Pokazywanie postów oznaczonych etykietą comic fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą comic fantasy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lutego 2012

Tom Holt - J.W. Wells &Co.

Comic fantasy to dość specyficzny gatunek, który nie każdemu przypada do gustu. Nie dość, że ocieka groteskowym humorem, to jeszcze pełno w nim magii, dziwacznych postaci, które dokonują niedorzecznych czynów w świecie stanowiącym zwierciadlane odbicie naszego własnego - zapomniałabym dodać: oczywiście jest to krzywe zwierciadło - a rozwoju wydarzeń można się spodziewać pod warunkiem, że cierpi się na tę samą chorobę psychiczną, co autor... Osobiście cenię sobie ten chaotyczny korowód nieprzewidywalnych postaci uwikłanych w kuriozalne epizody w absurdalnym kontinuum czasoprzestrzennym.

Na brytyjskiego przedstawiciela tego nurtu, Toma Holta, natknęłam się niejako przypadkiem i pewnie przeszłabym obok niego obojętnie, gdyby nie to, że jego twórczość porównuje się do samego Terrego Pratchetta, a trzecią z kolei część cyklu o J.W. Wells & Co. poleca nie kto inny, jak Christopher Moore. W Polsce autor nie jest zbyt dobrze znany, nakładem Prószyńskiego ukazały się trzy pierwsze tomy JWW, Bellona wydała zaś jedną z jego powieści historycznych.

Przenośne drzwi
Paul Carpenter to, posługując się terminologią Ch. Moore'a, typowy samiec beta - niezbyt urodziwy, inteligentnym byście go nie nazwali, raczej fajtłapowaty, odwagą nie grzeszy, zaradność w jego wydaniu ogranicza się do unikania zepsutego jedzenia, jest pozbawiony jakichkolwiek godnych uwagi cech charakteru czy przydatnych umiejętności, a jego życie towarzyskie zwyczajnie nie istnieje. Pewnego dnia jego rodzice pakują cały swój dobytek, wyjeżdżają na Florydę, zostawiając tym samym syna bez środków do życia.

Poznajemy Paula w poczekalni firmy J.W. Wells & Co., gdzie czeka na rozmowę kwalifikacyjną. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że i tym razem mu się nie poszczęści - pozostali kandydaci wywierają zdecydowanie bardziej pozytywne wrażenie i na pewno są lepiej przygotowani do rozmowy. W sali konferencyjnej jego przypuszczenia nabierają realnych kształtów - nie umie odpowiedzieć na żadne z postawionych przez dość oryginalnie wyglądającą komisję pytań ( nie pomijając tych z kategorii: którego z członków swojej rodziny by pan zabił i dlaczego...). Jakież jest jego zaskoczenie, kiedy parę dni później znajduje w skrzynce na listy informację, że został przyjęty.

Po dopełnieniu formalności (jak np. podpisanie umowy objętością przywodzącej na myśl Biblię) zostaje zaprowadzony do gabinetu, gdzie wraz z poznaną w dniu rekrutacji chudą dziewczyną (Sophie), w której oczywiście zakochał się od pierwszego wejrzenia, stawia pierwsze kroki w dorosłym życiu segregując sterty nudnych arkuszy kalkulacyjnych. Co jest ciekawe, ani on, ani jego współpracownica, nie mają bladego pojęcia, czym właściwie zajmuje się chlebodawca, nie mają też śmiałości spytać... Prawda wychodzi na jaw sama, gdy pewnego dnia oboje nie opuszczają biura przed zaryglowaniem drzwi i stają oko w oko z faktycznymi właścicielami budynku przy St Mary Axe 70...

Śniło ci się
Paul i Sophie są w sobie zakochani, przy czym ona codziennie pragnie rozmawiać o ich związku, on zaś spodziewa się odrzucenia. Oboje nadal pracują w JWW, czemu zresztą nie należy się dziwić - w końcu umowa o pracę jest dożywotnia. Pewnego dnia każde z nich dostaje skierowanie na staż do innego działu - on ma zostać bohaterem pod okiem Rickiego Wurmtotera (który postawił mu lunch pierwszego dnia pracy i w dodatku wydaje się być jedynym sympatycznym członkiem zarządu), ona dostaje przeniesienie aż do Hollywood, by stamtąd wspierać dział PR pod kierownictwem hrabiny Judy di Castel'Bianco. Jego przeraża wizja walki ze smokami i przebijanie wampirów kołkiem, ona przed wyjazdem zrywa ich związek, tłumacząc to jego niedojrzałością.

Na szczęście bohaterstwo Paula zdaje się ograniczać głównie do wypełniania formularzy (nie licząc przypadkowego zabicia małego smoka) i wizyt w Banku Umarłych, jednak wokół niego dzieją się coraz bardziej dziwaczne rzeczy. Akcja odbicia Rickiego z lochów zamku ciotki Grendela kończy się fiaskiem, a sny Carpentera nie tylko stają się coraz bardziej przerażające, są one w dodatku coraz bardziej realne. Ponadto prześladuje go stary rower z przykrą alergią na imiona, który domaga się od Paula udzielenia ratunku mocno enigmatycznej "jej"...

