Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 maja 2012

Anna we krwi - Kendare Blake

O ile w historiach o krwiożerczych stworach z innych planet, albo innych zmutowanych bestiach owładniętych morderczym szałem i grupce nastolatków stawiających im czoła li i tylko swą butną odwagą odnajduję zwykle powód do rzucenia książki, o tyle dobrze napisana historia o duchach to rarytas. Mimo, że prędzej uwierzę w stwory z kosmosu niż zjawy, to jednak te drugie czasem spędzają mi sen z powiek. Kiedy tylko zobaczyłam tytuł tej nowości na rynku wydawniczym, poczułam się zupełnie jak Cas, główny bohater "Anny we Krwi" - po prostu musiałam się tą sprawą zająć. Blake tyle obiecała samym tytułem: mroczną, gotycką tajemnicę zdolną sprawić, ze w dół kręgosłupa biegły mi zimne dreszcze...

Narracja prowadzona jest zblazowanym, nonszalanckim stylem właściwym dla stajni Marvel'a, którego fanką chyba jest autorka. U nich tak naprawdę nie ma ograniczeń fabularnych, idąc tym tropem tak właśnie postanowiłam więc tę książkę odbierać: komiksowy paranormal. 

Historia Anny we Krwi, straszliwej zjawy z Thunder Bay w Kanadzie, zostaje opowiedziana przez łowcę duchów, siedemnastoletniego Tezeusza Cassio Lowooda. Ojciec, po którym Tezeusz odziedziczył swój fach oraz athame, został w bestialski sposób zamordowany przez wyjątkowo silnego ducha dziesięć lat wcześniej. Cas, jak zwracają się do niego przyjaciele, (których nie ma, bo prowadzi życie samotnika, przeprowadzając się wraz z mamą-wikkanką i kotem z miejsca na miejsce w pogoni za zjawami), zaintrygowany w sprytny sposób przez znajomego Stokrotkę z Nowego Orleanu, postanawia zmierzyć się z duchem dziewczyny zamordowanej w niewyjaśnionych do końca okolicznościach sześćdziesiąt lat wcześniej. Okazuje się, że istnieje jakaś siła, która nie tylko przykuła szesnastolatkę do jej domu, ale również pozwoliła jej zachować pełną świadomość swego położenia, jednocześnie zmieniając ją w bezwzględną morderczynię rozrywającą na strzępy każdego, kto przekroczy próg jej więzienia. Każdego, oprócz Casa, coś bowiem powstrzymuje ją przed rozdarciem jego ciała, nie zabrania jednak na jego oczach zrobić tego z jego nowo poznanym kolegą. Muszę przyznać, że była to najmroczniejsza i zarazem najciekawsza scena całej książki - opis Anny jako bogini śmierci spływającej ze schodów w ociekającej krwią sukni jest świetny.
Tezeusz kilkakrotnie próbuje rozmawiać z Anną, która w jego towarzystwie przemienia się w potulnego aniołka (bogini śmierci jednak nie zasypia, o czym nieomal przekonuje się jego przyjaciółka, Carmel), i wydobyć z niej tajemnicę jej śmierci po dobroci. Kiedy to się nie udaje, organizuje wraz z przyjaciółmi (których najwyraźniej jednak ma) seans okultystyczny, podczas którego...
W każdym razie okazuje się, że Anna we Krwi to tylko jeden z problemów, z jakimi się Tezeuszowi przyjdzie zmierzyć, dzięki czemu my możemy trochę się dowiedzieć o wudu - z niewielką (a właściwie wydatną) pomocą wujka Google'a.

Z przykrością wielką muszę stwierdzić, że trend nekrofiliczny nie przeminął. Tezeusz Cassio, pogromca duchów, naturalnie się musiał w zjawie Annie zakochać, co oczywiście nieco komplikuje sprawę: "Nie ciesz się tak - mówię. - Zabiję cię tylko trochę."*. 
Obiecałam sobie jednak potraktować tę pozycję z komiksowym przymrużeniem oka - kiepska z tego karykatura Buffy, do "Ghost Busters" też się nie umywa, a i ta miłość taka przerysowana, wyluzowanym tonem z lekką nutką ironii wyznawana, że aż zabawna - jako czytelnik odbiera się ją prawie jak "pies z kreskówki na widok wózka z hot dogami."*. Bo gdyby tak przeanalizować ją na poważnie... oj, strach się bać!


* cytaty z książki, strona 301
tytuł oryginału: Anna Dressed in Blood
tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012
liczba stron: 319
oprawa: miękka
cena z okładki: 34 PLN

poniedziałek, 6 lutego 2012

Tom Holt - J.W. Wells &Co.

Comic fantasy to dość specyficzny gatunek, który nie każdemu przypada do gustu. Nie dość, że ocieka groteskowym humorem, to jeszcze pełno w nim magii, dziwacznych postaci, które dokonują niedorzecznych czynów w świecie stanowiącym zwierciadlane odbicie naszego własnego - zapomniałabym dodać: oczywiście jest to krzywe zwierciadło - a rozwoju wydarzeń można się spodziewać pod warunkiem, że cierpi się na tę samą chorobę psychiczną, co autor... Osobiście cenię sobie ten chaotyczny korowód nieprzewidywalnych postaci uwikłanych w kuriozalne epizody w absurdalnym kontinuum czasoprzestrzennym.

Na brytyjskiego przedstawiciela tego nurtu, Toma Holta, natknęłam się niejako przypadkiem i pewnie przeszłabym obok niego obojętnie, gdyby nie to, że jego twórczość porównuje się do samego Terrego Pratchetta, a trzecią z kolei część cyklu o J.W. Wells & Co. poleca nie kto inny, jak Christopher Moore. W Polsce autor nie jest zbyt dobrze znany, nakładem Prószyńskiego ukazały się trzy pierwsze tomy JWW, Bellona wydała zaś jedną z jego powieści historycznych.

Przenośne drzwi
Paul Carpenter to, posługując się terminologią Ch. Moore'a, typowy samiec beta - niezbyt urodziwy, inteligentnym byście go nie nazwali, raczej fajtłapowaty, odwagą nie grzeszy, zaradność w jego wydaniu ogranicza się do unikania zepsutego jedzenia, jest pozbawiony jakichkolwiek godnych uwagi cech charakteru czy przydatnych umiejętności, a jego życie towarzyskie zwyczajnie nie istnieje. Pewnego dnia jego rodzice pakują cały swój dobytek, wyjeżdżają na Florydę, zostawiając tym samym syna bez środków do życia.

Poznajemy Paula w poczekalni firmy J.W. Wells & Co., gdzie czeka na rozmowę kwalifikacyjną. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że i tym razem mu się nie poszczęści - pozostali kandydaci wywierają zdecydowanie bardziej pozytywne wrażenie i na pewno są lepiej przygotowani do rozmowy. W sali konferencyjnej jego przypuszczenia nabierają realnych kształtów - nie umie odpowiedzieć na żadne z postawionych przez dość oryginalnie wyglądającą komisję pytań ( nie pomijając tych z kategorii: którego z członków swojej rodziny by pan zabił i dlaczego...). Jakież jest jego zaskoczenie, kiedy parę dni później znajduje w skrzynce na listy informację, że został przyjęty.

Po dopełnieniu formalności (jak np. podpisanie umowy objętością przywodzącej na myśl Biblię) zostaje zaprowadzony do gabinetu, gdzie wraz z poznaną w dniu rekrutacji chudą dziewczyną (Sophie), w której oczywiście zakochał się od pierwszego wejrzenia, stawia pierwsze kroki w dorosłym życiu segregując sterty nudnych arkuszy kalkulacyjnych. Co jest ciekawe, ani on, ani jego współpracownica, nie mają bladego pojęcia, czym właściwie zajmuje się chlebodawca, nie mają też śmiałości spytać... Prawda wychodzi na jaw sama, gdy pewnego dnia oboje nie opuszczają biura przed zaryglowaniem drzwi i stają oko w oko z faktycznymi właścicielami budynku przy St Mary Axe 70...

Śniło ci się
Paul i Sophie są w sobie zakochani, przy czym ona codziennie pragnie rozmawiać o ich związku, on zaś spodziewa się odrzucenia. Oboje nadal pracują w JWW, czemu zresztą nie należy się dziwić - w końcu umowa o pracę jest dożywotnia. Pewnego dnia każde z nich dostaje skierowanie na staż do innego działu - on ma zostać bohaterem pod okiem Rickiego Wurmtotera (który postawił mu lunch pierwszego dnia pracy i w dodatku wydaje się być jedynym sympatycznym członkiem zarządu), ona dostaje przeniesienie aż do Hollywood, by stamtąd wspierać dział PR pod kierownictwem hrabiny Judy di Castel'Bianco. Jego przeraża wizja walki ze smokami i przebijanie wampirów kołkiem, ona przed wyjazdem zrywa ich związek, tłumacząc to jego niedojrzałością.

Na szczęście bohaterstwo Paula zdaje się ograniczać głównie do wypełniania formularzy (nie licząc przypadkowego zabicia małego smoka) i wizyt w Banku Umarłych, jednak wokół niego dzieją się coraz bardziej dziwaczne rzeczy. Akcja odbicia Rickiego z lochów zamku ciotki Grendela kończy się fiaskiem, a sny Carpentera nie tylko stają się coraz bardziej przerażające, są one w dodatku coraz bardziej realne. Ponadto prześladuje go stary rower z przykrą alergią na imiona, który domaga się od Paula udzielenia ratunku mocno enigmatycznej "jej"...

Ziemia, powietrze, ogień i... budyń
Paul Carpenter nadal kocha Sophie, ona jego - niekoniecznie. Fakt, że ocalił świat nie przysporzył mu szacunku czy zaszczytów, których moglibyśmy się spodziewać. Życie przysparza mu coraz to nowych rozczarowań, których przyczyną mogą być jego uszy, albo całkowity brak pewności siebie. W dodatku kochliwość, która go charakteryzuje, stanowi niewyczerpane źródło upokorzeń i kłopotów.

Kiedy nowy członek zarządu, Frank, proponuje mu pozbycie się obecnego Paula Carpentera na dobre dzięki prostej magii skutecznej, Paul przyjmuje propozycję bez wahania i tym oto sposobem staje się Philipem Marlowe'em - swoim całkowitym przeciwieństwem. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że ktoś znowu dąży do zniszczenia świata, jakim go znamy, a Paul jest w końcu bohaterem...

