po tę lekką lekturkę, która przynajmniej czegoś uczy,  a z całą pewnością bawi. I to jak bawi!

Polecam!


czwartek, 26 kwietnia 2012

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Robert Wegner

Są takie książki, które łamią zasady, szturmem biorą czytelniczą świadomość, obalają stereotypy, osiedlają się w biblioteczce i, uzyskawszy autonomię, rządzą sprawiedliwie swoją półką.

Niespełna dwa lata temu na księgarnianym regale dostrzegłam okładkę - topór i miecz, czarna skała trawiona płomieniem. Nazwisko autora nic mi wtedy nie powiedziało, o tytule też wcześniej nie słyszałam. Urzeczona jednak prostotą, a zarazem magnetyczną siłą okładki i intrygującym tytułem "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" po prostu zajrzałam do środka. Wystarczył jeden akapit, bym wyszła z księgarni bogatsza o dwa zbiory opowiadań z pogranicza zupełnie nieznanego mi Imperium i przeczucie, że nie będę tej decyzji żałować. Było to niezwykłe nie tylko ze względu na hurtowy zakup dwóch książek nieznanego mi wcześniej autora, również dlatego, że opowiadania to w mojej biblioteczce rzadkość - przywiązuję się do bohaterów, krótkie formy zwykle na to nie pozwalają. Zwykle, za wyjątkiem opowiadań Wegnera. Na kontynuację tego genialnego cyklu, tym razem w formie powieści, musiałam jednak czekać aż półtora roku.

Verdanno, nieoficjalnie wspierani przez Czerwone Szóstki, ruszają do ojczyzny drogą najtrudniejszą z możliwych - przez góry. Doświadczenie wozaków w prowadzeniu karawany wspierane przez znajomość gór oddziału pod wodzą Kennetha pozwala ograniczać straty, co jednak będzie, gdy wydostaną się na równinę? Koczownicy Ojca Wojny, który najwyraźniej nie jest tak umierający, jakby się mogło wydawać, z całą pewnością ruszą na ich spotkanie. Z otwartymi ramionami. Otwartymi na tyle, żeby wygodnie napiąć łuk.

Dziewczyny z wolnego czaardanu wspierają Szczurzą Norę w rozwikłaniu zagadki wyjątkowo okrutnych i tajemniczych morderstw zacieśniających coraz bardziej pętlę wokół zamku miejscowego wielmoży. Co ciekawe, ten najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że jego poddani giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Kailean i Dagna być może wychowały się w siodłach i dworskie maniery są im obce, jednak od tej misji zależy ich życie, a nie będzie łatwo ją wypełnić pod niebem ze stali.

Powrót na meekhańskie pogranicze był dużo łatwiejszy, niż należałoby się po długim czasie, jaki minął od przeczytania poprzednich tomów, spodziewać - nie potrzebowałam przypomnienia, nie było żadnej stopniowej adaptacji do stylu autora... zupełnie, jakbym wczoraj rozstała się z bohaterami.

Rzadko zdarza się autor, który pisze tak minimalistyczne charakterystyki, a jednak jego bohaterowie są żywi i realni jak dobrzy znajomi. Jak Wegner to robi? Otóż zdaje się być orędownikiem starej zasady "nie słowa, lecz czyny" i tak, zamiast czytać podręcznikowy opis postaci Kennetha (gdzie, oprócz wyglądu zewnętrznego, autor musiałby wspomnieć o jego odwadze, sprawiedliwych osądach, pomysłowości, kręgosłupie moralnym, itd.), patrzymy, jak ten ryżowłosy mężczyzna obejmuje dowództwo nad Stajennymi, w jaki sposób stopniowo zdobywa zaufanie oddziału, przydzielonego mu niejako za karę. Wnioski na temat jego charakteru nasuwają nam się same, darzymy go też głębokim, godnym dowódcy, szacunkiem, niczym osobę z krwi i kości.
Czy coś zmienia nazwanie Verdanno upartymi lub zdeterminowanymi, kiedy widzimy karawanę przedzierającą się przez wąskie górskie ścieżki, balansującą na przełęczach i walczącą z surową przyrodą?
Czyny, nie słowa.

Wegner umie pisać, i to pisać tak, że natychmiast stajemy się częścią świata przez niego wykreowanego, wpadamy w wir zdarzeń i to rytm naszych serc odmierza czas od naciągnięcia cięciwy do upadku wroga rażonego strzałą... i tylko fakt, że siedzimy wygodnie na kanapie, a obok stygnie zapomniana kawa, pozwala podejrzewać, że to nie była nasza strzała, co więcej, konstatujemy zdziwieni, że w ogóle nie mamy łuku...