Ziemia, powietrze, ogień i... budyń
Paul Carpenter nadal kocha Sophie, ona jego - niekoniecznie. Fakt, że ocalił świat nie przysporzył mu szacunku czy zaszczytów, których moglibyśmy się spodziewać. Życie przysparza mu coraz to nowych rozczarowań, których przyczyną mogą być jego uszy, albo całkowity brak pewności siebie. W dodatku kochliwość, która go charakteryzuje, stanowi niewyczerpane źródło upokorzeń i kłopotów.

Kiedy nowy członek zarządu, Frank, proponuje mu pozbycie się obecnego Paula Carpentera na dobre dzięki prostej magii skutecznej, Paul przyjmuje propozycję bez wahania i tym oto sposobem staje się Philipem Marlowe'em - swoim całkowitym przeciwieństwem. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że ktoś znowu dąży do zniszczenia świata, jakim go znamy, a Paul jest w końcu bohaterem...

Podsumowanie
Oprócz głównych postaci i firmy JWW poszczególne trzy części mają ze sobą wiele wspólnego: w każdej występują przenośne drzwi - urządzenie, które początkowo służy Paulowi do krótkich wypadów wakacyjnych w porze lunchu; w każdej z części Paul obowiązkowo umiera; w każdej części eliminowany jest jakiś członek zarządu; w każdej części Paul dowiaduje się o sobie czegoś absolutnie nieprawdopodobnego i odbierającego mu argumenty do niskiej samooceny (nieskutecznie); wszystkie trzy części zamieszkują nie tylko istoty ludzkie, spotkamy tu też gobliny, elfy czy duchy; w każdej części ktoś obowiązkowo musi wypić eliksir miłości; itd., itp...

Język autora jest raczej potoczny, choć podziękować należy tłumaczowi za złożone zdania i brak błędów stylistycznych, a wydawnictwu za brak literówek. Podobały mi się bardzo nawiązania do literatury - lekturą obowiązkową w pracy Paula jest Beowulf, na podłodze wala się faktura wystawiona na pana D. Graya za renowację starego portretu, a odniesień do Tolkiena nie podejmuję się zliczyć. Wiele jest również ukłonów w stronę Star Wars czy Star Trek, a także (za co autorowi pięknie dziękuję) do Doctor Who. 

Lektura jest bardzo równa, nie ma przestojów, co doskonale ukazuje pisarskie doświadczenie i dojrzałość autora. Stanowi to najsłabszą stronę serii - krótkie chwile ekscytacji pod koniec każdego tomu sprawiają, że nie tęsknimy za bohaterami tak bardzo, jak to się często dzieje w przypadku książek, gdzie przestój bywa na porządku dziennym. Plusem takiej jednostajności jest natomiast to, że można przeczytać tom po tomie trzy części cyklu w przeciągu tygodnia, nie znudzić się nimi i żałować, że nie ma się ich więcej pod ręką.

Z dwóch wspomnianych na wstępie pisarzy porównałabym twórczość Holta raczej do Christophera Moore'a, chociażby ze względu na tło - wielkie, istniejące w rzeczywistości miasto - jednak i pratchettowskie skojarzenia się nasuwają - np. nieco podobny sposób kreowania postaci. Są to jednak tylko luźne skojarzenia, bo Holt porównań do "wielkich" tego nurtu nie potrzebuje, może śpiewająco wybronić się sam.

Polecam przede wszystkim fanom comic fantasy!


sobota, 5 listopada 2011

Baranek - Christopher Moore

Christopher Moore to jeden z moich ulubionych autorów. Pisarz, którego się kocha lub nienawidzi. Mistrz absurdu, Amerykanin kpiący z przywar swojego narodu w sposób przerysowany, obrazoburczy, momentami odrzucający. Facet od książek postanowił wziąć na warsztat Jezusa Chrystusa, a ja, znając go całkiem nieźle, spodziewałam się bluźnierstwa zdolnego co najmniej konkurować z Teletubbies i Harrym Potterem, lub czegoś zgoła "gorszego".

Moja głodna czytelniczej herezji wyobraźnia została podsycona umiejętnie przez Moore'a już w pierwszym rozdziale, gdzie przywitała mnie postać anioła Raziela, znana mi już z Najgłupszego Anioła. Niewydarzony wysłannik Niebios ma za zadanie ożywić najlepszego kumpla Jezusa Chrystusa, by ten opowiedział o Zbawicielu ze swojej perspektywy.

