Czasem mam ochotę oderwać się od swojego "dorosłego" życia, znów przeżyć jakąś niesamowitą przygodę, chociaż w wyobraźni poczuć dreszczyk emocji, stać się na krótką chwilę beztroskim dzieckiem. Już od pierwszego spotkania z Zafonem przy okazji lektury Pałacu Północy wiem, że tego właśnie mogę się spodziewać po tym autorze, dlatego z radością sięgnęłam po Światła września, trzecią w dorobku Zafona książkę dla młodzieży.
Jest rok 1936,
Simone Sauvelle po śmierci męża zostaje praktycznie bez środków do
życia. Dzięki pomocy sąsiada udaje jej się dostać pracę jako
ochmistrzyni normandzkiej rezydencji Lazarusa Janna, wynalazcy i
właściciela fabryki zabawek. Pani Sauvelle wraz z dziećmi: 14-letnią
Irene i młodszym Dorianem wyjeżdża do Normandii. Podczas pierwszej
wizyty u gospodarza rodzina Sauvelle zostaje oprowadzona po części domu
pełnego przedziwnych mechanicznych zabawek. Dowiaduje się również o
dziwnej chorobie żony Lazarusa. Po pewnym czasie Irene zaprzyjaźnia się z
Hannah, kucharką wynalazcy, dzięki której poznaje Ismaela. Kiedy Hannah
zostaje odnaleziona martwa, Irene i Ismael postanawiają zgłębić
tajemnicę jej śmierci. Aby tego dokonać, będą musieli rozwiązać szereg
zagadek związanych z Lazarusem i jego żoną. źródło opisu: Wydawnictwo Muza, 2011
Podobnie, jak w Pałacu Północy fabuła okazała się dość przejrzysta i przewidywalna, co równoważył piękny (choć prosty) język i wręcz przepełniony magią styl autora. Mam czasem wrażenie, że Zafon opowiada historię już wcześniej istniejącą gdzieś na pograniczu mojej świadomości, jakby oblekał spektrum w ciało i przywracał światu nieco zapomniane postaci. Nie zaskakują mnie koleje losu zafonowych bohaterów, ale nie rozczarowuje mnie to, w końcu tę opowieść po prostu sobie przypominam - brak zaskoczenia staje się poniekąd naturalną częścią procesu poznawczego.
W przypadku Świateł września odczucia mam ambiwalentne: tę historię można było opowiedzieć w sposób pełniejszy, dodając pewne szczegóły, nieco rozciągając czytelnikowi przyjemność płynącą z lektury, albo wręcz przeciwnie - te niedopowiedzenia stanowią jej urok, działając na naszą wyobraźnię, pozwalając na stworzenie własnej wersji zdarzeń. Moje wewnętrzne dziecko ucztuje, dorosła ja zaś nie jestem ani rozczarowana, ani zachwycona.
Niedopowiedziana czy nie, książka urzeka i hipnotyzuje widmem dziecięctwa dawno utraconego, a jednak będącego na wyciągnięcie ręki, co oczywiście podsyca mój głód na twórczość Zafona, któremu mówię "Do przeczytania!".
Polecam!
Tytuł oryginału: Las luces de septiembre Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas Wydawnictwo: Muza, 2011 liczba stron: 256 oprawa: miękka
Ostatnio jestem zmęczona. Zmęczona paranormalami, zmęczona powieściami fantasy powielającymi tolkienowski schemat, zmęczona kryminałami, które już w pierwszym rozdziale zdradzają zakończenie. Nudzi mnie i męczy czytanie identycznych powieści o różnych tytułach i autorach, więc sięgam po sprawdzone tytuły, lub po omacku szukam czegoś innego, wychodzącego poza moją strefę bezpieczeństwa. Czasem korzystam w tych poszukiwaniach z podpowiedzi innych czytelników i tak było tym razem. P.S. Kocham cię miało być powieścią o życiu po śmierci męża i przyjaciela w wyniku choroby. Zdaniem osoby, która mi tę pozycję poleciła, to książka, którą czyta się z bólem serca. Ujrzałam w tej rekomendacji szansę na ucieczkę od mojego zmęczenia powtarzalnością.