Podsumowanie
Oprócz głównych postaci i firmy JWW poszczególne trzy części mają ze sobą wiele wspólnego: w każdej występują przenośne drzwi - urządzenie, które początkowo służy Paulowi do krótkich wypadów wakacyjnych w porze lunchu; w każdej z części Paul obowiązkowo umiera; w każdej części eliminowany jest jakiś członek zarządu; w każdej części Paul dowiaduje się o sobie czegoś absolutnie nieprawdopodobnego i odbierającego mu argumenty do niskiej samooceny (nieskutecznie); wszystkie trzy części zamieszkują nie tylko istoty ludzkie, spotkamy tu też gobliny, elfy czy duchy; w każdej części ktoś obowiązkowo musi wypić eliksir miłości; itd., itp...

Język autora jest raczej potoczny, choć podziękować należy tłumaczowi za złożone zdania i brak błędów stylistycznych, a wydawnictwu za brak literówek. Podobały mi się bardzo nawiązania do literatury - lekturą obowiązkową w pracy Paula jest Beowulf, na podłodze wala się faktura wystawiona na pana D. Graya za renowację starego portretu, a odniesień do Tolkiena nie podejmuję się zliczyć. Wiele jest również ukłonów w stronę Star Wars czy Star Trek, a także (za co autorowi pięknie dziękuję) do Doctor Who. 

Lektura jest bardzo równa, nie ma przestojów, co doskonale ukazuje pisarskie doświadczenie i dojrzałość autora. Stanowi to najsłabszą stronę serii - krótkie chwile ekscytacji pod koniec każdego tomu sprawiają, że nie tęsknimy za bohaterami tak bardzo, jak to się często dzieje w przypadku książek, gdzie przestój bywa na porządku dziennym. Plusem takiej jednostajności jest natomiast to, że można przeczytać tom po tomie trzy części cyklu w przeciągu tygodnia, nie znudzić się nimi i żałować, że nie ma się ich więcej pod ręką.

Z dwóch wspomnianych na wstępie pisarzy porównałabym twórczość Holta raczej do Christophera Moore'a, chociażby ze względu na tło - wielkie, istniejące w rzeczywistości miasto - jednak i pratchettowskie skojarzenia się nasuwają - np. nieco podobny sposób kreowania postaci. Są to jednak tylko luźne skojarzenia, bo Holt porównań do "wielkich" tego nurtu nie potrzebuje, może śpiewająco wybronić się sam.

Polecam przede wszystkim fanom comic fantasy!


wtorek, 31 stycznia 2012

Marionetki - Paweł Jaszczuk

Lubię kryminały - krwawą tajemnicę, mroczne sekrety ludzkiej duszy, genialnych detektywów, przebiegłych złoczyńców... moja sympatia dla tego gatunku beletrystyki wzrastała na żyznym gruncie Conan Doyle'a i Agathy Christie, nic więc dziwnego, że i współczesny kryminał w stylu retro przyciąga jak magnes moją sentymentalną duszę. Najnowsza propozycja z serii ABC Prószyńskiego skusiła mnie wizją Lwowa w sepii i makabryczną zagadką w obliczu której staje para dziennikarzy, aż zacierałam z uciechy dłonie rozpakowując przesyłkę, by niedługo później łapczywie zacząć czytać...

Marionetki to lektura nierówna - początkowo akcja pędzi na łeb na szyję, czytelnik ma wrażenie, że w każdym rozdziale pojawia się nowy trup, a Jaszczuk zdaje się konkurować sam ze sobą w wymyślaniu coraz bardziej wyszukanych metod uśmiercania kolejnych ofiar. W pewnym momencie kończą się makabryczne zbrodnie, a ich miejsce zajmuje zaciskająca się wokół szyi Jakuba Sterna pętla, pełne dziwnej symboliki senne majaczenia, podlane marcowym problemy małżeńskie, intrygi w redakcji i coraz bardziej nieudolne próby ukrycia przez autora tożsamości mordercy, a wszystko to na tle dręczonego letnim upałem Lwowa, w którym właśnie się odbywa festiwal marionetek. Pod koniec akcja znów nabiera tempa dzięki zastosowaniu w kulminacyjnym momencie dość ciekawego zabiegu wprowadzenia drugiego narratora trzecioosobowego, a wszystko to owocuje zaskakującym (no, może za wyjątkiem personaliów zabójcy) zakończeniem.

Mimo tej nierówności książkę Jaszczuka czytałam z niesłabnącą przyjemnością, której towarzyszyła kołacząca się gdzieś na skraju świadomości myśl, że za kilkadziesiąt lat powieści tego autora będą, jeśli w ogóle, czytane ze słownikiem w ręku. Bynajmniej nie mam tu na myśli słownika gwary lwowskiej, czy żydowskiej - te znajdziecie na końcu - autor zafundował nam wspaniałą podróż po meandrach naszego pięknego języka, wtrącając co jakiś czas słówko czy dwa do stylizowanej na późne lata 30 ubiegłego stulecia rozmowy toczącej się "we Lwowi".

Spodziewałam się czegoś innego, może bardziej mrocznego, może nieco bardziej retro - wydawca obiecywał dokładnie taką przygodę, nie jestem jednak zawiedziona. Jaszczuk wykorzystał potencjał każdej z tych ścieżek jak na mój gust nieco połowicznie, ale i tak na tyle intrygująco, że polecam tę lekturę na dwa mroźne wieczory - świetna odskocznia od zaróżowionych zimową aurą policzków i marznącego oddechu. Chętnie też sięgnę po inne książki tego autora.

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 344
oprawa: miękka
cena z okładki: 32 PLN

czwartek, 29 grudnia 2011

Bezgrzeszna - Gail Carriger

Bezgrzeszna to trzecia odsłona przygód Alexii Maccon. Lady Woolsey w tej części musi stawić czoła nadszarpniętej reputacji - czyli dzieciofelerowi - mechanicznym biedronkom oraz templariuszom. A nie będzie to łatwe bez ochrony ze strony watahy.
Jej męża pochłonęła najpierw iście nadprzyrodzona furia w wyniku której Alexia musiała wrócić pod rodzicielskie skrzydła, następnie zaś wpadł w godny alfy (choć czy godny?) ciąg alkoholowy - w końcu jak żona mogła zajść w ciążę, skoro mąż jest, technicznie rzecz ujmując, martwy? Zapewne Lord Akeldama mógłby rzucić nieco światła na tę niezręczną kwestię, niestety jednak został pozbawiony czegoś niezwykle cennego i w chwili obecnej jest nieuchwytny.
Nadludzka, dzięki niedyskrecji siostry, zostaje napiętnowana przez społeczeństwo za swą niedyskrecję. Już nawet nie może się w celach leczniczych napić herbaty w modnej, a co za tym idzie bezpiecznej, herbaciarni, gdzie schroniła się przed atakiem mechanicznych biedronek - tu, dla odmiany, atakują ją obrończynie moralności.
Królowa Wiktoria również nie daje wiary w bezgrzeszność bezdusznej i wyklucza ją z Gabinetu Cieni. Alexii nie pozostaje nic innego, jak przywdzianie, w ramach kamuflażu naturalnie, jednego ze szpetnych kapeluszy Ivy i udanie się na banicję do Włoch. Czyż pożeracz dusz może gorzej wybrać kryjówkę?
Lady Woolsey, w towarzystwie najwierniejszych przyjaciół i nieocenionej parasolki brawurowo ucieka przed zagrożeniem, nie zważając na dzieciofeler czy falbanki.

Bezgrzeszna jest nieznacznie gorsza od dwóch poprzednich części - lekko denerwowała mnie wizja Alexii w pierwszym trymestrze uciekającej rozbujaną kolejką górską, skaczącej i turlającej się po ziemi. Lekkie złagodzenie ognistego charakterku, będące logicznym następstwem stanu ducha po rozstaniu z mężem i rządzonego szalejącymi hormonami ciała, po prostu do niej nie pasuje. Dodatkowo sam motyw nadprzyrodzonej ciąży lekko zaleciał myszką, na szczęście jednak dość szybko się rehabilitując.

Gail Carriger za główne narzędzie obrała sobie humor okraszony nutką ironii i nie waha się go używać - cięte riposty, błyskotliwe opisy, gry słowne, krzykliwe kapelusze pani Tunstell i różowe falbanki pani Loontwill to znak firmowy tej autorki. Wilkołacze zaloty Conalla przekraczają granice wiktoriańskiej nobliwości, a madame Lefoux z nieodzownymi szpilkami od krawata oraz dopracowana w każdym calu aparycja lorda Akeldamy trzęsą murami więzienia w Reading.

Coś, do czego przyklejona jest etykietka "nadprzyrodzone" powoli zaczyna wywoływać u mnie reakcję alergiczną objawiającą się czymś zbliżonym do syndromu Touretta - "chłam! grafomania! masówka!" wykrzykuję wymachując przy tym nadprzyrodzonym czytadłem przed mężowskim nosem, a potem wylewam przed Wami żale w nieco bardziej cywilizowany sposób.
W przypadku serii Protektorat Parasola hasło "genialne i nadprzyrodzone" to bardzo sprytny wybieg ze strony wydawcy (choć ryzykowny). Z jednej strony obawiałam się, że czytając tom pierwszy po prostu stracę czas na kolejne paranormalne dno, a z drugiej wyjątkowo natrętne "coś" mi mówiło, że niebanalna okładka i bezczelnie różowy napis mogą rzeczywiście skrywać genialną "powieść o wampirach, i wilkołakach i..." - reklama odniosła zamierzony skutek i tym sposobem rozpoczęłam przygodę z Alexią Maccon. Przeczucie mnie nie zawiodło - było warto.

Nieznacznie gorsza Carriger nadal jest genialna, że o nadprzyrodzoności nie wspomnę. W chwili obecnej, kiedy wszystko, co paranormalne, wygląda jakby zeszło z taśmy produkcyjnej w fabryce, która kupiła tylko dwie receptury i tańsze zamienniki półproduktów, Protektorat Parasola okazuje się rękodziełem z limitowanej edycji.