Josh dorastając nokautuje Biffa, płata figle, nawet podkochuje się w Marii z Magdalii, jest ciekaw seksu, szuka sensu swojego życia i kontaktu z Ojcem. Moore nie byłby jednak sobą, gdyby nie wysłał Joshuy i Biffa w pełną przygód podróż w poszukiwaniu trzech mędrców, oświecenia i zrozumienia, podczas której Josh osiąga Nirvanę i uczy się pomnażać jedzenie, Biff zaś zgłębia tajniki Kamasutry - mądrość przeciwstawiona folgowaniu chuci tak charakterystyczne dla twórczości tego autora.

Chcecie wiedzieć dlaczego kłamliwe ewangelie nie wspominają ni słowem o najlepszym przyjacielu Jezusa Chrystusa? Nie dlatego, że był nieco nieokrzesany, rozwiązły i skory do bitki. Biff kochał Jezusa, wierzył w jego boskość i darzył go bezgranicznym zaufaniem i szacunkiem, do tego stopnia, że jaljo dje ojaoj  sda adag uojblo i za to właśnie Ewangeliści nie wspomnieli o nim ani słowem.

Czytając tę "apokryficzną" powieść pomyślałam, że mojemu ulubionemu prześmiewcy udało się nakreślić Jezusa w sposób wiarygodny, uczłowieczyć Go, nie tracąc przy tym nic ze swojego szalonego  i niepokornego stylu pisania. Jakoś lepiej mi się zrobiło, że u Moore'a Chrystus jednak nie stał się rozbójnikiem, rozpustnikiem albo gejem, był natomiast człowiekiem z krwi i kości, mającym wątpliwości, kierującym się sercem, popełniającym błędy i pokornie się na nich uczącym, kochanym i szanowanym człowiekiem, za którego mądrością, dobrocią, charyzmą i dobrym sercem poszły miliony.

Amerykański autor na swój sposób odtworzył nieznane lata z życia Zbawiciela, ukazując go w sposób, jaki jestem w stanie zaakceptować. Nie było Teletubbies, Raziel się, tradycyjnie, popisał bezdenną głupotą, ale Moore w moim mniemaniu herezji nie popełnił. Jak zwykle Facet od Książek stanął na wysokości zadania i nadal jest dla mnie królem prześmiewców, z bonusem do inteligencji i charyzmy.

Polecam!

Ocena: 4,5/5

Recenzje innych książek Christophera Moore'a znajdziecie tu
tytuł oryginału: Lamb: The Gospel According to Biff, Christ's Childhood Pal
tłumaczenie:
Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: MAG

liczba stron: 528

oprawa:
twarda w obwolucie

cena z okładki:
35,00
PLN
jak do mnie trafia: wymiana

poniedziałek, 27 czerwca 2011

W północ się odzieję - Terry Pratchett

Powtórzę po raz kolejny i na pewno nie ostatni, że do twórczości Sir Terry'ego Pratchett'a podchodzę z zapałem neofity i niesłabnącym zachwytem, więc nie jest dziwne, że W północ się odzieję trafiła na moją półkę.

"Skąd ten niesłabnący zachwyt?" zapytacie. Otóż, wiele jest w twórczości Pratchetta rzeczy nad którymi można się zachwycać.

Chociażby sposób konstruowania postaci. Powiedzenie, że główna bohaterka jest wyrazista, to jak stwierdzenie, że słońce świeci. Niby to prawda, ale słońce poza tym swoim świeceniem  robi przecież dużo więcej. A jakby tak pod uwagę wziąć jeszcze gwiazdy, to się nagle okaże, że całe niebo się jarzy, migoce, promieniuje, wspomaga fotosyntezę, stymuluje wydzielanie witaminy D i co tam jeszcze komu przychodzi do głowy. Tak i w Świecie Dysku przechadzają się zróżnicowane, żywe postacie, jeden jest dobry, drugi zły, trzeci wysoki chudy niski gruby, a czwarty... lepiej nie wiedzieć o nim zbyt wiele. O, na ten przykład w Kredzie, gdzie mieszka wielka ciut wiedźma, Tiffany Obolała, oraz: Nac Mac Feeglowie ze swoją keldą i Wielkim Gościem, Roland, Preston, Amber Petty i jej lubiący zaglądać do kieliszka krewki ojciec, a Kreda to przecież nic, w porównaniu z Ankh-Morpork. Skupmy się jednak na Kredzie.