Autor postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, nie tylko napisał kontynuację cyklu opowiadań, zrobił to w zgoła odmiennej formie i... odniósł sukces. Powieść czyta się równie świetnie, co opowiadania, a nieco ponad 600 stron starcza zaledwie na niepełne trzy dni. Świetnie napisane postacie, genialnie wykreowany świat, pędząca na łeb na szyję akcja, żywe opisy potyczek i starć zbrojnych, mrożące krew w żyłach, momentami makabrycznie zobrazowane tortury, dreszczyk przechodzący po plecach, gdy odkrywamy nowy szczegół...
Dziś już wiem, że w tym rozbudowanym uniwersum nawet przekradająca się chyłkiem osoba czy najdrobniejszy detal mogą mieć ogromne znaczenie, a wszystko jest częścią doskonale zaplanowanej sagi. I to jakiej sagi! Mam nadzieję, że na tomie czwartym się nie skończy.

Mogłabym mnożyć zachwyty nad talentem Wegnera, a to i tak nie zmieniłoby faktu, że "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" to najlepszy "kawałek" polskiej fantastyki ostatnich lat, jaki można kupić. Szkoda tylko, że Peter Jackson raczej ich nie zekranizuje.

Pozycja obowiązkowa!

Recenzje pozostałych części:
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe.
Opowieści z meekhańskiego pogranicza.Wschód-Zachód.

Wydawnictwo: Powergraph
liczba stron: 624
oprawa: twarda, z mapą
cena z okładki: 47,00 PLN

Przypominam o trwającym konkursie

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Pan Lodowego Ogrodu. Tom III - Jarosław Grzędowicz

Zwykle "mniej znaczy więcej" - czy to w kwestii ubioru, wnętrzarstwa czy też literatury. Na "książkowym gruncie" można by tę regułę tłumaczyć na przykład tak, że jeśli wysyłamy Ziemianina na inną planetę z misją, to postarajmy się, aby elementów obcych było zawsze o jeden mniej, niż byśmy chcieli w naszym dziele umieścić, bo im bardziej udziwnimy ten obcy świat, tym mniej prawdopodobny on będzie. Tę złotą regułę bardzo ciężko jest zastosować w praktyce i często zdarza się, że coś idzie nie tak. Przykładem takiego nieumiarkowania w udziwnianiu świata przedstawionego wykazał się swego czasu Marek Utkin, Grzędowicz z Panem Lodowego Ogrodu znalazł się na bibliotecznej półce przeciwwagi, łamiąc przy tym zasadę umiarkowania na wszelkie możliwe sposoby.

Midgaard bardzo przypomina Ziemię za czasów legendarnego króla Ćwieczka (czyli głębokie, ciemne średniowiecze) - jedni są rolnikami, inni wojownikami, jedni wegetują w strachu, chłodzie i głodzie, drudzy na nich napadają. Jednak w zasadzie na tym podobieństwa się kończą. Ludzie z Midgaardu różnią się od Ziemian przede wszystkim fizycznie - weźmy chociażby ogromne oczy praktycznie pozbawione białkówki; zwierzęta zaś przypominają nasze swojskie czasem jedynie  z funkcji - wyobraźcie sobie na przykład, że dosiadacie ogromnego, rogatego, mięsożernego konia. Największa jednak różnica to obecność "czynnika M" (czyli magii) oraz fakt, że ten świat nie ma szans na jakikolwiek rozwój - jeśli postęp technologiczny wysuwa się poza wyznaczone w Pieśni Ludzi (normującej wszelkie aspekty życia - od odzienia i kształtu domów począwszy na wiedzy i umiejętnościach poszczególnych plemion skończywszy) ramy przychodzi Martwy Śnieg, który przynosi całkowity reset rzeczywistości.

Tyle by wystarczyło, by napisać całkiem ciekawą, może nawet dobrą powieść, Grzędowicz posunął się jednak dalej. Znacznie dalej.

Mamy dwa wątki i dwóch głównych bohaterów, zdarzenia i postacie tak różne, jak to tylko możliwe. Vuko i Filar nie tylko pochodzą z różnych planet, warstw społecznych, dzieli ich również wiek, doświadczenie, wiedza, temperament, sposób wysławiania, priorytety, światopogląd... słowem: wszystko. Czytelnika już od pierwszego tomu dosłownie skręca ciekawość, jak połączą się te dwa wątki. Zdradzę tylko tyle, że w wyjątkowo przewrotny sposób.