Polecam!!

tytuł oryginału: Blameless
tłumaczenie: Magdalena Motzan-Małkowska
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
liczba stron: 320
oprawa: miękka
cena z okładki: 34 PLN
jak do mnie trafiła: Selkar 31 PLN (z przesyłką)

***

Chętnie przeczytałabym recenzję któregokolwiek tomu z męskiej perspektywy i z przyjemnością udostępnię swój egzemplarz jakiemuś odważnemu blogerowi płci przeciwnej - adres mailowy dostępny w zakładce Kontakt - zapraszam! :)

piątek, 11 listopada 2011

Matki, żony, czarownice - Joanna Miszczuk

Fakt, że sięgnęłam po tę książkę z własnej, nieprzymuszonej woli należy zapisać gdzieś złotymi zgłoskami (chyba właśnie to robię - może tylko te zgłoski nie są złote) - ja, osoba, która sagi rodzinne uważa za zło wcielone, a ich autorki za seryjne morderczynie (zdrowego rozsądku i dobrego smaku) dałam się skusić wielkiej tajemnicy i słowu "czarownice". "Raz kozie śmierć" pomyślałam "Zobaczę, czym się moja rodzicielka zaczytuje.".

Książka składa się z dwóch części, których naturalną granicę stanowi pojawienie się testamentu antenatki głównych bohaterek - Laverny Marii von Matternich. Część pierwsza to losy trzech wrocławianek na przestrzeni siedemdziesięciu lat, od drugiej wojny światowej aż do czasów współczesnych. Poznajemy historie miłości, zdrady, bólu, radości, zdrad, zemsty i przebaczenia rudowłosych piękności noszących pierścionek z ogromnym diamentem w otoczeniu szafirów. Część druga to dzieje rodu silnych, mądrych i pięknych kobiet, które zwykle kochały niewłaściwych mężczyzn oraz niezwykła historia pierścienia miłości i przebaczenia.

Z tych wszystkich opowieści składających się na książkę Miszczuk największe wrażenie zrobiły na mnie losy Marii Jałoch, kobiety, która wraz z maleńką córką przetrwała wojenną zawieruchę. Płakałam nad jej niedolą, nad przeżyciem własnej śmierci... Krystyny, osoby, która o swej miłości do męża przekonała się po jego tragicznej śmierci, nie potrafiłam polubić. Losy Asi wydały mi się sztampowe.

Za część pierwszą powieści lekką ręką przyznałabym 4/5 - ładny język, wartka akcja, dobrze zbudowane postaci, wspaniale oddane realia czasów, w których przyszło im żyć. Czy wyróżnia się na tle gatunku - nie wiem. Po prostu mi się podobało.

Drugą część, w moim odczuciu, bardzo zepsuły postacie antenatek i ich ukochanych mężczyzn. Nie wyjawię Wam ich nazwisk, jednak coś we mnie się buntowało przeciwko powiązaniu tych kobiet więzami krwi i umieszczeniu na kartach sagi rodzinnej.  O ile w pewnej powieści comic fantasy nie przeszkadzała mi postać Hitlera w kelnerskim uniformie na pokładzie sterowca, tak tutaj umieszczenie tych konkretnych postaci historycznych oraz wplecenie w ich losy pewnego wiekopomnego dzieła było zgrzytem.

Miszczuk zostawiła furtkę do następnej części i niewątpliwie będzie się tam sporo działo. Myślę, że jeśli ta pozycja znajdzie się na półce mojej mamy, na pewno do niej zajrzę, ale nie będę jej szukać na siłę.

Ocena: 3/5


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 496
oprawa: miękka
cena z okładki: 32 PLN

wtorek, 8 listopada 2011

Spadek - J. D. Bujak

W noc poprzedzającą Święto Zmarłych (jakoś nie trafia do mnie określenie Halloween - to nie nasza kultura) obejrzeliśmy z mężem horror o domu na sprzedaż, w którym straszy. Krwawiły tam ściany, z rur nie zawsze leciała woda, w lustrze można było ujrzeć nie tylko własne odbicie... naprawdę kiepskie filmidło, w które brnęliśmy tylko, by organoleptycznie doświadczyć, jak daleko posunęła się wypaczona jego twórców.

Mój mąż nieźle się bawił parząc na mnie czytającą najnowszą powieść pani Bujak: "Haha, za drzwiami jest park!", "Ściana krwawi! No nie wierzę! Ściana krwawi!", "Jak on się okaże wampirem albo wilkołakiem to rzucam to.". Nie rzuciłam. Mało tego, pochłonęłam 450 stron w jakieś 8-9 godzin.

Małgorzata odziedziczyła po dawno nie widzianej ciotce z Krakowa zabytkową kamienicę wartą fortunę. Niestety nie może domu sprzedać, przyjąć go zaś musi z dobrodziejstwem inwentarza - szpargałami, niemodnymi meblami, gigantycznym witrażem stanowiącym większą wersję znajdującego się w rodzinnej krypcie. Przemyślawszy sprawę dokładnie, postanawia spadek przyjąć i bardzo szybko uświadamia sobie, że "dobrodziejstwo inwentarza" nie ogranicza się do przedmiotów...

Megi (wybrała sobie to zdrobnienie, ponieważ jest zagorzałą fanką Meg Ryan), pragmatyczna pani doktor, przeznacza część parteru pod wynajem, w drugiej części planuje otworzyć praktykę pediatryczną. Najemcę znajduje bardzo szybko w osobie Jana Topolnickiego, niesamowicie przystojnego pasjonata herbaty, w którego oczach przy odpowiednim świetle widać tajemniczy rubinowy poblask...

Kiedy w domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy (słychać głosy, na zaparowanym lustrze pojawiają się odciski dłoni niepasujące wielkością do rąk Megi, za drzwiami piwnicy nie zawsze są schody...) Janek, który nie wydaje się specjalnie zaskoczony tymi wydarzeniami, okazuje się nieocenionym przyjacielem i wspiera Małgosię na każdym kroku zmierzającym do rozwiązania zagadki...

Działając swoim utartym schematem kija i marchewki zacznę od  krytyki postaci, nieco nijakich na tle przepięknego witraża, które należą do słabych stron Spadku. Postaci nijakich do tego stopnia, że czasem dziwiło mnie gładkie i szybkie przechodzenie do porządku dziennego nad nadprzyrodzonymi zdarzeniami rozgrywającymi się wokół przez pozornie twardo stąpającą po ziemi panią doktor - ot, bez żadnych procesów myślowych, wewnętrznych walk, mozolnej drogi od zaprzeczenia do akceptacji. Ponadto, co mi się rzadko zdarza, musiałam przed napisaniem tego tekstu zajrzeć do książki, by przypomnieć sobie nazwisko Janka, jednego z głównych bohaterów, które do skomplikowanych przecież nie należy, a w powieści wielokrotnie się powtarza. Imienia przyjaciółki Megi, a tym bardziej jej męża, już nie pamiętam...

Nie lubię porównywać, jednak tutaj porównania same cisnęły mi się pod klawisze, ponieważ miałam problemy z jednoznaczną klasyfikacją powieści Bujak. Mimo krwawiących ścian Spadkowi daleko do lepkiej i wilgotnej atmosfery Efemerydy duetu Kyrcz-Cichowlas, machiaweliczna postać zaprzyjaźnionego adwokata kojarzyła mi się początkowo z diabłem (chicho, zły chochlik!, wcale nie miałam na myśli Wolanda, trochę za wysokie progi), mimo zabawnych akcentów i niezbyt głębokich postaci ze starcia z Rudnicką Bujak wyszła w moich oczach obronną ręką, a co do drzwi, za którymi nie zawsze są schody do piwnicy, powiem tylko, że autorka przegrywa z kretesem konfrontację z Brudnopisem Łukjanienki. Temu wszystkiemu przyświecał mi, gdzieś na granicy postrzegania, pomarańczowy neon "paranormal??", na szczęście na przyświecaniu się skończyło. Słowem: chaos. O dziwo jednak, ten sam chaos daje Spadkowi szanse na wyjście z "szuflady" i przeobraża go w "pageturnera". Nie posunę się na tyle daleko, by od razu robić z tego wyznacznik stylu Bujak - nie po jednej przeczytanej pozycji - jednak muszę przyznać, że, pomimo początkowego nastawienia, autorka mnie  zaintrygowała.

Nie ukrywam, że Spadek zaliczyłabym raczej do "czytadeł", na szczęście tych przyjemniejszych. Może oryginalnością nie grzeszy, jednak bardzo ucieszyłam się, że lektura w Święto Zmarłych nie była powtórką z filmu obejrzanego w jego wigilię.


Ocena: 3/5


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 456
oprawa: miękka
cena z okładki: 32 PLN

czwartek, 15 września 2011

Atrofia - Lauren DeStefano

Okładka debiutanckiej powieści Lauren DeStefano jest jedną z najlepszych, jakie zdarzyło mi się oglądać. Pozwólcie, że na jej podstawie opowiem Wam historię osoby, którą przedstawia, 16 letniej Rhine, pięknej dziewczyny o naznaczonych defektem genetycznym oczach, z których każde jest innego koloru.



Zdjęcie przedstawia siedzącą dziewczynę. Uwagę przykuwają jej długie, jasne, fantazyjnie ułożone włosy oraz mocno pomalowane powieki skrywające wzrok. Gest ten kojarzony jest ze skromnością, można jednak równie dobrze śledzić kogoś "spod oka", lub skrywać jakąś tajemnicę.
Dziewczyna przysiadła na pięknym antycznym krześle, jej suknia świadczy o zamożności, zwróćcie jednak uwagę na dwie rzeczy - po pierwsze: nienaturalna poza w połączeniu ze strojną suknią, porcelanową cerą i wyrazistym makijażem przywodzą na myśl marionetkę, po drugie: na serdecznym palcu lewej dłoni lśni obrączka, wyraźnie wyeksponowana przez projektanta okładki i połączona linią z ptaszkiem w klatce, alegorią zniewolenia. 
Od modelki biegnie kolejna, wyraźniejsza, linia łącząca ją z klepsydrą, spójrzcie jak niewiele piasku w niej pozostało. Obok stoją szklane fiolki i menzurki nieodzownie kojarzące się z eksperymentami laboratoryjnymi, są one jednak puste, jakby eksperymenty nie odbywały się, lub... nie przynosiły rezultatów. Na podłodze porozrzucano w nieładzie lilie - symbole czystości i niewinności. Spójrzmy teraz na stopę dziewczyny - wydaje się brudna, jakby strudzona długą wędrówką i dużo starsza, niż by sugerowała twarz dziewczyny.
Tło przechodzi od zupełnie czarnego przy głowie bohaterki i klatce z ptaszkiem, do jaśniejszej szarości podłogi w okolicach klepsydry i połamanej lilii, zupełnie jakby im dalej od zniewolenia tym więcej światła.
Zauważcie, że w klatce znajdują się drzwiczki, w stronę których zwrócony jest ptaszek, spoglądając jednocześnie na jaśniejszą plamę przy porzuconym kwiecie.