Tuż po jarmarku "na który chodzi się z nadzieją zdobycia całusa, a jeśli ktoś naprawdę ma szczęście, to również obietnicy następnego"* (w skrócie zwanym "szorowaniem"), Tiffany, która bardzo, ale to bardzo potrzebuje snu, zostaje wezwana do domu państwa Petty, gdzie, rękami swojego zamroczonego alkoholem ojca, została skatowana do nieprzytomności trzynastoletnia Amber. We wsi rozbrzmiewa już kocia muzyka i tylko od miejscowej czarownicy zależy, jaki zbierze owoc. W takim wypadku trzeba się wykazać nie lada charakterem: odebrać ból dziewczynie widząc martwe dzieciątko, którego ta już nie przytuli do serca, i jednocześnie zdecydować o dalszych losach pana Petty'ego.
(...) kiedy dochodzi już do tego, że trzeba podjąć decyzję o życiu lub śmierci, decyzję podejmuje sama, gdyż jest czarownicą, a bywa, że nie jest to wybór między dobrem a złem, ale między złem a złem. Nie ma właściwych wyborów, są tylko... wybory.*
Jednak nie tylko przed takimi wyborami staje Tiffany każdego dnia. Czasem jej zadanie polega na pomocy umierającemu w przejściu na ten drugi świat. Tak właśnie dzieje się ze starym baronem, jednak nie każdy potrafi to zrozumieć. Innym razem wraz z Feeglami pomoże w sprzątaniu, a która gospodyni lubi, jak jej bałaganiarstwo wytknąć? Cóż, "trucizna trafia tam, gdzie trucizna jest przyjmowana"*, a jeden z bohaterskich czynów Tiffany z przeszłości obudził kogoś, kto najbardziej na świecie nienawidzi czarownic i zrobi wszystko, by zasiać tę nienawiść, gdzie tylko się da i skierować jej pełną moc na wielką ciut wiedźmę tych wzgórz.

Tiffany Obolała i inne czarownice są prześladowane gdziekolwiek się pojawią. Jaką decyzję i jakie ryzyko podejmie Tiffany, żeby zażegnać niebezpieczeństwo i odesłać prześladowcę tam, skąd przybył? I czy wielka ciut wiedźma kiedyś się wyśpi?

To chyba najmroczniejsza książka ze Świata Dysku, jaką miałam przyjemność czytać. Dużo tu zmagania ze śmiercią (a Śmierci jak na lekarstwo), tym razem na widelcu mamy przemoc domową, polowania na czarownice i lincze - nie za prosty owoc do zgryzienia, ale jednak warto. Zaraz za cierpką nutką kryje się słodycz pratchettowskiego humoru.

Na jednym z blogów widziałam stwierdzenie, że Pratchett napisał dark fantasy. Nie zgodzę się, nadal porusza się w swoim ulubionym gatunku, jakim jest comic fantasy, dodaje jednak sceny rodem z horroru. Oraz podróże w czasie. Oraz love story.
W dark fantasy nie ma miejsca na boffo i Feeglów, ale w comic fantasy znajdzie się miejsce na horror.

Jeśli zaczniemy każdą książkę tego autora rozkładać na czynniki pierwsze, szybko się okaże, że jest on nowym Kingiem, niektórzy doszukają się czystego science-fiction pozwalającego go ochrzcić ciotecznym wujkiem tego gatunku, innym spodoba się romantyczna nutka... Nie zapominajmy również o tym, że można by go okrzyknąć mistrzem kryminału zdolnym zdetronizować Agathę Christie. I to kolejna rzecz, dla której stałam się pratchettowską neofitką - ten autor jest tak oryginalny, że niemal braknie pomysłów, do kogo jeszcze go porównać.

Nie dajmy się zwariować i pozwólmy Pratchettowi bawić się (i nas) tak, jak to robił do tej pory. I nie zwlekajmy z tym, w końcu "Jak se tak bedziemy cekać, az juz prawie walniemy o ziemie i dopiero wtedy wyskocymy, to istowo wyjdziemy na guptaków."*

Ocena: 4,5/5
tytuł oryginału: I shall wear Midnight
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
liczba stron: 296
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
*cytaty z książki 

sobota, 11 czerwca 2011

Opowieści z Wilżyńskiej Doliny - Anna Brzezińska

Wioskowa wiedźma, Babunia Jagódka - córka swego ojca, czarnobrewa i gładkolica (oczywiście pod wpływem zaklęcia "młoda-i-piękna"), o miodowych oczach buzujących magią jest charakterną białką obdarzoną sarkastycznym poczuciem humoru i bystrym umysłem. Nie chcielibyście jej rozzłościć.

Na co dzień mieszka w chatce gdzieś głęboko w lasach Wilżyńskiej Doliny wraz z Kotem Wiedźmy, kozłem, magiczną studnią i nietopyrkami, gdzie upija się do nieprzytomności jałowcówką i, dla pewności, popija herbatkę "zrób-to-bez-obaw". Choć czuje się coraz bardziej stara i zmęczona, często można ją spotkać opodal wioski, hasającą nago z utopcami lub innymi osobnikami płci męskiej, czasem zaszywa się z nowym przyjacielem w chatce. Lepiej jej w tych drobnych przyjemnościach nie przeszkadzać, a i podglądać odradzam, gdyż wiedźma z Wilżyńskiej Doliny w gniewie szybka, nieprzewidywalna i nieubłagana.

Dobrze żyje z władyką, jak i, o dziwo, z plebanem. Wszyscy razem dbają, by w Wilżyńskiej Dolinie dobrze się działo i bezpiecznie żyło. Niechże się tylko jacyś grasanci, lub inni mnisi w okolicach sioła pojawią, a Babunia od razu bierze się do dzieła. Damskim bokserom też nie przepuści. Swatką być nie lubi, ale dla świętego spokoju swojego i swojego obejścia, i tego zajęcia się podejmie.