Książkę charakteryzuje nierówna narracja: najpierw siedzimy głęboko w głowie Holly, głównej bohaterki opłakującej śmierć ukochanego męża Gerry'ego. Widzimy, jak bardzo samotne są dni i noce w pustym domu i brak wsparcia ze strony przyjaciół i rodziny (którzy PRZECIEŻ mają własne życie, nie zawsze usłane różami, czego hipokrytka-Holly jakoś nie dostrzega. Nie wspominając już o nieodbieraniu telefonów przez naszą osamotnioną disco divę, jak zwracał się do niej mąż...), i nie zajmują się nią non stop (a pisałam, że Holly ma 30 lat?). Pustkę w jej życiu wypełniają listy od zmarłego małżonka, który prowadzi swą infantylną żonę przez najcięższy okres pierwszego roku po swojej śmierci. Holly co miesiąc otwiera kopertę z nowymi wskazówkami: by kupiła lampkę nocną, nowy ciuch, poszła na imprezę. Każda z notatek (ciężko je bowiem nazwać listami) zawiera takie samo post scriptum: kocham cię. Może czytając nawet uronimy parę łez, choć wierzcie mi, film o tym samym tytule, stanowiący bardzo luźną ekranizację powieści Ahern, wyciska łzy jak cebula, tutaj mamy do czynienia co najwyżej z łzami towarzyszącymi ziewnięciu. Potem obserwujemy jej coraz bardziej
bezmyślne chichotanie i następują strony wypełnione literami chyba
jedynie w celu zwiększenia objętości książki, zdarza się czasem wizyta w
głowie Holly, ale zaraz przenosimy się na nią za sprawą wizyty u fryzjera, głowa, pijaństwo, głowa, ciuchy... wesołe wdowieństwo przerywa czasem myśl o Gerrym.
Ahern zabrakło chyba doświadczenia życiowego, by sprostać powiedzeniu "czas leczy rany". Ból i pustka po stracie męża na samym początku zostają nakreślone całkiem wyraźnie (jednakowoż w sposób rozczarowująco niegodny dłuższej refleksji), potem stopniowo słabną, niestety nie z uwagi na upływ czasu i leczenie duszy, a z uwagi na ciągłe powtarzanie tych samych frazesów. Nie wiem, jak Was, ale moich myśli w obliczu wdowieństwa i bezrobocia (to bezrobocie Holly to bardziej złożony problem, w który wolę nie wnikać, naprawdę) nie zaprzątałaby "spensive white dress" i zakrapiane dziewczyńskie wyjścia na miasto, których Holly co prawda nie pamięta, ale czuje się podczas nich samotna. Te "turbulencje" na wdowiej ścieżce Ahern nawet próbuje niwelować poprzez ciche dni między Holly, a jej przyjaciółkami, a nawet czymś na pozór depresji, ALE to nadal są jedynie strony wypełnione literami, nie emocjami.
Czego brakuje książce, posiada film. Jak już wspomniałam, jest to bardzo luźna ekranizacja. Akcja zostaje przeniesiona do Nowego Jorku zbędni członkowie irlandzkiej rodziny zostają zastąpieni przez matkę z problemami ze zdobywczynią Oskara Kathy Bates w tej roli (książkowa matka miała na imię Elisabeth, nie rozumiem zabiegu zmiany imienia na Patricia). Związek Holly i Gerry'ego zyskuje pikanterii, Gerry z przeciętnego pierwszego chłopaka robi się seksownym facetem w skórzanej kurtce i w dodatku śpiewającym (a to zasługa Gerarda Butlera, może nie utytułowanego, ale z pewnością apetycznego). Para poznaje się w Irlandii na wyprawie Holly w poszukiwaniu siebie. Holly w interpretacji oskarowej Hilary Swank zyskuje rumieńców, choć nadal jest dość infantylna i płytka. Fabuła zostaje dość mocno zmieniona czerpiąc tylko z najlepszych pomysłów Ahern. O ile epizod z księżniczką Holly z Finlandii został wykorzystany, to nie stał się on kanwą do żadnego programu telewizyjnego i Holly i dziewczyny nie zyskały dzięki temu swoich groupies, co w książce było drażniące.