Historia Rhine jest prosta - nastoletnia mieszkanka Nowego Jorku została uprowadzona, wywieziona na Florydę, zaślubiona wbrew swej woli, wraz z dwiema innymi dziewczynami, młodemu chłopakowi, który początkowo budzi wyłącznie jej odrazę. Zadaniem młodych żon jest urodzić Lindenowi przed śmiercią dziecko. Zarówno Rhine, jak i Lindenowi, zostało jeszcze około 4 lat życia, ponieważ ludzkość na skutek podjęcia nieudanej próby przeprowadzenia ewolucji w doskonałość, nękana jest wirusem zabijającym potomków "pierwszego pokolenia" przed osiągnięciem dwudziestego piątego roku życia. Głos serca nie jest zgodny z narzuconą przez despotycznego i prawdopodobnie psychopatycznego teścia rolą, jednak Rhine, podobnie jak jej współtowarzyszki muszą podjąć się jej odegrania, inaczej zginą.

Pierwszoosobowa narracja w czasie teraźniejszym została poprowadzona ładnym, dość bogatym językiem, jednak rzucają się w oczy krótkie zdania, co bywa ciekawym zabiegiem stylistycznym, tu stanowi tylko zgrzyt - wina prawdopodobnie leży po stronie tłumacza, który mógł posłużyć się większą ilością zdań złożonych nie odbiegając od treści - książka by na tym zyskała. Plusem jest umiejętność zwrócenia uwagi na jakiś szczegół poprzez np. wprowadzenie koloru, minusem wkradająca się czasem chaotyczność stanowiąca tylko pustą dygresją, w Opowieści Podręcznej Atwood, do której porównywana jest powieść DeStefano, podobne chaotyczne dygresje znalazły usprawiedliwienie w fabule, a ich zadanie polegało na budowaniu nastroju, podsycaniu ciekawości. 

Od samego początku widać wyraźnie, że DeStefano planowała napisanie serii - akcja toczy się momentami za wolno, dygresje urywają się w najciekawszym miejscu, a kiedy Rhine później powraca do rozważań, zaczynają się w połowie urwanego fragmentu - niczym serialowe "w poprzednim odcinku".

W przeciwieństwie do antyutopijnej Opowieści Podręcznej  mamy tu całkiem zgrabny przykład dystopii, której scenariusz nie jest aż tak nieprawdopodobny, jakby się mogło wydawać. Poza tym, w zalewie paranormalnych romansów, stanowi ciekawą alternatywą dla nastolatek lubiących lekką fantastykę.

Porównanie debiutu literackiego DeStefano do Opowieści Podręcznej Atwood jest może lekko przesadzone, gdyż nie zaliczyłabym Atrofii do dzieł wybitnych i uniwersalnych, jednak niewątpliwie ma wiele zalet. Nie ma tu, niestety, głębi, drugiego dna, których nie zabrakło u Atwood, ale jestem skłonna stwierdzić, że DeStefano nie brakuje potencjału i, wraz z doświadczeniem i kolejnymi wydanymi książkami, ma szanse stać się poczytną pisarką, może nie na miarę swej kanadyjskiej koleżanki, ale kto to wie?

Ocena: 4/5
tytuł oryginału: Whiter
tłumaczenie: Magdalena Rychlik
Wydawnictwo: Prószyński i ska
liczba stron: 317
oprawa: miękka ze skrzydełkami
cena z okładki: 34 PLN

Recenzja Opowieści Podręcznej tu

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne atrakcje - Robert Rankin

29 sierpnia, KsiazkawMiescie.blogspot.com, Konferencja w sprawie paniki wywołanej sensacyjnym pojawieniem się Dziewczyny Płaszczki i innych nienaturalnych atrakcji autorstwa Roberta Rankina, która to powieść początkowo została uznana za zapis autentycznych wydarzeń.

M - Drodzy Państwo, jak wiecie jestem tu, by odpowiedzieć na wasze pytania dotyczące tej świetnej historii. Jak już wszyscy wiemy, nie jest ona oparta na faktach. Spokojnie, proszę się pchać. Odpowiem na wszystkie pytania.

Tłum - Ja! Ja! Mam pytanie!

M - Proszę bardzo, Pan w Niebieskiej Koszuli.

PwNK - Kiedy toczy się akcja Dziewczyny Płaszczki?

M - Zasadniczo w rokku 1895, choć mamy tu też retrospekcję w czasy Wojny Światów roku 1885, która to przyczyniła się do całego tego zamieszania z domniemaną autentycznością doniesień. Teraz poproszę Panią w Czerwonej Bluzce.

PwCzB - Proszę opowiedzieć coś o postaciach.

M - Mamy tu całą plejadę postaci, zarówno fikcyjnych, jak i historycznych jak np. Pan Winston Churchil czy Pan Nicola Tesla, a nawet pewien młody Austriak - co oczywiście stanowiło wodę na młyn plotek.

PwCzB - Wspominała pani o postaciach fikcyjnych. Czy są wiarygodne?

M - Przede wszystkim postacie są dwubiegunowe - każda ma dobre i złe cechy, z których, w zależności od okoliczności, zawsze przeważa jedna "strona mocy", że się tak popularnie wyrażę. Rozważając ich wiarygodność musimy dodatkowo wziąć poprawkę na gatunek literacki: oprócz steampunku możemy z powodzeniem podciągnąć tę pozycję do comic fantasy - co za tym idzie postacie są ukazane niejako w krzywym zwierciadle, mają śmieszyć. I tak np. cechy czarnego charakteru, którym bez wątpienia jest tu Profesor Coffin, są wyolbrzymione, George zaś wydaje się niebywale chwiejny raz dokonując czynów bohaterskich, za chwilę wykazując się infantylną niezaradnością i naiwnością.

PwCzB - Czy polubiła pani którąś z postaci? A może któraś wzbudziła pani niechęć?

M - O dziwo, polubiłam Profesora. Zwykle sympatyzuję z komiksowymi geniuszami zła, gdyż oni są zdecydowanie barwniejsi. Muszę też oddać honor Adzie. Ogólnie bohaterowie Dziewczyny Płaszczki, nawet drugoplanowi, to barwne, żywe indywidua, z których każdy ma swój wkład w odbiór książki przez czytelnika. Warto też pochwalić zachodzące między postaciami interakcje. Proszę pan w meloniku (?).

PwM - A co z miejscem akcji?

M - Miejsc akcji mamy kilka - jest to np. gabinet cieni, cyrkowy wóz, alternatywne Londyn i Nowy Jork.

PwM - A sama akcja?

M - Muszę oddać sprawiedliwość panu Rankinowi - czytelnik nie może nudzić się nawet przez chwilę. Akcja rozwija się bardzo dynamicznie, w każdym rozdziale mamy nagły i zaskakujący zwrot, mnóstwo komicznych sytuacji, ocierających się nawet czasami o przysłowiowe "zabili go i uciekł". Zabawa przednia, czego zresztą można się spodziewać od pierwszych stron.

PzM - Przepraszam, czy mogę zadać pytanie?

M - Bardzo proszę, Pan z Muchą.

PzM - A co z Dziewczyną Płaszczką?

M - Saito. Bogini. Przyznają się do niej aż cztery cywilizacje. Zresztą, mieliśmy tu małe zamieszanie związane z jej domniemanym pojawieniem się na Ziemi, dzięki czemu wiemy o niej tyle, ile powinniśmy...

PzM - Ale czy zostaje odnaleziona? Gdzie? Co się dzieje później?

M - Szanowny Panie, ta konferencja nie ma na celu zdradzenia zakończenia powieści pana Rankina.

PzM - Dla mnie ta informacja jest niebywale istotna.

M - Książkę czyta się bardzo dobrze, a ładny język tylko zwiększa przyjemność, polecam panu, jak i wszystkim internautom zebranym przed monitorami komputerów, serdecznie tę książkę.

PzM - Ale ja nie mam czasu, muszę wiedzieć już!

M - Proszę państwa na tym skończymy naszą konferencję. Dziękuję za uwagę i raz jeszcze polecam gorąco!

Ocena: 4,75/5
tytuł oryginału: The Japanease Devil Fish Girl and Other Unnatural Atractions
tłumaczenie: Ewa Siarkiewicz
Wydawnictwo: Prószyński i ska
liczba stron: 389
oprawa: miękka ze skrzydełkami
cena z okładki: 34 PLN

wtorek, 9 sierpnia 2011

Bezzmienna - Gail Carriger

"Ta książka to moje paranormalne Waterloo" napisałam w recenzji pierwszego tomu Protektoratu Parasola, czyli Bezdusznej. Czy Bezzmienna okazała się równie dobra? Niczym maratończyk spieszę Wam donieść, że w moim odczuciu jest lepsza!

Tym razem Alexia Maccon, lady Woolsey, udaje się w swoją wymarzoną podróż sterowcem w celach służbowych, lecz, gwoli przyzwoitości, w asyście jednej ze swoich pustych sióstr, lubującej się w szkaradnych kapeluszach przyjaciółki oraz clavigera swego męża, pana Tunstella. Celem podróży jest Szkocja, a konkretnie dawna wataha lorda Maccona, gdyż to ona zdaje się być źródłem dziwnej przypadłości nękającej nadprzyrodzonych. Nie nastawiajmy się jednak na nostalgiczne podziwianie landszaftów, czy rozpaczanie z powodu braku mężowskiego ramienia w pobliżu, tudzież nadmiaru emocji wywołanych popołudniową herbatką. Carriger ma nam do zaoferowania o wiele większą dawkę adrenaliny - ktoś dybie na życie Alexii i nie zawaha się sięgnąć po truciznę, czy też zwyczajnie zrzucić swą ofiarę z pokładu, by cel osiągnąć. My jednak wiemy, że złego, czy też raczej bezdusznej, diabli nie wezmą, zabójca będzie musiał się bardziej postarać, a wziąwszy pod uwagę nową, niezwykle szpetną, parasolkę, będzie miał wyjątkowo trudne zadanie.