Pamiętaj tylko o jednym: ostrożnie wypowiadaj życzenia, bo mogą się spełnić...

Przy lekturze Opowieści z Wilżyńskiej Doliny uśmiałam się setnie, w zachwyt nad okolicznościami przyrody wpadłam, a i łezka w oku mi się zakręciła. Dziś już mamunów, strzyg i nocnic nie uświadczysz, dekoktu nikt Ci nie uwarzy, ani szklaplerzyka z ziołami nie da,  zwierzołaki... do kościoła chodzą, a dawni bogowie w Ameryce siedzą.

Opowieści to zbiór powiązanych ze sobą opowiadań, napisanych przez osobę zakochaną w starosłowiańskich wierzeniach, górach oraz średniowiecznym stylu życia, co aż promieniuje z książki. Przednia lektura, pełna humoru, skrzącej się złotej magii, ognistych charakterów, a także... nostalgii.

Nie będę się dłużej rozwodzić: POLECAM!

Ocena: 5/5
Wydawnictwo:  Runa
liczba stron: 373
oprawa: miękka
cena z okładki: 35,90 PLN
jak do mnie trafiła: SELKAR
cena: 29,50 PLN

niedziela, 17 kwietnia 2011

Dożywocie - Marta Kisiel

Marta Kisiel to początkująca autorka (na miano pisarki, zgodnie z jej własnymi słowami "trzeba sobie zapracować. Zasłużyć."), na której koncie znajduje się jedna książka (dwie następne w planach), oraz trzy opowiadania.

Enedtil nie tylko zachęciła mnie do sięgnięcia po tę pozycję swoją entuzjastyczną recenzją, a jeszcze mi ją pożyczyła, za co ślicznie dziękuję.

Konrad Romańczuk, pisarz, dostaje w testamencie od krewnego, o którego istnieniu dowiedział się po jego śmierci dzięki testamentowi właśnie, dwustuletnią, gotycką willę wraz z dożywotnimi lokatorami. Zajeżdża więc, uprzednio rozstawszy się ze swą byłą niedoszłą narzeczoną, przed swe nowe lokum wyładowanym po brzegi Tico w jedynym słusznym kolorze. Lichotka wydaje mu się idealnym miejscem, oazą, w której napisze dzieło swego życia. Mekka okazuje się podupadającym domiszczem z koszmarną przybudówką. A dożywotnicy to, ekhem, dość intrygujące indywidua.
Konrad nie miał już żadnych złych przeczuć ani wątpliwości. To one miały jego.
Pociągająca nosem istota bezsprzecznie była aniołem. W obszernym, długim za kolano T-shircie z Garfieldem, bamboszach i z najprawdziwszymi, porośniętymi jasnym puchem skrzydłami. Jego długie włosy, przypominające pocięty na cieniutkie paski celofan, migotały w świetle dnia, otaczając postać delikatną aurą.
No właśnie, pierwszym z dożywotników okazuje się Licho, najprawdziwszy Anioł Stróż śp pana Wincentego (budowniczego Lichotki), o mentalności i wyglądzie dziecka. Oprócz niego willę zamieszkują jeszcze: cztery utopce, gosposia domowa pod postacią pradawnego stwora z głębin odwiecznego zła przywołanego niegdyś, alleluja, przez bratanka pierwszego właściciela podczas dzikiego origami ze składaniem ofiar, widmo z tendencją do cielesności - czyli nieszczęsny panicz Szczęsny, oraz, jakby tego było mało: Zmora. Takie zestawienie indywidualności w tym samym domu może oznaczać tylko jedno: kłopoty, przy czym obrażenia ciała wydają się najmniej poważne, wziąwszy pod uwagę perfumowane reformy miejscowej obrończyni moralności, lub nową miłość seryjnego samobójcy. A wszystkiemu przygląda się z góry siła wyższa, mając przy tym całkiem niezły ubaw. Pytanie nasuwa się samo: kto tu jest dożywotnikiem?

Styl Pani Marty to produkt dzisiejszych czasów: radosny słowotok okraszony współczesnymi powiedzonkami, zdrobnieniami, zapożyczeniami z języka angielskiego, lekki, łatwy i przyjemny, co z początku uważałam za minus. Stanowi on jednak mocną stronę Dożywocia, coś, co w połączeniu z interesującym pomysłem na fabułę, wnikliwym spojrzeniem na otaczającą rzeczywistość i wrodzonym ogromnym poczuciem humoru sprawi, że Kisiel stanie się rozpoznawalną i interesującą pisarką (pod warunkiem, że napisze dziesięć książek i sto opowiadań), czego z całego serca życzę.