Zresztą, na brak szeroko rozumianej przewrotności u Grzędowicza nie można narzekać. Każdy z tomów wprowadza na scenę jednego z zaginionych naukowców, szaleństwo których ograniczone jest chyba jedynie możliwościami autora (hmm, czyli zgoła nieograniczone). W tomie pierwszym Van Dyken stworzył sobie świat rodem z Boscha i zamienił Drakkainena w drzewo, w tomie drugim brniemy głębiej w koszmar przez niego stworzony, kąpiemy się we krwi w Czerwonych Wieżach, by potem oglądać wraz z naszym przeklinającym po fińsku eks-entem lodowy drakkar. Tom trzeci to podróż tymże pseudowikińskim statkiem do Lodowego Ogrodu, więcej fińskich przekleństw, miriady disnejowskich wróżek, śpiąca królewna oraz Midgaardczycy z ich ogromnymi oczami śpiewający piosenkę z filmu "Nakarmić kruki". Nie wiem, co bierze Grzędowicz, ale poproszę to samo.

Dla mnie dobra książka to taka książka, która za mną"chodzi". To taka książka, która inspiruje, chociażby do zapoznania się z twórczością Boscha, słuchania w kółko piosenek, o których wspomina autor, sięgnięcia po lektury przez niego sugerowane. Dobra książka to taka, której bohaterowie są naszymi przyjaciółmi, a fabuła potrafi nam się przyśnić. Jarosław Grzędowicz wpisał się do mojego prywatnego kanonu autorów dobrych książek już pierwszym tomem Pana Lodowego Ogrodu, poprawił ten wynik drugim, a trzecią odsłoną przygód Drakkainena tylko mnie w tym utwierdził. Tylko, perkele, kiedy w końcu się ukaże się tom czwarty?


Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2009
liczba stron: 497
oprawa: miękka
cena z okładki: 33,00 PLN
Posłuchajcie wraz ze mną :)

  

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Miasto Śniących Książek - Walter Moers

Walter Moers to cieszący się w Niemczech dużą popularnością autor komiksów, malarz, scenarzysta, autor książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych. W Polsce zostały wydane jego cztery powieści: 13 1/2 życia kapitana Niebieskiego Misia, Rumo i cuda w ciemnościach, Miasto Śniących Książek, Kot alchemika, których akcja rozgrywa się na (fikcyjnym) odkrytym przez Moersa kontynencie, Camonii, w ambicjach autora mającym przywodzić na myśl Śródziemie, w mojej opinii na szczęście nie będących kolejną marną kalką Tolkiena. Dla mnie to drugie spotkanie z tym autorem.

Moers w tej niesamowitej powieści kłania się wysokiej kulturze składając hołd po pierwsze samym książkom - zabiera nas bowiem do mekki pisarzy, wydawców, księgarzy i antykwariuszy - miasta, której żyje dla i z czytania; po drugie klasykom literatury - Szekspirowi, Edgarowi Alanowi Poe,  Dickensowi, Baudelaire'owi, Hugo, Goethemu, Dostojewskiemu i wielu, wielu innym, nadając buchlingom ich nazwiska w typowym dla siebie, dziwacznym camońskim brzmieniu. Jednocześnie wychwala i piętnuje wielbicieli słowa pisanego oraz przemysł księgarski i rynek wydawniczy (w Camonii swego czasu były  bardzo popularne np. książki dla analfabetów). Opowiada o twórczej niemocy, o marazmie i zrezygnowaniu, kiedy okazuje się, że ktoś może pisać tak, jak my sami nigdy nie będziemy. O euforii, która ogarnia, kiedy dane nam zostało poznanie alfabetu gwiazd. Zabiera nas również na koncert trąbuzonowy, daje skosztować wina komety, pozwala podziwiać największy diament i odbyć podróż kolejką rdzawych gnomów. Ale przede wszystkim zabiera nas w mrożącą krew w żyłach podróż Katakumbami Księgogrodu, Miasta Śniących Książek - na każdym kroku zaś towarzyszą nam książki.

Wewnątrz tego opasłego tomiszcza natraficie na epikę, lirykę i dramat, dosłownie i w przenośni. Groteska staje się tu siostrą alegorii, anafora i aluzja zasiadają do wspólnego stołu. Mamy do czynienia z autorem, który umie żonglować słowem, bawić się gatunkami literackimi, środki stylistyczne zjadał na śniadanie już we wczesnym dzieciństwie, wie jak grać na emocjach, a Orm go nie opuszcza.

Każdy rozdział okraszony został genialnymi wprost ilustracjami autora - przesyconymi specyficznym humorem - które, wraz z wirtuozerią języka (i tu chciałam złożyć głęboki ukłon w stronę tłumaczki), gwarantują czytelnikowi niezapomniane wrażenia. Uważajcie jednak, bo w książce z obrazkami, która pozornie nadaje się dla dzieci, aż roi się od postaci i zdarzeń rodem z lepkiego, wilgotnego koszmaru, nierzadko oślizgłego.