Powieść Pani Carriger zbudowana jest na solidnych podstawach: piękny język, wymagający (oczywiście mogłabym tu np. użyć słowa "zaawansowany" czy "bogaty", jednak bardzo pasuje mi właśnie "wymagający")dobór słownictwa, zróżnicowane i wyraziste postaci, inteligentne poczucie humoru owocują ciętymi ripostami, błyskotliwymi metaforami i wieloma arcyzabawnymi sytuacjami. Na uwagę zasługują wszystkie wynalazki, od parasolki począwszy, poprzez okularnetki wszelkiej maści, na eterograforze skończywszy - jeśli ktoś miał wątpliwości, dlaczego obie części zaliczamy do steampunku. Autorka okrasiła całość subtelnym erotyzmem i nutką wiktoriańskiego romantyzmu na wesoło, suma sumarum tworząc wyjątkowo łakomy kąsek zarówno dla wielbicieli steampunku jak i comic fantasy z wykwintną nutką romantyzmu.

Carriger, pisząc powieść o wampirach, wilkołakach i prasolkach, wyłamuje się z kanonu paranormalnych sag tak popularnych ostatnimi czasy na czytelniczym rynku. Powiem więcej, niebanalny i porywający styl amerykańskiej pisarki zdecydowanie bardziej, choć nienachalnie, wpisuje się w nisze utworzone przez Pratchetta i/lub Rankina, niż Meyer czy Arthur, nie tracąc przy tym kobiecości i "wenusjańskiego" spojrzenia na świat.

Nie tylko jestem zaintrygowana jej twórczością, Tofa Borregaard, jak naprawdę nazywa się autorka, pnie się coraz wyżej w hierarchii moich ulubionych autorów.

Polecam!

Ocena: 5/5
 
tytuł oryginału: Changeless
tłumaczenie: Magdalena Motzan-Małkowska
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
liczba stron: 319
oprawa: miękka
cena z okładki: 34 PLN

niedziela, 3 lipca 2011

Bezduszna - Gail Carriger

Alexia Tarabotti ma kilka bardzo poważnych wad: jest stara, brzydka, ma wielki włoski nos, śniadą cerę, obfity biust i rozłożyste biodra, oraz, o zgrozo!, jest inteligentna, oczytana i nie umie utrzymać języka za zębami. Jest też bezduszna. Nie, nie chodzi o to, że jest mało wrażliwa lub nieczuła, po prostu Alexia urodziła się bez duszy. Ot, taka przypadłość odziedziczona po włoskim ojcu, która nie objawia się w zasadzie niczym szczególnym poza odbieraniem istotom nadprzyrodzonym ich atrybutów.

W alternatywnym Londynie, który jest miejscem akcji, wampiry, wilkołaki i duchy już od kilku stuleci koegzystują z ludźmi, wspierając rozwój Imperium Brytyjskiego. Przyrost naturalny wśród nadprzyrodzonych jest ściśle nadzorowany, dodatkowo udana metamorfoza to niezwykle trudne i niebezpieczne przedsięwzięcie, którego powodzenie uzależnione jest w pełni od ilości posiadanej przez kandydata duszy. Nic więc dziwnego, że każdy nowy osobnik w wampirzym ulu czy wilczej watasze jest powodem do świętowania.

Panna Tarabotti nie ma już nadziei na zamążpójście, niemniej jednak, z uwagi na swoją pozycję społeczną, bywa na rautach wszelkiego autoramentu, najczęściej w charakterze przyzwoitki lub ciekawego towarzysza przy stole. Na jednym z przyjęć postanawia coś przekąsić w bibliotece i... tylko dzięki swej bezduszności nie staje się przekąską młodego wampira. Alexia w obronie własnej zabija napastnika przy pomocy szpilki do włosów i ulubionej parasolki, przez co zostaje uwikłana w dochodzenie w sprawie morderstwa. Larwa zdecydowanie nie znała etykiety, była ubogo ubrana i... sepleniła, co jest przecież niedopuszczalnym naruszeniem wszelkich zasad i podstawą do przypuszczeń, że młody wampir nie pochodził z żadnego z miejscowych uli. Okazuje się, że to dopiero początek kłopotów, a mojej świetnej zabawy.

Spodziewałam się najwyżej średniej książczyny, której clue stanie się romans panny Tarabotti z hałaśliwym, gburowatym i zabójczo przystojnym wilkołakiem, lordem Maccon, a tu... zdziwienie! Fakt, jeśli coś się dzieje w epoce wiktoriańskiej, siłą rzeczy musi choć trochę być uduchowione i romantyczne, ale... tylko trochę. Na pierwszy plan wysuwa się dochodzenie w sprawie znikających samotników wśród wilkołaków i wampirów, oraz nieustające próby porwania samej Alexii.

Cięte riposty, wartka (choć może trochę przewidywalna) akcja, wyraziste postacie, ognisty wątek miłosny, wyszukany język - tu ogromny plus dla tłumaczki - wszystko to składa się na dobrą, może niezbyt wymagającą, ale bardzo przyjemną lekturę. A jak do tego dorzucimy sterowce, maszyny parowe dziwnych zastosowań, typowo dziewiętnastowieczne (te autentyczne, czy te balansujące na skraju science-fiction) eksperymenty, oraz życie londyńskiej socjety, etykietę ludzi i watahy, rozsądną dawkę erotyki oraz mnóstwo słodkości wszelkiego rodzaju, zyskamy rewelacyjną powiastkę o wielkim mieście ze sporą ilością fantastyki i wątkiem romantycznym w tle.

Przy konstrukcji fabuły może trochę jeszcze brakuje Carriger wyrobienia, jednak jestem w stanie przymknąć na to oko, ponieważ momentami po prostu płakałam ze śmiechu! Sepleniący wampir. Samiec alfa siadający na jeżu. Taniec Samicy w wykonaniu starej panny. Wyborne!

Bawiłam się świetnie, a zważając na fakt, że Bezduszna jest literackim debiutem pani Carriger nie zamierzam się czepiać niczego więcej. Autorka ma potencjał, ciekawy styl i to "coś", co sprawia, że jej dzieło czyta się z uśmiechem na twarzy, przerywanym częstymi wybuchami śmiechu.

Ta książka to moje paranormalne Waterloo - przyznaję, że w wampiryczno-wilkołaczym temacie jeszcze można coś ciekawego powiedzieć. Może nie jest to novum porównywalne z humunculusem, ale jednak!

Polecam.

Ocena: 4,5/5
tytuł oryginału: Souless
tłumaczenie: Magdalena Motzan-Małkowska
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
liczba stron: 318
oprawa: miękka
cena z okładki: 34 PLN
jak do mnie trafiła: Allegro 24,50 PLN (z przesyłką)

poniedziałek, 27 czerwca 2011

W północ się odzieję - Terry Pratchett

Powtórzę po raz kolejny i na pewno nie ostatni, że do twórczości Sir Terry'ego Pratchett'a podchodzę z zapałem neofity i niesłabnącym zachwytem, więc nie jest dziwne, że W północ się odzieję trafiła na moją półkę.

"Skąd ten niesłabnący zachwyt?" zapytacie. Otóż, wiele jest w twórczości Pratchetta rzeczy nad którymi można się zachwycać.

Chociażby sposób konstruowania postaci. Powiedzenie, że główna bohaterka jest wyrazista, to jak stwierdzenie, że słońce świeci. Niby to prawda, ale słońce poza tym swoim świeceniem  robi przecież dużo więcej. A jakby tak pod uwagę wziąć jeszcze gwiazdy, to się nagle okaże, że całe niebo się jarzy, migoce, promieniuje, wspomaga fotosyntezę, stymuluje wydzielanie witaminy D i co tam jeszcze komu przychodzi do głowy. Tak i w Świecie Dysku przechadzają się zróżnicowane, żywe postacie, jeden jest dobry, drugi zły, trzeci wysoki chudy niski gruby, a czwarty... lepiej nie wiedzieć o nim zbyt wiele. O, na ten przykład w Kredzie, gdzie mieszka wielka ciut wiedźma, Tiffany Obolała, oraz: Nac Mac Feeglowie ze swoją keldą i Wielkim Gościem, Roland, Preston, Amber Petty i jej lubiący zaglądać do kieliszka krewki ojciec, a Kreda to przecież nic, w porównaniu z Ankh-Morpork. Skupmy się jednak na Kredzie.

Tuż po jarmarku "na który chodzi się z nadzieją zdobycia całusa, a jeśli ktoś naprawdę ma szczęście, to również obietnicy następnego"* (w skrócie zwanym "szorowaniem"), Tiffany, która bardzo, ale to bardzo potrzebuje snu, zostaje wezwana do domu państwa Petty, gdzie, rękami swojego zamroczonego alkoholem ojca, została skatowana do nieprzytomności trzynastoletnia Amber. We wsi rozbrzmiewa już kocia muzyka i tylko od miejscowej czarownicy zależy, jaki zbierze owoc. W takim wypadku trzeba się wykazać nie lada charakterem: odebrać ból dziewczynie widząc martwe dzieciątko, którego ta już nie przytuli do serca, i jednocześnie zdecydować o dalszych losach pana Petty'ego.
(...) kiedy dochodzi już do tego, że trzeba podjąć decyzję o życiu lub śmierci, decyzję podejmuje sama, gdyż jest czarownicą, a bywa, że nie jest to wybór między dobrem a złem, ale między złem a złem. Nie ma właściwych wyborów, są tylko... wybory.*
Jednak nie tylko przed takimi wyborami staje Tiffany każdego dnia. Czasem jej zadanie polega na pomocy umierającemu w przejściu na ten drugi świat. Tak właśnie dzieje się ze starym baronem, jednak nie każdy potrafi to zrozumieć. Innym razem wraz z Feeglami pomoże w sprzątaniu, a która gospodyni lubi, jak jej bałaganiarstwo wytknąć? Cóż, "trucizna trafia tam, gdzie trucizna jest przyjmowana"*, a jeden z bohaterskich czynów Tiffany z przeszłości obudził kogoś, kto najbardziej na świecie nienawidzi czarownic i zrobi wszystko, by zasiać tę nienawiść, gdzie tylko się da i skierować jej pełną moc na wielką ciut wiedźmę tych wzgórz.