Warto wspomnieć również o postaciach, jako, że ich różnorodność charakterologiczna i wiarygodność stanowi kolejny bardzo mocny punkt powieści. Główny bohater to żywa postać, która przechodzi różne stany emocjonalne - od furii po apatię, obdarzony jest wręcz rodzicielskim poczuciem odpowiedzialności, poczuciem humoru, pewną dozą złośliwej przekory, czasem puszczają mu nerwy... Trójka miejscowych obrońców moralności, czy Szymon Kusy to również fascynujące indywidua, ale nie będę się nad nimi rozpływać - wolę tej przyjemności Wam nie odbierać.

Nadal brakuje na naszym rodzimym podwórku takich pisarzy, którzy potrafią stworzyć klimat oraz swój niepowtarzalny styl - świeży i intrygujący, nie będący mierną próbą doścignięcia zachodnich autorów. Marta Kisiel ma potencjał i mam nadzieję, że go wykorzysta.

Pani Marto, zapraszam do laptopa, niech Troll ślubny zajmie się, alleluja, sprzątaniem i całą resztą. Tu rzesze, śmiem twierdzić, przyszłych fanów czekają na drugą powieść, która miała być trzecią (i trzecią, która miała być drugą - również). Do dziesięciu nadal sporo brakuje ;)

Ocena: 4,5/5
Wydawnictwo: Fabryka Słów
liczba stron: 369
oprawa: miękka
cena z okładki: 31,90 PLN
jak do mnie trafiła: pożyczona od Enedtil
 
Wywiad z Martą Kisiel znajdziecie tu

sobota, 26 lutego 2011

Mort - Terry Pratchett



Mort pochodzi z rodziny winiarzy destylujących wino z zeszłorocznych winogron (zeszłoroczniaki to dość nietypowe rośliny, które sieje się w danym roku, a plony zbiera w zeszłym. Wino z zeszłorocznych winogron jest niezwykle cenione przez wróżbitów – dzięki niemu można przewidywać przyszłość. Niestety wiąże się to z potężnym kacem dzień przed wypiciem, którego może wyleczyć jedynie ogromna porcja trunku). Ma 16 lat, serce na miejscu, rude włosy i piegi, mózg też raczej ma, jednak ma też bardzo poważną wadę: umie czytać.

W Owczej Wólce ma odbyć się jarmark rzemiosł (targi pracy), ojciec kupuje więc Mortowi nową szatę (mającą akurat dość miejsca by ten mógł swobodnie dorastać – pod warunkiem, że zamierzał wyrosnąć na dziewiętnastonogiego słonia) i rusza na miejsce, instruując syna, jak ma się prezentować, by zapewnić sobie zatrudnienie. Jarmark trwa do północy, jednak nikt nie proponuje Mortowi opierunku, ten nie traci jednak nadziei i czeka, aż przebrzmią ostatnie uderzenia zegara obwieszczającego Nowy Rok. Śmierć (przez duże Ś) zatrzymuje czas i, po krótkiej rozmowie kwalifikacyjnej, Mort zostaje jego terminatorem.

Jak myślicie – co może się zdarzyć, jeśli rolę Śmierci zacznie pełnić chłopak z sercem po właściwej stronie, nieśmiały i w dodatku umiejący czytać? No… wiele rzeczy, faktycznie. Ten konkretny jednak, już podczas swojej pierwszej misji, zakochuje się w księżniczce, której klepsydra jest już praktycznie pusta, i, ratując jej życie (niepomny ostrzeżeń, iż nie ma sprawiedliwości , jest tylko śmierć), zmienia bieg historii. Mort musi wszystko odkręcić, zanim Śmierć (przebywający na wakacjach i szukający pracy w innej branży) się zorientuje, no i, oczywiście, zanim będzie jeszcze gorzej…

Brawurowa – to określenie idealnie pasuje do tej części opowieści o Świecie Dysku. Szydercza – o, to jest jak ulał. Nieprzewidywalna – trafiony-zatopiony! A wiecie, jak ma na imię koń Śmieci? Bestia zionąca ogniem? Przerażający ogier piekielny? Otóż ta budząca grozę bestia nosi dumne imię Pimpuś :D


Ja naprawdę chcę znaleźć jakieś minusy. Uchybienia. Napisać – oj, kiepsko z Panem, Panie Pratchett, sir…. ale nie mogę! Kiepsko z Panem, Panie Pratchett, sir, nie można się przyczepić do Pana ani trochę…

Widać, że autor dopiero się rozkręca, że nieco brakuje Mortowi do poziomu Straż! Straż!, ale mi to już nie przeszkadza. Stosunkowo niski, jak na Pratchetta, poziom, jest jednak nadal poziomem, którego i tak nie osiągnął np. Pan Utkin, mimo, że bardzo tego chciał. Widocznie nie wystarczy mieć poczucie humoru, trzeba je jeszcze umieć ubrać w słowa i osadzić w wiarygodnej krainie – np. na Dysku.

Zamieszkałam na Dysku i długo go nie opuszczę.