Nigdy nie byłam fanką niemieckiej literatury czy filmu, jednak książki Moersa mają w sobie niesamowity wręcz magnetyzm, który sprawia, że nie potrafię się oderwać ani o nich zapomnieć. Jego postacie zdecydowanie nie są papierowe (choć mając w pamięci Katakumby Księgogrodu mogę jedynie popaść w zadumę - czy na pewno nie są p a p i e r o w e?) - jeśli któraś z nich jest negatywna to nie jest tylko "trochę" zła - u tego autora zetkniemy się z odrażającym indywiduum wypranym z uczuć do tego stopnia, że nie zawaha się posunąć do najgorszego czynu, by osiągnąć swój cel. Jeśli czytamy o Złu to jest to zło pierwotne, gdzieś z otchłani naszej podświadomości, oplatające mackami nasze nerwy, doprowadzające do skraju szaleństwa. Kiedy Moers pisze o strachu, to nie wyobrażajmy sobie biegania po bagnach pełnych węży  - tu mamy skrzypiące drzwi w pustym domu i uczucie, że ktoś na nas patrzy, mimo, że jesteśmy sami w pokoju. I wiecie co? Takie, niby tandetne, oklepane sceny sprawiają, że po kręgosłupie biegną zimne dreszcze, w górę i w dół, ponieważ autor użył odpowiednich słów (i narracji pierwszoosobowej), by to osiągnąć (raz jeszcze dziękuję tłumaczce).

Podsumowując krótko - książki Moersa powinny znaleźć się w każdej biblioteczce. Z doświadczenia wiem, że może nie zapamiętacie imion większości postaci (camoński jest zdecydowanie trudnym językiem), jednak zapamiętacie swoje odczucia, kiedy przewracaliście kartki, zapamiętacie obrazy, które autor wszczepiał w wasze umysły, w końcu zapamiętacie radość z faktu, że właśnie przeczytaliście naprawdę świetną książkę.

Tym razem nie polecam. ZALECAM!!!
tytuł oryginału: Die Stadt der Traumenden Bucher
tłumaczenie: Katarzyna Bena
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
liczba stron: 456
oprawa: twarda
cena z okładki: 44,90 PLN
jak do mnie trafiła: Allegro

sobota, 10 września 2011

Tern - Nik Pierumow

Pierwsze, co rzuca nam się w oczy to piękna okładka, zapraszająca ciepłym, miodowym kolorem i tajemniczym rysunkiem. Wpatrywałam się w nią jak zahipnotyzowana, zanim zajrzałam do środka. Powitał mnie kolejny mit o stworzeniu świata i już wiedziałam, że mam do czynienia z klasyczną fantasy, byłam tylko ciekawa jak bardzo klasyczną.

Zbiera się drużyna pozornie niepasujących do siebie indywiduów - dhuss Tern, sidcha Neiss, Gończa Nekropolis Stein oraz przywołany w barbarzyńskim rytuale demon Krojon, których jednak łączą długi względem siebie: Gończa wybiła gałąź sidchy, a dhuss nie będący dhussem wywołał demona z innej płaszczyzny bytu. Tę pełną wzajemnej nieufności zbieraninę popycha do przodu jedynie osobowość Terna - Krojon darzy go głębokim szacunkiem, a obie dziewczyny afektem.

Trudno im się zresztą dziwić - wiedza dhussa jest ogromna, wydaje się on wiedzieć o wszystkim, co ma jakikolwiek związek z magią i Zwierzętami Rajlegu, a jego tajemnicze usposobienie i honorowe zachowanie czynią z niego jedną z najbardziej seksownych męskich postaci fantasy, jakie ostatnio spotkałam. A tak! Seksownych - użyłam tego słowa nie bez kozery - niech się strzegą emo-wampiry wegetarianie, dhuss Tern ma charyzmę, inteligencję i odwagę, o jakie we współczesnej fantastyce trudno, a nic tak nie przyciąga kobiet jak obdarzony magnetyzującą osobowością, śmiały intelektualista.

Na uwagę zasługuje niewątpliwie Rajleg - magiczny świat wykreowany od podstaw z wykorzystaniem mitu o drzewie światów. Opisana w tej części cyklu płaszczyzna bytu jest zasiedlona wieloma różnorodnymi rasami, obdarzonymi, w mniejszym lub większym, stopniu inteligencją, empatią oraz magicznymi umiejętnościami. Wiele ras żyje w systemie plemiennym, istnieją szkoły magii, dość wyraźnie jest narysowany wątek szamanizmu, pojawiają się nekromanci.

Na końcu książki znajdziecie mapkę, po którą, po wstępnym przeanalizowaniu jeszcze przed czytaniem, nie sięgnęłam nawet raz. Autor na tyle plastycznie opisuje kolejne etapy wędrówki, że wystarczyła mi w zupełności mapa kształtująca się w mojej wyobraźni.