Tiffany Obolała i inne czarownice są prześladowane gdziekolwiek się pojawią. Jaką decyzję i jakie ryzyko podejmie Tiffany, żeby zażegnać niebezpieczeństwo i odesłać prześladowcę tam, skąd przybył? I czy wielka ciut wiedźma kiedyś się wyśpi?

To chyba najmroczniejsza książka ze Świata Dysku, jaką miałam przyjemność czytać. Dużo tu zmagania ze śmiercią (a Śmierci jak na lekarstwo), tym razem na widelcu mamy przemoc domową, polowania na czarownice i lincze - nie za prosty owoc do zgryzienia, ale jednak warto. Zaraz za cierpką nutką kryje się słodycz pratchettowskiego humoru.

Na jednym z blogów widziałam stwierdzenie, że Pratchett napisał dark fantasy. Nie zgodzę się, nadal porusza się w swoim ulubionym gatunku, jakim jest comic fantasy, dodaje jednak sceny rodem z horroru. Oraz podróże w czasie. Oraz love story.
W dark fantasy nie ma miejsca na boffo i Feeglów, ale w comic fantasy znajdzie się miejsce na horror.

Jeśli zaczniemy każdą książkę tego autora rozkładać na czynniki pierwsze, szybko się okaże, że jest on nowym Kingiem, niektórzy doszukają się czystego science-fiction pozwalającego go ochrzcić ciotecznym wujkiem tego gatunku, innym spodoba się romantyczna nutka... Nie zapominajmy również o tym, że można by go okrzyknąć mistrzem kryminału zdolnym zdetronizować Agathę Christie. I to kolejna rzecz, dla której stałam się pratchettowską neofitką - ten autor jest tak oryginalny, że niemal braknie pomysłów, do kogo jeszcze go porównać.

Nie dajmy się zwariować i pozwólmy Pratchettowi bawić się (i nas) tak, jak to robił do tej pory. I nie zwlekajmy z tym, w końcu "Jak se tak bedziemy cekać, az juz prawie walniemy o ziemie i dopiero wtedy wyskocymy, to istowo wyjdziemy na guptaków."*

Ocena: 4,5/5
tytuł oryginału: I shall wear Midnight
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
liczba stron: 296
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
*cytaty z książki 

piątek, 6 maja 2011

Natalii 5 - Olga Rudnicka

Natalii 5 to moje drugie podejście do książek autorstwa Olgi Rudnickiej, naszej polskiej nadziei na polu powieści kryminalnej. Poprzednie nie było zbyt udane: głośna Lilith wróciła na półkę, ponieważ nie mogłam znieść głównej bohaterki, a pierwsza połowa książki nie wciągnęła mnie praktycznie w ogóle. Z najnowszym dziełem Pani Olgi poszło nieco lepiej.

Jarosław Sucharski, pośrednik w obrocie dziełami sztuki, popełnia samobójstwo w swoim domu w Mechlinie niedaleko Śremu. Praktycznie wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się potwierdzać, że denat sam pociągnął za spust, komisarz Adrian Potocki i jego kolega Marcin Kurek mają jednak wątpliwości. Śledztwo utrudniają im skutecznie córki zmarłego tragicznie bigamisty, Natalie Sucharskie i robią to w bardzo irytujący sposób. Niestety irytujący również dla czytelnika.

O ile w przypadku Lilith główna bohaterka była jedna, a mimo to irytująca swoją infantylnością, naiwnością i taką jakąś ogólną bezradnością, tak tu mamy do czynienia z aż pięcioma takimi osobami. Na szczęście Rudnicka na tyle często skupia się na ich wyglądzie zewnętrznym, kolorze włosów, sukienek oraz podkreślaniu, jak duże panowie policjanci mają problemy z utrzymaniem przynależnej profesji kontroli nad własnymi emocjami, że dopiero po jakimś czasie rzuca nam się w oczy fakt, że mamy w zasadzie do czynienia z, de facto, jedną bohaterką... otóż siostry Sucharskie zostały zbudowane na podstawie takiego samego schematu: wszystkie, jak jedna żona, są puste i mają poważne zaburzenia osobowości a iskra inteligencji zdaje się między nimi przeskakiwać wraz z użyciem imienia.

Typowy dialog Natalii pięciu wygląda mniej więcej tak: Natalia 1 rzuca propozycję, pozostałe siostry mówią "Nie" przekrzykując jedna drugą (a Rudnicka nie identyfikuje, która wypowiada który kontrargument) nagle Natalię nr 2 dotyka iskra inteligencji i popiera ona Natalię 1 bełkocąc coś nie do końca zrozumiale (sic!), Natalia 3, na którą iskra następnie przeskakuje oświadcza, że mimo, iż Natalii 2 nie rozumie prawie w ogóle, to Natalia 1 i 2 mają rację i patrzy na Natalię 4 przekazując jej iskierkę, a ta przytakuje gestem lub zdawkowym zdaniem, Natalia 5, niezależnie od własnego stanowiska, zgodnie z Zasadami kilkoma Wróbla Ćwirka - poddaje się. I tak w kółko przez 550 stron.

Dziwnym zabiegiem ze strony autorki wydaje mi się też próba zwrócenia uwagi czytelnika na pewne rzeczy:
- No proszę, pewnie mam skłonności samobójcze. Jeżeli powie nam pan, gdzie są dobre lody, to pana też zaproszę. -Mrugnęła do niego wesoło, nie zdając sobie sprawy, że od kilku minut zwracają się do siebie raz na ty, raz per pan i pani.
 Hmmm, myślę sobie: nie zauważyłam. Wracam do początku dialogu obu postaci i odkrywam dwie rzeczy: po pierwsze, jeśli miałby on trwać kilka minut, to bohaterowie musieliby wymawiać każde zdanie w bardzo zwolnionym tempie, a po drugie tylko raz jedna z postaci zwróciła się do drugiej na ty...

Muszę jeszcze raz użyć kija, zanim potraktuję książkę Pani Olgi marchewką: niewybaczalne, rażące kolokwializmy. Nie mówi się "półtorej metra" tylko "półtora metra" - takich "uroczych" lapsusów jest zdecydowanie więcej, jednak ten najbardziej wbił mi się w pamięć.

Obiecałam marchewkę: bardzo dobry, wręcz świetny, pomysł na powieść: połączenie kryminału, przygody i historii obyczajowej, z elementami komedii, miejscami romantycznej i oczywiście sam temat przewodni: pięć sióstr, które połączyła śmierć ojca-bigamisty. Pani Olga talent zdecydowanie ma i trafia do czytelnika, Natalii 5 "pochłania się" z zaciekawieniem, ale niestety, w moim przypadku nie do końca jest to jednoznaczne z przyjemnością. Nie zaprzyjaźnię się raczej z twórczością Rudnickiej, jednak nie będę od niej stronić. Czy polecam? - na pewno nie będziecie się nudzić.

Ocena: 3/5
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 560
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN

piątek, 1 kwietnia 2011

Czarnoksiężnik z Archipelagu - Ursula K. LeGuin

Jakiś czas temu na portalu LubimyCzytac.pl rozpętała się zagorzała dyskusja, kiedy ktoś skomentował książkę słowami "Super! Super!". Merytorycznie, stylistycznie, gramatycznie, logicznie, psychologicznie, ogólnie -icznie opinia ta jest bezwartościowa, ale czy naprawdę nigdy nie byliście pod wrażeniem żadnej książki na tyle, by się pod tymi słowami podpisać? Wyznaję bez żenady, że na mnie takie właśnie wrażenie zrobił pierwszy tom sagi Ziemiomorze, należącej do kanonu literatury pięknej. Na szczęście Bóg obdarzył mnie nieco bogatszym zasobem słownictwa, spróbuję więc owe "Super!" rozwinąć i przekonać Was do przeczytania Czarnoksiężnika z Archipelagu.

W małej wiosce na wyspie Gont rodzi się Duny, syn kowala. Chłopiec nie zaznał wiele miłości w życiu, gdyż jego matka szybko zmarła, a ojciec prędzej częstował go kuksańcem, niż ciepłym słowem. Siostra matki, miejscowa czarownica, która go odchowała nie darząc go jednak większą uwagą, zauważa chłopca dopiero w momencie, gdy odkrywa jego moc magiczną. I tak pięcioletni Duny rozpoczyna swoją naukę magii, opartej głównie na wiejskich gusłach i domorosłym zielarstwie, niż prawdziwej mocy.
Mijają lata, chłopak przy pomocy magii ratuje wioskę od najeźdźców, sam nieomal tracąc przy tym życie. Zdrowie przywraca mu Ogion, czarnoksiężnik, który, po ceremonii nadania chłopakowi imienia, zabiera Geda do swojego domu, aby uczyć go magii. Tam młodzik, aby popisać się przed dziewczyną próbuje przywołać ducha zmarłego, co nie kończy się dobrze.
Po jakimś czasie Ged, który posługuje się imieniem użytkowym Krogulec, udaje się na wyspę Roke, do szkoły czarnoksiężników. Jest on bardzo zdolnym i pracowitym uczniem, jednak powodują nim niskie pobudki, jak żądza władzy, chęć zaimponowania kolegom, nienawiść, czy zazdrość. W trakcie zabawy przywołuje bezimienną istotę, cień, który okazuje się jego przekleństwem.

Trudne dzieciństwo, szkoła czarodziejów, wyrastanie z młodzieńczej buty i nienawiści, rozmowy ze smokami, prawdziwe imiona, zamek z tajemnicą w najgłębszym lochu... nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego  Czarnoksiężnik jest zaliczany do kanonu literatury?

Zadziwiające jest to, że akcja nie pędzi na łeb, na szyję, powiedziałabym, że toczy się  raczej sennie, a jednak... nawet nie wiem, kiedy czytałam tę książkę, zdawało mi się, że dopiero zaczęłam, a tu... ostatnie zdanie. Czytając Czarnoksiężnika miałam nieodparte wrażenie, że LeGuin w jakiś niepojęty sposób opowiadała mi historię, która już we mnie była, jakbym przypominała sobie tylko dawno zapomniane słowa. Mogłabym na palcach jednej ręki policzyć, ile razy coś takiego czułam podczas lektury: Władca Pierścieni, Silmarillion Tolkiena, Wiedźmin Sapkowskiego... to mój prywatny kanon "the best ever", do którego właśnie dołączyła Pani Ursula K. LeGuin.