No i czas a nie zużyta taśma filmowa leczy rany.
Książka po polsku pewnie tak samo męczy, jak w oryginale, bo nie spodziewam się, że tłumacz miał pole na dokonanie cudu bez uszczerbku dla wierności orygniałowi (a może się mylę?). Jak długo da się znosić głupawe chichotanie i jeszcze głupsze rozterki głównej bohaterki w jakimkolwiek języku? Powinnam była pozostać przy filmie i to Wam polecam.
Polski tytuł: P.S. Kocham Cię Pierwsze wydanie: 2004 Ekranizacja 2007, reż. Richard LaGravenese Hilary Swank, Gerard Butler
Czy Lisa Kudrow kiedykolwiek wyszła z roli Phoebe?
Macie tak czasem, że polski tytuł (lub tytuł w ogóle) skreśla jakąś książkę w Waszych oczach? Taką właśnie sytuację miałam z debiutancką powieścią Niffenegger w czasach, kiedy było o niej bardzo głośno. Miłość ponad czasem? czyli kochają się miłością wielką itd., nagle jedno umiera młodo, a drugie zapomnieć nie może i żyje wspomnieniami aż do śmierci w podeszłym wieku - pomyślałam - nie ma mowy! Najlepsze recenzje, ekranizacja, nawet rekomendacje BBC nie były w stanie mnie przekonać do zmiany zdania. A potem obejrzałam film.
Co ciekawe, nie była to pozycja z tych wgniatających w fotel, kreacje aktorów nie urzekły mnie jakoś specjalnie, muzyka czy scenografia nie zachwyciły szczególnie, fabuła zdała się aż za bardzo pogmatwana, akcja posuwała się naprzód raczej sennie, pomyślałam sobie jednak, że książka, na podstawie której ten "taki sobie" film powstał, musi być naprawdę niezła.
Poplątana historia trudnej miłości opowiadana jest równolegle i naprzemiennie przez Henry'ego i Clare i pokrywa okres blisko 40 lat. Mimo łączącej ich ośmioletniej różnicy wieku, ona poznała go jako sześciolatka (on miał w tej chwili 36 lat), dla niego ich pierwsze spotkanie miało miejsce w chicagowskiej bibliotece kiedy miał lat 28, a Clare 20. Brzmi skomplikowanie? Wbrew pozorom ta część historii nie jest tak zagmatwana, jak się wydaje, Henry cierpi bowiem na pewną chorobę, w wyniku której jest ciskany niczym piłeczka nie tylko w przestrzeni, ale również w czasie.
Niezależnie, jak rozłożone w czasie są perypetie miłosne artystki i bibliotekarza, ta książka porusza problem egoizmu w związku. Dojrzały mężczyzna wychowuje sobie żonę: kształtuje jej gust literacki, uczy języków, wyrabia poglądy; powoli z mentora staje się przyjacielem, ukochanym; sprawia, że kolejne spotkania stają się osią jej życia, przyczyną jej alienacji wśród rówieśników; kusi tajemnicą, nęci swoją dojrzałością, bez skrupułów uzależnia od siebie. Kiedy spotykają się jako osoby dorosłe, ona nieprzerwanie jest pod jego urokiem, on, na tym etapie swojego życia zupełnie jej nie znając, wskakuje w rolę przygotowaną przez swoją późniejszą wersję niczym w wygodne buty - teraz ma już dokąd wracać, ma kogoś, kto opatrzy rany, ma kochankę, powiernicę i wpatrzoną w siebie żonę, która bezkrytycznie go uwielbia. Całe ich wspólne życie podporządkowane jest jego przypadłości, jego problemom, on podejmuje decyzje, ona trwa przy nim niczym ta skała, czekając na niego, dbając o niego, egzystując u jego boku z jedynym pragnieniem: urodzić dziecko. Czy można ich relacje nazwać prawdziwą miłością?