Pisząc tę opinię prawie miesiąc po przeczytaniu książki, nadal mam przed oczami Terna i jego kostur podczas rzucania zaklęcia, podobną do żmii witkę Neiss, czy czarnołuskiego Krojona wbijającego zęby w drzewo, co stawia dzieło Pierumowa dość wysoko w rankingu przeczytanych przeze mnie w ostatnim czasie książek, jednak i tu dopatrzyłam się niewielkiego minusa - mimo całej magii, jak dla mnie akcja rozwija się trochę za wolno, stawiając zbyt wiele pytań i nie udzielając odpowiedzi.

Słówko na temat wydania - oprócz problemu, jaki zawsze mam z książkami Solaris, czyli ostrożnym zerkaniu do środka w obawie przed złamaniem grzbietu, mam zastrzeżenia do języka - pomimo naprawdę dobrego tłumaczenia, występuje tu rażąca ilość pleonazmów typu "wrócić z powrotem", które mi bardzo przeszkadzały. Pisząc rażąca mam na myśli liczbę dwucyfrową z przynajmniej czwórką na początku, gdyż ten irytujący błąd językowy pojawiał się średnio co 10 stron...

Podsumowując - Tern to początek naprawdę dobrego, klasycznego cyklu fantasy, a jak bardzo klasycznego? Hmm, kolejne tomy powiedzą zdecydowanie więcej.

Ocena: 4/5
tytuł oryginału: Tiern
tłumaczenie: Iwona Czapla
Wydawnictwo: Solaris
liczba stron: 499
oprawa: miękka
cena z okładki: 45,90 PLN
jak do mnie trafiła: pożyczona przez Enedtil, kupiona na Allegro za 38,40 (z przesyłką)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Przywoływacz Dusz - Gail Z. Martin

Parę razy zdarzyło mi się wspomnieć, że kiedy nie czytam, gram w gry komputerowe (MMORPG). Dlaczego o tym piszę we wstępie do recenzji? Ponieważ dzięki powieści pani Martin przeniosłam się do świata nieco kojarzącego mi się ze scenariuszem gry.

W Święto Zmarłych, popularnie zwane Nawiedzinami, świat umarłych miesza się ze światem żywych, a duchy stają się materialne i uczestniczą w uroczystościach odbywających się w królestwie Margolanu. Dla księcia Martrisa Drayke'a obcowanie z duchami nie jest jednak niczym niezwykłym, gdyż widzi je codziennie. Tej jednak nocy zamkowych duchów jest jakby mniej, niektóre znikają jeszcze w trakcie rozmowy, inne w ogóle się nie pojawiły. W tę właśnie noc gnany chorymi ambicjami książę Jared, starszy brat Trisa, z pomocą swego nadwornego maga, Foora Arontali, dokonuje rzezi rodziny królewskiej, czego świadkami są młody książę i jego dwaj przyjaciele - kapitan królewskiej gwardii Soterius oraz mistrz bardów Carroway. Również tej nocy Tris odkrywa swoją magiczną moc zatrzymując ducha swojej siostry Kait, oraz po raz pierwszy spotyka boginię, Panią.

Przyjaciele uciekają wraz z królewskim gwardzistą, Harrtruckiem z zamiarem udania się do wuja Martrisa, władcy Dhasson. Młody książę obiecał sobie i duchowi siostry, że powróci, by pomścić śmierć rodziny oraz obalić okrutnego brata. Po drodze Tris odkrywa, że jest dziedzicem magii swej babki Bava K'aa, która była potężnym Przywoływaczem Dusz.

Drużyna, składająca się początkowo z maga, dwóch rycerzy, i nożownika, zostaje zasilona przez zręcznego szermierza, potem dołącza się do nich uzdrowicielka. Tris co pewien czas uwalnia dusze, za co czeka go nagroda. Oczywiście nie zawsze wszystko idzie gładko, drużyna wpada w liczne zasadzki, również magiczne, stacza wiele potyczek, odnajduje wskazówki kierujące dalszą wędrówką, zdobywa nowe wyposażenie i umiejętności... zupełnie jak w grach. A jednak w każdej grze powinna być mapa! Dotkliwie odczuwałam jej brak, szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że Martin wykreowała świat od podstaw.

Fabuła jest nieco przewidywalna, a jednak prowadzona umiejętnie, potrafi zaciekawić czytelnika, ba, przykuć na wiele godzin potrzebnych na przeczytanie powieści. Dużo dialogów ożywia bieg zdarzeń i przyspiesza akcję.

Zdarzało mi się kilkakrotnie uśmiechnąć do siebie, ponieważ, gdybym nie znała płci autora, po kilku elementach odgadłabym ją bezbłędnie - Martin z większą, niż mężczyźni dbałością, opisuje detale strojów i zwraca uwagę na drobne gesty i odczucia postaci, co oczywiście jest plusem. Czasem przyjemnie jest spojrzeć na ekwipunek rycerza z nieco innej perspektywy.

Wyjątkowym smaczkiem, w dobie mdłych wegetarian, są u Martin Vayash Moru, którzy, bynajmniej, nie pożywiają się na leśnych drapieżnikach. 