Chciałam podziękować Panu Barańczakowi za jego kontrybucję w przyjemność z czytania.

Minusów - brak. Chociaż... jest jeden! Widzę oczyma wyobraźni Ziemiomorze w twardych oprawach, najlepiej skórzanych, na wysokiej jakości papierze, może złocone brzegi, ilustracje, mapy...

Ocena 5/5


tytuł oryginału: A Wizard of Earthsea
tłumaczenie: Stanisław Barańczak
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 237
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: Matras, 28,40 PLN

niedziela, 27 lutego 2011

Fałdka Czasu - Madeleine L'Engle

Po Fałdkę czasu postanowiłam sięgnąć ze względu na intrygujący tytuł oraz moją fascynację serialem produkcji BBC Doctor Who.

Meg mieszka wraz z matką, braćmi bliźniakami i braciszkiem Charlesem Wallace'em w dwustuletnim domu. Złośliwi mówią, że ojciec porzucił rodzinę dla jakiejś ślicznotki, Meg i Charles natomiast są słabi umysłowo. Oczywiście te słowa wynikają z zazdrości, bo ojciec pracuje nad tajnym projektem rządowym, Meg, brzydkie kaczątko, jest nadzwyczaj uzdolniona matematycznie a Charles Wallace to niezwykły chłopiec.

Charles, który ma pięć lat i nie chodzi jeszcze do szkoły, pewnego dnia zapuszcza się wgłąb lasu, daleko poza teren posiadłości Murrych i poznaje mieszkające w opuszczonym domu duchów starsze panie: panią Cotojest, panią Kto i panią Która. Pani Cotojest odwiedza jego dom parę dni później i zasiewa ziarnko niepewności w domu. Następnego dnia Charles Wallace prowadzi Meg do domu staruszek, aby ta je poznała. Po drodze spotykają chłopca imieniem Calvin, szkolną gwiazdę koszykówki, i razem ruszają na spotkanie starszych pań.

Rodzeństwo zaprasza Calvina do domu na kolację, chłopiec poznaje panią Murry i mówi do Meg:
- Czy ty wiesz, jaka jesteś szczęśliwa?
Uśmiechnęła się dość cierpko.
- Przeważnie nie wiem.
- Taka matka! Taki dom! Do licha, twoja matka jest wspaniała! Powinnaś widzieć moją. Ma wyrwane wszystkie górne zęby, więc tata jej kupił protezę, ale ona jej nie nosi, mówi, że niewygodna. I całymi dniami chodzi nie uczesana. Co nie znaczy, że wygląda lepiej, kiedy się uczesze. - Zacisnął pięści. - Ale ja ją kocham. To właśnie jest dziwne. Kocham ich wszystkich, a oni złamanego grosza by za mnie nie dali. Może dlatego telefonuję, kiedy nie mam zamiaru wrócić do domu. Bo ja dbam. Nikt inny nie dba. Ty nie wiesz, jakie to szczęście być kochanym.
Meg idzie z nowym kolegą na spacer i już, już mają się pocałować, kiedy... zaczyna się tesserowanie po innych planetach w poszukiwaniu ojca oraz by uratować świat od ogarniającego go Czarnego Cienia.

Planeta Kamazołzja to modelowa, szablonowa wręcz antyutopia. Wszyscy są tu równi. Wszyscy jednakowi. Nikt nie jest nieszczęśliwy. Nikt nie choruje. A jak choruje to się go usypia.

- Ty nam powiesz o was - powiedział Charles Wallace.
- Egzaminujesz? - Chłopiec trochę się zaniepokoił. - Wszyscy wiedzą, że w naszym mieście jest najlepsze Centrum Centralnej Inteligencji na tej planecie. Osiągamy najwyższy poziom produkcji. Nasze fabryki pracują bez przerwy. Nasze maszyny nigdy nie ustają. W dodatku mamy pięciu poetów, jednego muzyka, trzech malarzy i sześciu rzeźbiarzy, wszystkich doskonale ukierunkowanych.
- Z czego cytujesz? - Zapytał Charles Wallace.
- Z podręcznika, oczywiście - odpowiedział chłopiec - Jesteśmy najbardziej zorientowanym miastem na tej planecie. Od setek lat nie było żadnych zaburzeń. Cała Kamazołzja zna naszą chlubną kartę. Dlatego jesteśmy stolicą Kamazołzji. Dlatego Centrala Centralnej Inteligencji mieści się tutaj. I dlatego TO ma tutaj swoją siedzibę. - Tak jakoś powiedział: TO, że dreszcz przebiegł Meg po krzyżu.

Podczas czytania cały czas mi chodziła po głowie myśl, że mam do czynienia z chrześcijańską science-fiction dla grzecznych dzieci. Po zamknięciu książki zapytałam o to wujka google'a et voila... znalazłam informację, że twórczość pani L'Engle odzwierciedla zarówno jej wiarę chrześcijańską, jak i zainteresowanie nowoczesną nauką. Nie to, żebym przeciw chrześcijaństwu coś miała, ale wyraźnie wyczuwałam rozdźwięk między tesserowaniem, eksperymentami genetycznymi wspomnianymi w książce i śpiewaniem na chwałę Pana przez niezwykłe istoty na innych planetach. To trochę tak, jakby Lucas dał Jedi różańce zamiast mieczy świetlnych...

Warto wspomnieć, że jakość korekty w wykonaniu p. Bogusławy Jędrasik woła o pomstę do korektorskiego nieba... przestawiony szyk w zdaniach, brak partykuły "się" przy czasownikach zwrotnych, powtórzone wyrazy... dawno nie czytałam tak kiepsko zredagowanej książki.

A jednak Fałdka niewątpliwe ma zalety - opowiada o bezwarunkowej miłości  w relacji rodzic-dziecko, o wierze w nierozerwalność więzów małżeńskich, o odwadze, potędze nauki i umiłowaniu Szekspira przez autorkę. Niewątpliwym plusem jest też nowatorska, jak na tamte czasy, fabuła.
Fragmentami czyta się Fałdkę bardzo dobrze, jednak przez większość czasu tekst płynął sobie obok mnie. Chyba sięgnęłam po tę lekturę zbyt późno i nie potrafię jej właściwie docenić.

Czasem mam nieodparte wrażenie, że coś, co należy do dzieciństwa, powinno w dziecinnej sferze pozostać, jednak zaraz się reflektuję, że nadal mnie bawi szukanie w książkach różnych zwierzątek z moją małą siostrzenicą, a Toliny pochłaniałam z niegasnącym uśmiechem na twarzy. Opowieści z Narnii po raz pierwszy czytałam w wieku lat ok. 11, po raz ostatni trzy lata temu i znów mnie do nich ciągnie. A na dźwięk piosenki Limahl cofam się w czasie do lat '80, kiedy zakochiwałam się w fantasy...

Ocena: 3/5
tytuł oryginału: A Wrinkle in Time
tłumaczenie: Zofia Kierszys
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 165
oprawa: miękka
cena z okładki: 15 PLN
jak do mnie trafiła: zakupiona na Allegro, cena 14 PLN
Na osłodę piosenka mojego dzieciństwa:

sobota, 26 lutego 2011

Mort - Terry Pratchett



Mort pochodzi z rodziny winiarzy destylujących wino z zeszłorocznych winogron (zeszłoroczniaki to dość nietypowe rośliny, które sieje się w danym roku, a plony zbiera w zeszłym. Wino z zeszłorocznych winogron jest niezwykle cenione przez wróżbitów – dzięki niemu można przewidywać przyszłość. Niestety wiąże się to z potężnym kacem dzień przed wypiciem, którego może wyleczyć jedynie ogromna porcja trunku). Ma 16 lat, serce na miejscu, rude włosy i piegi, mózg też raczej ma, jednak ma też bardzo poważną wadę: umie czytać.

W Owczej Wólce ma odbyć się jarmark rzemiosł (targi pracy), ojciec kupuje więc Mortowi nową szatę (mającą akurat dość miejsca by ten mógł swobodnie dorastać – pod warunkiem, że zamierzał wyrosnąć na dziewiętnastonogiego słonia) i rusza na miejsce, instruując syna, jak ma się prezentować, by zapewnić sobie zatrudnienie. Jarmark trwa do północy, jednak nikt nie proponuje Mortowi opierunku, ten nie traci jednak nadziei i czeka, aż przebrzmią ostatnie uderzenia zegara obwieszczającego Nowy Rok. Śmierć (przez duże Ś) zatrzymuje czas i, po krótkiej rozmowie kwalifikacyjnej, Mort zostaje jego terminatorem.

Jak myślicie – co może się zdarzyć, jeśli rolę Śmierci zacznie pełnić chłopak z sercem po właściwej stronie, nieśmiały i w dodatku umiejący czytać? No… wiele rzeczy, faktycznie. Ten konkretny jednak, już podczas swojej pierwszej misji, zakochuje się w księżniczce, której klepsydra jest już praktycznie pusta, i, ratując jej życie (niepomny ostrzeżeń, iż nie ma sprawiedliwości , jest tylko śmierć), zmienia bieg historii. Mort musi wszystko odkręcić, zanim Śmierć (przebywający na wakacjach i szukający pracy w innej branży) się zorientuje, no i, oczywiście, zanim będzie jeszcze gorzej…

Brawurowa – to określenie idealnie pasuje do tej części opowieści o Świecie Dysku. Szydercza – o, to jest jak ulał. Nieprzewidywalna – trafiony-zatopiony! A wiecie, jak ma na imię koń Śmieci? Bestia zionąca ogniem? Przerażający ogier piekielny? Otóż ta budząca grozę bestia nosi dumne imię Pimpuś :D


Ja naprawdę chcę znaleźć jakieś minusy. Uchybienia. Napisać – oj, kiepsko z Panem, Panie Pratchett, sir…. ale nie mogę! Kiepsko z Panem, Panie Pratchett, sir, nie można się przyczepić do Pana ani trochę…

Widać, że autor dopiero się rozkręca, że nieco brakuje Mortowi do poziomu Straż! Straż!, ale mi to już nie przeszkadza. Stosunkowo niski, jak na Pratchetta, poziom, jest jednak nadal poziomem, którego i tak nie osiągnął np. Pan Utkin, mimo, że bardzo tego chciał. Widocznie nie wystarczy mieć poczucie humoru, trzeba je jeszcze umieć ubrać w słowa i osadzić w wiarygodnej krainie – np. na Dysku.