Ocena: 4,5/5
tytuł oryginału: Mort
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 314
oprawa: miękka
cena z okładki: 112 000 PLN ;)
jak do mnie trafiła: zakupiona na Allegro, cena 16,99

Zbrojni - Terry Pratchett

Witajcie w Ankh-Morpork, Grodzie Tysiąca Niespodzianek, „kraina wielkie możliwości”*, gdzie „nawet g… (fekalia) ma swoja ulica”*. Mieście, którego mieszkańcy bywają geograficznie rozbieżni na półkuli finansowej. Mieście, w którym za zbrodnię winowajcy musi być wymierzona kara. „Jeśli ów konkretny zbrodniarz winowajca zostanie uwzględniony w procesie karania, jest to szczęśliwy przypadek, ale jeśli nie, to wystarczy dowolny zbrodniarz, a że każdy niewątpliwie był winien jakiegoś przestępstwa, to w sensie ogólnym sprawiedliwość tryumfowała.”* Mieście, gdzie działa wyłącznie przestępczość zorganizowana. Mieście, gdzie nawet psy i żebracy mają własne Gildie.


Kapitan Vimes wkrótce się żeni, trzeba więc będzie kogoś mianować jego zastępcą. Tylko kogo? Fred Colon to urodzony sierżant. Nobbs… nie! A może kapral Marchewa? W końcu ma krsimę. Charyzmę. Jedną z nich. Trudna decyzja, a czas ucieka nieubłaganie.



Zostań prawdziwym mężczyzną w Straży! Straż Miejska potrzebuje ludzi!* Patrycjuszowi zależy na tym, aby wśród nich znaleźli się przedstawiciele mniejszości etnicznych Ankh-Morpork. Do znanych nam już z tomu Straż! Straż! strażników miejskich dołączają więc młodsi funkcjonariusze Detrytus – troll, Cuddy – krasnolud (urodzony naturalnie, nie przez adopcję), oraz Angua – kobieta (no może z wyjątkiem jednego tygodnia  w miesiącu :P ). Krasnolud (urodzony przez adopcję, nie naturalnie) Marchewa ze łzami w oczach odbiera klątwę i rozpoczyna się szkolenie rekrutów.
Zło jednak nie próżnuje, a ulice podwójnego miasta to bynajmniej nie Pola Elizejskie. Obywatele giną w zadziwiający i niezarejestrowany sposób, a o przyczynie ich śmierci mógłby powiedzieć co nieco Leonard z Quirmu, gdyby akurat nie był zaginiony.

„Chubby nie był szczęśliwym smokiem.
Tęsknił za kuźnią. Całkiem mu się tam podobało. Miał tyle węgla, ile mógł zjeść, a kowal nie był człowiekiem okrutnym. Chubby niewiele pragnął od życia i dostawał to.
Potem przyszła ta wielka kobieta i wsadziła go do zagrody. (…)
Właściwie to nawet był zadowolony, kiedy nocą ktoś go stamtąd zabrał. Myślał, że wraca do kowala.
Teraz zaczynał sobie uświadamiać, że stanie się inaczej. Siedział w skrzynce, obijał się o ścianki i zaczynał odczuwać irytację…”*

Kto zostanie mianowany następcą Kapitana Vimes’a?Kto i po co porwał Chubby’ego? Czy Ankh-Morpork potrzebuje króla?

Moje kolejne spotkanie z Pratchettem jest chyba nawet bardziej udane,  niż poprzednie. Po nerwówce, jaką ostatnio miałam Zbrojni byli prawdziwym balsamem dla duszy – płakałam ze śmiechu, jednocześnie zmuszając umysł do wysiłku. Unikat. Niezły kawałek fantasy, rewelacyjna humoreska, wciągający kryminał – a wszystko na raptem 314 stronach. Nie mam się do czego przyczepić (już nawet okładka jest mi obojętna) – postacie prawdziwe, dialogi żywe, suspence, humor, rozbudowana fabuła, ciekawie wykreowany świat…

Nie wiem, jak ten facet to robi, ale niech to robi dalej!

Ocena: 5/5
_____________
*cytaty z książki
tytuł oryginału: Men at Arms
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 314
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: zakupiona w Empiku

Straż! Straż! – Terry Pratchett

Straż! Straż! – Terry Pratchett

Ci z Was, którzy już od jakiegoś czasu śledzą mojego bloga, zapewne wiedzą, że jest to moje drugie spotkanie z tym autorem, odwlekane zresztą bardzo, chyba z powodu okładek, które jakoś nigdy nie potrafiły mnie zachęcić. Pierwsze nasze spotkanie było totalnym fiaskiem – jakoś nie umiałam dostrzec oktaryny i nie skończyłam „Koloru Magii” – było aż tak źle. Jednak niedawno zawarłam z Enedtil układ: ona przeczytała swoją pierwszą książkę Christophera Moore’a, a ja podjęłam ponowną próbę zaprzyjaźnienia się z Sir Terrencem Davidem Johnem „Terrym” Pratchettem.