Podsumowując: nieco szablonowe, nieco przewidywalne, ale bardzo wciągające i ożywcze fantasy, które z przyjemnością się czyta. Okładka również ma w sobie to magnetyzujące "coś", czego szukamy w tym gatunku, nie sądzicie?

Ocena: 4/5
tytuł oryginału: The Summoner
tłumaczenie: Marta Koniarek
Wydawnictwo: Dwójka bez Sternika
liczba stron: 571
oprawa: miękka
cena z okładki: 39,00 PLN

sobota, 11 czerwca 2011

Opowieści z Wilżyńskiej Doliny - Anna Brzezińska

Wioskowa wiedźma, Babunia Jagódka - córka swego ojca, czarnobrewa i gładkolica (oczywiście pod wpływem zaklęcia "młoda-i-piękna"), o miodowych oczach buzujących magią jest charakterną białką obdarzoną sarkastycznym poczuciem humoru i bystrym umysłem. Nie chcielibyście jej rozzłościć.

Na co dzień mieszka w chatce gdzieś głęboko w lasach Wilżyńskiej Doliny wraz z Kotem Wiedźmy, kozłem, magiczną studnią i nietopyrkami, gdzie upija się do nieprzytomności jałowcówką i, dla pewności, popija herbatkę "zrób-to-bez-obaw". Choć czuje się coraz bardziej stara i zmęczona, często można ją spotkać opodal wioski, hasającą nago z utopcami lub innymi osobnikami płci męskiej, czasem zaszywa się z nowym przyjacielem w chatce. Lepiej jej w tych drobnych przyjemnościach nie przeszkadzać, a i podglądać odradzam, gdyż wiedźma z Wilżyńskiej Doliny w gniewie szybka, nieprzewidywalna i nieubłagana.

Dobrze żyje z władyką, jak i, o dziwo, z plebanem. Wszyscy razem dbają, by w Wilżyńskiej Dolinie dobrze się działo i bezpiecznie żyło. Niechże się tylko jacyś grasanci, lub inni mnisi w okolicach sioła pojawią, a Babunia od razu bierze się do dzieła. Damskim bokserom też nie przepuści. Swatką być nie lubi, ale dla świętego spokoju swojego i swojego obejścia, i tego zajęcia się podejmie.

Pamiętaj tylko o jednym: ostrożnie wypowiadaj życzenia, bo mogą się spełnić...

Przy lekturze Opowieści z Wilżyńskiej Doliny uśmiałam się setnie, w zachwyt nad okolicznościami przyrody wpadłam, a i łezka w oku mi się zakręciła. Dziś już mamunów, strzyg i nocnic nie uświadczysz, dekoktu nikt Ci nie uwarzy, ani szklaplerzyka z ziołami nie da,  zwierzołaki... do kościoła chodzą, a dawni bogowie w Ameryce siedzą.

Opowieści to zbiór powiązanych ze sobą opowiadań, napisanych przez osobę zakochaną w starosłowiańskich wierzeniach, górach oraz średniowiecznym stylu życia, co aż promieniuje z książki. Przednia lektura, pełna humoru, skrzącej się złotej magii, ognistych charakterów, a także... nostalgii.

Nie będę się dłużej rozwodzić: POLECAM!

Ocena: 5/5
Wydawnictwo:  Runa
liczba stron: 373
oprawa: miękka
cena z okładki: 35,90 PLN
jak do mnie trafiła: SELKAR
cena: 29,50 PLN

wtorek, 24 maja 2011

Adamantowy Pałac - Stephen Deas

W dzisiejszych czasach, kiedy większość mitycznych stworzeń w fantastyce przeszła na wegetarianizm lub nosi pluszowe bamboszki, a książka im bardziej zachwalana i reklamowana tym jest gorsza, naprawdę trudno trafić na dobrą powieść fantasy. Kiedy zobaczyłam okładkę Adamantowego Pałacu wiedziałam, że muszę tę książkę przeczytać - i przeczucie mnie nie zawiodło.

Rzecz dzieje się w Smoczych Krainach, których mieszkańcy skupieni są na dworskich intrygach, spiskach i powiększaniu swych wpływów i liczby smoków w aeriach. Deas na dzień dobry funduje czytelnikowi królobójstwo, zdradę i porwanie białej smoczycy, która miała stanowić prezent ślubny od królowej Szeziry, pretendentki do tytułu Rzecznika Smoczych Krain dla jej córki oraz księcia Jehala, zwanego też księciem Żmiją.