Zamieszkałam na Dysku i długo go nie opuszczę.

Ocena: 4,5/5
tytuł oryginału: Mort
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 314
oprawa: miękka
cena z okładki: 112 000 PLN ;)
jak do mnie trafiła: zakupiona na Allegro, cena 16,99

Zbrojni - Terry Pratchett

Witajcie w Ankh-Morpork, Grodzie Tysiąca Niespodzianek, „kraina wielkie możliwości”*, gdzie „nawet g… (fekalia) ma swoja ulica”*. Mieście, którego mieszkańcy bywają geograficznie rozbieżni na półkuli finansowej. Mieście, w którym za zbrodnię winowajcy musi być wymierzona kara. „Jeśli ów konkretny zbrodniarz winowajca zostanie uwzględniony w procesie karania, jest to szczęśliwy przypadek, ale jeśli nie, to wystarczy dowolny zbrodniarz, a że każdy niewątpliwie był winien jakiegoś przestępstwa, to w sensie ogólnym sprawiedliwość tryumfowała.”* Mieście, gdzie działa wyłącznie przestępczość zorganizowana. Mieście, gdzie nawet psy i żebracy mają własne Gildie.


Kapitan Vimes wkrótce się żeni, trzeba więc będzie kogoś mianować jego zastępcą. Tylko kogo? Fred Colon to urodzony sierżant. Nobbs… nie! A może kapral Marchewa? W końcu ma krsimę. Charyzmę. Jedną z nich. Trudna decyzja, a czas ucieka nieubłaganie.



Zostań prawdziwym mężczyzną w Straży! Straż Miejska potrzebuje ludzi!* Patrycjuszowi zależy na tym, aby wśród nich znaleźli się przedstawiciele mniejszości etnicznych Ankh-Morpork. Do znanych nam już z tomu Straż! Straż! strażników miejskich dołączają więc młodsi funkcjonariusze Detrytus – troll, Cuddy – krasnolud (urodzony naturalnie, nie przez adopcję), oraz Angua – kobieta (no może z wyjątkiem jednego tygodnia  w miesiącu :P ). Krasnolud (urodzony przez adopcję, nie naturalnie) Marchewa ze łzami w oczach odbiera klątwę i rozpoczyna się szkolenie rekrutów.
Zło jednak nie próżnuje, a ulice podwójnego miasta to bynajmniej nie Pola Elizejskie. Obywatele giną w zadziwiający i niezarejestrowany sposób, a o przyczynie ich śmierci mógłby powiedzieć co nieco Leonard z Quirmu, gdyby akurat nie był zaginiony.

„Chubby nie był szczęśliwym smokiem.
Tęsknił za kuźnią. Całkiem mu się tam podobało. Miał tyle węgla, ile mógł zjeść, a kowal nie był człowiekiem okrutnym. Chubby niewiele pragnął od życia i dostawał to.
Potem przyszła ta wielka kobieta i wsadziła go do zagrody. (…)
Właściwie to nawet był zadowolony, kiedy nocą ktoś go stamtąd zabrał. Myślał, że wraca do kowala.
Teraz zaczynał sobie uświadamiać, że stanie się inaczej. Siedział w skrzynce, obijał się o ścianki i zaczynał odczuwać irytację…”*

Kto zostanie mianowany następcą Kapitana Vimes’a?Kto i po co porwał Chubby’ego? Czy Ankh-Morpork potrzebuje króla?

Moje kolejne spotkanie z Pratchettem jest chyba nawet bardziej udane,  niż poprzednie. Po nerwówce, jaką ostatnio miałam Zbrojni byli prawdziwym balsamem dla duszy – płakałam ze śmiechu, jednocześnie zmuszając umysł do wysiłku. Unikat. Niezły kawałek fantasy, rewelacyjna humoreska, wciągający kryminał – a wszystko na raptem 314 stronach. Nie mam się do czego przyczepić (już nawet okładka jest mi obojętna) – postacie prawdziwe, dialogi żywe, suspence, humor, rozbudowana fabuła, ciekawie wykreowany świat…

Nie wiem, jak ten facet to robi, ale niech to robi dalej!

Ocena: 5/5
_____________
*cytaty z książki
tytuł oryginału: Men at Arms
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 314
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: zakupiona w Empiku

Straż! Straż! – Terry Pratchett

Straż! Straż! – Terry Pratchett

Ci z Was, którzy już od jakiegoś czasu śledzą mojego bloga, zapewne wiedzą, że jest to moje drugie spotkanie z tym autorem, odwlekane zresztą bardzo, chyba z powodu okładek, które jakoś nigdy nie potrafiły mnie zachęcić. Pierwsze nasze spotkanie było totalnym fiaskiem – jakoś nie umiałam dostrzec oktaryny i nie skończyłam „Koloru Magii” – było aż tak źle. Jednak niedawno zawarłam z Enedtil układ: ona przeczytała swoją pierwszą książkę Christophera Moore’a, a ja podjęłam ponowną próbę zaprzyjaźnienia się z Sir Terrencem Davidem Johnem „Terrym” Pratchettem.

Po raz kolejny mgły rozstąpiły się ukazując mocno zużyty układ współrzędnych, a konkretnie podwójne miasto Ankh-Morpork znane mi już z „Koloru Magii”. Miastem włada Patrycjusz, Lord Vetinari, człowiek inteligentny, istny demokrata nie lubujący się w zbędnym okrucieństwie (w przeciwieństwie do niezbędnego). Wiele lat temu doszedł on do wniosku, że zalegalizowanie Gildii Złodziei i Gildii Skrytobójców przyniesie miastu zdecydowanie bardziej wymierne korzyści (obniży przestępczość do tej zabudżetowanej tylko), niż utrzymywanie Straży Miejskiej. Zawód strażnika stał się zatem niezbyt poważaną profesją wykonywaną jako konieczność, uwłaczającą godności, czy nawet stanowiącą karę. Ogłaszanie, że „Już dwunasta i wszystko jest w porządku” to podstawowy obowiązek Straży Nocnej (w liczbie 2 chłopa) pod wodzą kapitana Vimesa.

W odległej krasnoludzkiej kopalni złota żyje sobie Marchewa - krasnolud zgodnie ze słynną zasadą rezonansu morficznego, jednak człowiek zgodnie ze wszelkimi innymi zasadami, chłopak może nie błyskotliwy, ale za lojalny i posłuszny. Niestety, rezonans morficzny to za mało, aby mógł zostać w kopalnii, jego przybrany ojciec wysyła zatem do Patrycjusza list z prośbą o przyjęcie Marchewy na służbę w Straży Miejskiej. Prośba zostaje przyjęta, nasz krasnolud rusza więc pełen zapału, pilnie studiując „Prawa i Przepisy Porządkowe miast Ankh i Morpork”.

Świetliste Bractwo Hebanowej Nocy, tajne (i nie do końca legalne) stowarzyszenie, a raczej Najwyższy Wielki Mistrz, jako, że pozostali Bracia są raczej nierozgarnięci, pragnie władzy. A jak najprościej to osiągnąć? Oczywiście przywołując smoka. I to nie byle jakiego smoka a najprawdziwszego Draco Nobilis, jednego z tych legendarnych smoków, które nie wybuchają, za to śpią na złocie i żywią się dziewicami (o te w Ankh-Morpork może być trudno). Dodatkowo warto mieć na podorędziu dziewica… ekhem… dziedzica tronu, z magicznym mieczem oczywiście.

Draco Nobilis, przywołany z miejsca, do którego odeszły smoki (nie wiem dlaczego porównanego do puszki – takiej od sardynek) sieje spustoszenie, a Straż Nocna (tak, te pijaki, które nie powinny biegać, w każdym razie nie za często i nie za szybko), wspierana przez Lady Ramkin – „psychiczną” znawczynię i miłośniczkę smoków z arystokratycznym pochodzeniem, oraz Bibliotekarza z Biblioteki Niewidocznego Uniwersytetu (małpiszo… znaczy: Orangutana), podejmuje śledztwo.



Mam wrażenie, jakby „Kolor Magii” i „Straż! Straż!” zostały napisane przez innego autora – w pierwszej wymienionej książce poczucie humoru było ciężkie i aż mnie raziło, po odłożeniu jej nawet na chwilę natychmiast zapominałam, co przeczytałam – po prostu nie potrafiła mnie wciągnąć. Przy drugiej często uśmiechałam się pod nosem, a parę razy nawet się zaśmiałam w miejscu publicznym. Fabuła niby jednowątkowa, ale jednak ciekawie przemyślana,  bogata w zwroty akcji i zaskakujące momenty, a im bliżej końca, tym większe napięcie. I poczucie humoru! Chciałam tu zacytować jakiś fragment, ale nie potrafiłam się zdecydować, czy lepiej wybrać Marchewę zajmującego się gwardzistami, czy np. konwersację na temat prawdopodobieństwa powodzenia pewnego planu, albo… ehh, okrutna będę i nie zacytuję nic, o! Sami sobie przeczytajcie!

Jeszcze tylko słówko na temat wydania: na jakiś obłąkańczy sposób te okładki pasują jak ulał, ale nadal nie trafiają w mój gust. No i jakość wydania pozostawia wiele do życzenia – trzy dni w damskiej torebce, a okładka się powyginała i rogi zszargały, no i jakość papieru do wysokich nie należy. Powinni w Prószyńskim Pratchetta troszkę docenić, w końcu to Kawaler Orderu Imperium Brytyjskiego za zasługi dla literatury ;)


Jest źle. Powiem więcej: jest bardzo źle. Od 1983 roku Pan Pratchett wydaje średnio dwie książki rocznie. To mnóstwo tomów do nadrobienia. Ale dam radę, i Bob jest Waszym wujem.

Ocena: 4,5/5 (za okładkę)
tytuł oryginału: Guards! Guards!
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 301
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: zakupiona w Emiku
_________________________________________
dedykuję Enedtil i jej Paznokciom ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...