Po raz kolejny mgły rozstąpiły się ukazując mocno zużyty układ współrzędnych, a konkretnie podwójne miasto Ankh-Morpork znane mi już z „Koloru Magii”. Miastem włada Patrycjusz, Lord Vetinari, człowiek inteligentny, istny demokrata nie lubujący się w zbędnym okrucieństwie (w przeciwieństwie do niezbędnego). Wiele lat temu doszedł on do wniosku, że zalegalizowanie Gildii Złodziei i Gildii Skrytobójców przyniesie miastu zdecydowanie bardziej wymierne korzyści (obniży przestępczość do tej zabudżetowanej tylko), niż utrzymywanie Straży Miejskiej. Zawód strażnika stał się zatem niezbyt poważaną profesją wykonywaną jako konieczność, uwłaczającą godności, czy nawet stanowiącą karę. Ogłaszanie, że „Już dwunasta i wszystko jest w porządku” to podstawowy obowiązek Straży Nocnej (w liczbie 2 chłopa) pod wodzą kapitana Vimesa.

W odległej krasnoludzkiej kopalni złota żyje sobie Marchewa - krasnolud zgodnie ze słynną zasadą rezonansu morficznego, jednak człowiek zgodnie ze wszelkimi innymi zasadami, chłopak może nie błyskotliwy, ale za lojalny i posłuszny. Niestety, rezonans morficzny to za mało, aby mógł zostać w kopalnii, jego przybrany ojciec wysyła zatem do Patrycjusza list z prośbą o przyjęcie Marchewy na służbę w Straży Miejskiej. Prośba zostaje przyjęta, nasz krasnolud rusza więc pełen zapału, pilnie studiując „Prawa i Przepisy Porządkowe miast Ankh i Morpork”.

Świetliste Bractwo Hebanowej Nocy, tajne (i nie do końca legalne) stowarzyszenie, a raczej Najwyższy Wielki Mistrz, jako, że pozostali Bracia są raczej nierozgarnięci, pragnie władzy. A jak najprościej to osiągnąć? Oczywiście przywołując smoka. I to nie byle jakiego smoka a najprawdziwszego Draco Nobilis, jednego z tych legendarnych smoków, które nie wybuchają, za to śpią na złocie i żywią się dziewicami (o te w Ankh-Morpork może być trudno). Dodatkowo warto mieć na podorędziu dziewica… ekhem… dziedzica tronu, z magicznym mieczem oczywiście.

Draco Nobilis, przywołany z miejsca, do którego odeszły smoki (nie wiem dlaczego porównanego do puszki – takiej od sardynek) sieje spustoszenie, a Straż Nocna (tak, te pijaki, które nie powinny biegać, w każdym razie nie za często i nie za szybko), wspierana przez Lady Ramkin – „psychiczną” znawczynię i miłośniczkę smoków z arystokratycznym pochodzeniem, oraz Bibliotekarza z Biblioteki Niewidocznego Uniwersytetu (małpiszo… znaczy: Orangutana), podejmuje śledztwo.



Mam wrażenie, jakby „Kolor Magii” i „Straż! Straż!” zostały napisane przez innego autora – w pierwszej wymienionej książce poczucie humoru było ciężkie i aż mnie raziło, po odłożeniu jej nawet na chwilę natychmiast zapominałam, co przeczytałam – po prostu nie potrafiła mnie wciągnąć. Przy drugiej często uśmiechałam się pod nosem, a parę razy nawet się zaśmiałam w miejscu publicznym. Fabuła niby jednowątkowa, ale jednak ciekawie przemyślana,  bogata w zwroty akcji i zaskakujące momenty, a im bliżej końca, tym większe napięcie. I poczucie humoru! Chciałam tu zacytować jakiś fragment, ale nie potrafiłam się zdecydować, czy lepiej wybrać Marchewę zajmującego się gwardzistami, czy np. konwersację na temat prawdopodobieństwa powodzenia pewnego planu, albo… ehh, okrutna będę i nie zacytuję nic, o! Sami sobie przeczytajcie!

Jeszcze tylko słówko na temat wydania: na jakiś obłąkańczy sposób te okładki pasują jak ulał, ale nadal nie trafiają w mój gust. No i jakość wydania pozostawia wiele do życzenia – trzy dni w damskiej torebce, a okładka się powyginała i rogi zszargały, no i jakość papieru do wysokich nie należy. Powinni w Prószyńskim Pratchetta troszkę docenić, w końcu to Kawaler Orderu Imperium Brytyjskiego za zasługi dla literatury ;)


Jest źle. Powiem więcej: jest bardzo źle. Od 1983 roku Pan Pratchett wydaje średnio dwie książki rocznie. To mnóstwo tomów do nadrobienia. Ale dam radę, i Bob jest Waszym wujem.

Ocena: 4,5/5 (za okładkę)
tytuł oryginału: Guards! Guards!
tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 301
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: zakupiona w Emiku
_________________________________________
dedykuję Enedtil i jej Paznokciom ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...