Jednak Królestwa nie były dawniej takie spokojne - ludzie stanowili jedynie zwierzynę, prawdziwymi władcami zaś były smoki, które, wedle własnego uznania, paliły i pustoszyły ziemie. Później alchemicy wynaleźli  eliksiry ujarzmiające smoczą naturę i zmieniające dzikie bestie w potulne wierzchowce. Ludzie przejęli władzę nad Krainami, a wyznacznikiem bogactwa i wpływów stała się wielkość aerii danego króla bądź królowej. Niewiele jednak trzeba, by odurzony eliksirami smok się przebudził, a kiedy już tak się stanie wracają do niego wspomnienia z poprzedniego życia - pamięć płomieni. Brzmi intrygująco? Pióro Deasa sprawiło, że termin "pamięć płomieni" to coś więcej niż puste hasło - to krew, ogień oraz nieograniczony lot w przestworzach, które nam, Małym Stworom, zapierają dech w piersiach.

Dużo dynamicznych dialogów, prosty, nieprzesiąknięty ponad miarę wulgaryzmami język, to wszystko owocuje bardzo szybkim tempem czytania powieści. Krótkie rozdziały, w których zamknięte są wszystkie wątki tej koronkowo wręcz skonstruowanej fabuły, dodatkowo podsycają zainteresowanie czytelnika i podwyższają moją ocenę stylu Deasa - autor spisał się świetnie, a zważając na to, że to jego debiut mogę tylko powiedzieć "chapeau bas".

Postaciom również nie można odmówić oryginalności i wiarygodności - szczególnie ciekawą personą jest tu książę Jehal, którego pokręcony umysł jest majstersztykiem charakterologicznym. Książę uosabia wszystkie przywary arystokracji - jest podstępny, okrutny, znudzony i skoncentrowany wyłącznie na sobie, a przy tym wszystkim piekielnie inteligentny i niebezpieczny.

Sir Pratchett w Straż! Straż! napisał, że smoki odeszły. Deasowi udało się kilka przywołać i to w dodatku tych najbardziej krwiożerczych i wysnutych z wszelkich moralnych ograniczeń właściwych Małym Stworom bestii, jakie tylko można sobie wymarzyć. I świetnie. Dawno na to czekałam.

Ocena: 4,5/5
Tytuł oryginału: The Adamantine Palace
Tłumaczenie: Krystyna Chodorowska
Wydawnictwo: Dwójka bez Sternika

liczba stron: 429
oprawa: miękka
cena z okładki: 35 PLN

środa, 6 kwietnia 2011

Grobowce Atuanu - Ursula K. LeGuin

Przy okazji drugiego tomu PLO pisałam o tym, jak nie lubię recenzować serii. Podtrzymuję, sama nie lubię dowiadywać się z recenzji o dalszych losach bohaterów, więc staram się w jak najmniejszym stopniu poruszać fabułę. Tym razem jednak czuję się bezpiecznie.

Drugi tom cyklu Ziemiomorze Ursuli K. LeGuin to historia dziewczyny, która, jako kolejne wcielenie Pierwszej Kapłanki Grobowców Atuanu, w wieku sześciu lat zostaje poświęcona bezimiennym bogom i od tego czasu staje się Arhą, Pożartą. Autorka opowiada nam o młodziutkiej dziewczynie, która, nadal jeszcze dzieckiem będąc, może decydować o wszystkim, co dzieje się w jej dziedzinie, łącznie ze sposobem zadania komuś śmierci, ponieważ jest to jej przywilej jako Pierwszej Kapłanki, Mieszka samotnie, gdyż to również jej przywilej, nie spotykają jej kary za żadne przewinienie, podczas, gdy jej przyjaciółka zostaje wychłostana za coś, co zrobiły razem, może robić co chce i nikomu nie musi się tłumaczyć. Takie życie zna, do takiego przywykła i takie przyjmuje, ale czy Arha jest szczęśliwa?
Pewnego dnia do Labiryntu Grobowców włamuje się złodziej. Czego tam szuka? Jak z nim postąpić? Co zrobić, by Kossil nie zauważyła odruchów człowieczeństwa?

Tym razem LeGuin zaprasza nas do innego miejsca w wykreowanym przez siebie świecie, daleko poza Archipelag, na wyspę Atuan, przedstawia nam magię  i  Archipelag postrzegane z perspektywy mieszkańców Kargadu. Wyjątkowo sprytny zabieg, biorąc pod uwagę fakt, że Czarnoksiężnik zostawił mnie głodną dalszych losów Geda... 
Tu również udało się autorce stworzyć ciekawy, wiarygodny obraz świata, obrzędów, zwyczajów, strojów, a wszystko to na niewiele ponad 200 stronach...

Bardzo odpowiada mi narracja LeGuin, jest w niej coś, co określę "zdaniami bez słów" - i nie chodzi mi o puste zdania, o nie! Przeciwnie, powiedziałabym, że tu słowa nie grają roli, najważniejsze są obrazy, ja rzeczywiście  w i d z ę  to, o czym czytam, choć nie pamiętam, jakie słowa zostały użyte, by to oddać. Całkiem niedawno zachwycałam się stylem Vonneguta, który kreśli obrazy słowami - LeGuin robi coś innego, słowa są obok, jakby zupełnie nie były istotne, a ja po prostu przeżywam na nowo coś, o czym zdążyłam zapomnieć. Cudowny dar, cudowne wrażenia.

Czy Grobowce Atuanu to godna kontynuacja? Zdecydowanie.

Ocena: 5/5
tytuł oryginału: The Tombs of Atuan
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Książnica
liczba stron: 219
oprawa: miękka ze skrzydełkami
cena z okładki: 24,90 PLN
jak do mnie trafiła: Matras, 23,65 PLN

piątek, 1 kwietnia 2011

Czarnoksiężnik z Archipelagu - Ursula K. LeGuin

Jakiś czas temu na portalu LubimyCzytac.pl rozpętała się zagorzała dyskusja, kiedy ktoś skomentował książkę słowami "Super! Super!". Merytorycznie, stylistycznie, gramatycznie, logicznie, psychologicznie, ogólnie -icznie opinia ta jest bezwartościowa, ale czy naprawdę nigdy nie byliście pod wrażeniem żadnej książki na tyle, by się pod tymi słowami podpisać? Wyznaję bez żenady, że na mnie takie właśnie wrażenie zrobił pierwszy tom sagi Ziemiomorze, należącej do kanonu literatury pięknej. Na szczęście Bóg obdarzył mnie nieco bogatszym zasobem słownictwa, spróbuję więc owe "Super!" rozwinąć i przekonać Was do przeczytania Czarnoksiężnika z Archipelagu.

W małej wiosce na wyspie Gont rodzi się Duny, syn kowala. Chłopiec nie zaznał wiele miłości w życiu, gdyż jego matka szybko zmarła, a ojciec prędzej częstował go kuksańcem, niż ciepłym słowem. Siostra matki, miejscowa czarownica, która go odchowała nie darząc go jednak większą uwagą, zauważa chłopca dopiero w momencie, gdy odkrywa jego moc magiczną. I tak pięcioletni Duny rozpoczyna swoją naukę magii, opartej głównie na wiejskich gusłach i domorosłym zielarstwie, niż prawdziwej mocy.
Mijają lata, chłopak przy pomocy magii ratuje wioskę od najeźdźców, sam nieomal tracąc przy tym życie. Zdrowie przywraca mu Ogion, czarnoksiężnik, który, po ceremonii nadania chłopakowi imienia, zabiera Geda do swojego domu, aby uczyć go magii. Tam młodzik, aby popisać się przed dziewczyną próbuje przywołać ducha zmarłego, co nie kończy się dobrze.
Po jakimś czasie Ged, który posługuje się imieniem użytkowym Krogulec, udaje się na wyspę Roke, do szkoły czarnoksiężników. Jest on bardzo zdolnym i pracowitym uczniem, jednak powodują nim niskie pobudki, jak żądza władzy, chęć zaimponowania kolegom, nienawiść, czy zazdrość. W trakcie zabawy przywołuje bezimienną istotę, cień, który okazuje się jego przekleństwem.

Trudne dzieciństwo, szkoła czarodziejów, wyrastanie z młodzieńczej buty i nienawiści, rozmowy ze smokami, prawdziwe imiona, zamek z tajemnicą w najgłębszym lochu... nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego  Czarnoksiężnik jest zaliczany do kanonu literatury?

Zadziwiające jest to, że akcja nie pędzi na łeb, na szyję, powiedziałabym, że toczy się  raczej sennie, a jednak... nawet nie wiem, kiedy czytałam tę książkę, zdawało mi się, że dopiero zaczęłam, a tu... ostatnie zdanie. Czytając Czarnoksiężnika miałam nieodparte wrażenie, że LeGuin w jakiś niepojęty sposób opowiadała mi historię, która już we mnie była, jakbym przypominała sobie tylko dawno zapomniane słowa. Mogłabym na palcach jednej ręki policzyć, ile razy coś takiego czułam podczas lektury: Władca Pierścieni, Silmarillion Tolkiena, Wiedźmin Sapkowskiego... to mój prywatny kanon "the best ever", do którego właśnie dołączyła Pani Ursula K. LeGuin.

Chciałam podziękować Panu Barańczakowi za jego kontrybucję w przyjemność z czytania.

Minusów - brak. Chociaż... jest jeden! Widzę oczyma wyobraźni Ziemiomorze w twardych oprawach, najlepiej skórzanych, na wysokiej jakości papierze, może złocone brzegi, ilustracje, mapy...

Ocena 5/5


tytuł oryginału: A Wizard of Earthsea
tłumaczenie: Stanisław Barańczak
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 237
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: Matras, 28,40 PLN
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...