Trudne dzieciństwo, alkoholizm ojca, własna ciężka choroba, ciągłe zagrożenie i niepewne jutro ukształtowały Henry'ego w taki, a nie inny sposób. Nie dziwią jego własne zmagania z butelką, toksyczny związek przed poznaniem Clare czy wybuchy agresji. Cały czas zastanawiałam się, ile prawdziwego siebie obnaża podróżnik w czasie przed swoją żoną. Czy jest czułym mężem, schorowanym nieszczęśnikiem, socjopatą, czy tracącym nad sobą panowanie awanturnikiem z bocznej uliczki? Jak odnajduje się w tym wszystkim Clare, której życie, niezależnie od obecności tajemniczego mężczyzny, również nie było usłane różami? Jaki będzie finał? Warto się przekonać osobiście.
Miałam rację: przeciętny film był ekranizacją naprawdę ciekawej powieści. Żonę podróżnika w czasie pochłaniałam łakomie, niemal całkowicie się w tej książce zatracając, przegapiłam nawet własny przystanek.
Polecam!
Tytuł oryginału: Time Traveller's Wife Tłumaczenie: Katarzyna Mallita Wydawnictwo: Świat Książki, 2004 liczba stron: 491 oprawa: twarda
Pat Peoples spędził w swoim mniemaniu dwa, dla świata jednak aż cztery, lata w niedobrym miejscu, zakładzie zdrowia psychicznego. Przez cały ten czas, przynajmniej ten czas, o którym Pat nam opowiada w swoim pamiętniku-liście do żony, ciężko pracował nad sobą, aby Nikki, dała mu szansę i tym samym zakończyła okres rozłąki. Zdaje sobie sprawę z tego, że był złym mężem, zawsze stawiał na swoim i w dodatku w czasie trwania małżeństwa przytył, ale bardzo się stara zmienić, być miłym człowiekiem, odbywa wielogodzinne treningi kształtujące nowe ciało, dużo czyta, a ataki miewa już tylko wtedy, kiedy w pobliżu pojawia się prześladujący go Kenny G.
Mama zdobywa nakaz sądowy i zabiera go do domu, by tam powoli powrócił do normalnego życia. Oczywiście będzie musiał brać udział w sesjach terapeutycznych, brać przepisane leki i przestrzegać pewnego ustalonego trybu życia, zdaniem lekarzy i rodziny polegającego przede wszystkim na pogodzeniu się z faktem, że Nikki już nie ma.
Najważniejszymi osobami w życiu Pata są despotyczny ojciec, zadowolony
jedynie, gdy jego ukochana drużyna futbolowa wygrywa i matka,
podporządkowana mu bez reszty. Pewnego dnia uzależniony od tabeli
wyników mały świat tej rodziny zostanie wywrócony do góry nogami z
pomocą tajemniczego przyjaciela i wielkiego telewizora.
Za sprawą przyjaciela z liceum, w podporządkowanej harmonogramowi treningów egzystencji Pata pojawia się Tiffany, która jest co najmniej równie pokręcona, jak on sam. W wieczór ich poznania proponuje mu seks, a kiedy on odmawia, wtula się w niego i płacze. Potem codziennie czeka na niego przed domem i przebiega za nim piętnastokilometrowe odcinki w całkowitym milczeniu. Co by Nikki pomyślała, gdyby wiedziała, że łazi za nim jakaś laska? Tiffany jest denerwująca i najwyraźniej chce od Pata czegoś bliżej niesprecyzowanego, ale jedyne, czego on chce od niej, to jak najszybciej się jej pozbyć. W tym celu zaprasza ją na randkę.
Nikki to Godot w żeńskiej postaci. Nie byłam do końca pewna, czy istnieje naprawdę, ani co się z nią stało, musiała w końcu być jakaś przyczyna czteroletniego odizolowania głównego bohatera, a autor nie podawał odpowiedzi na tacy. Pat z podziwu godną determinacją dążył jedynie do stania się godnym obecności ukochanej żony w jego życiu. Wierzył, że przyjdzie moment, w którym ona wróci, nie wiedział ani kiedy, ani w jaki sposób, ta wiara, pozytywne myślenie, było motorem dla zmiany, która się w nim przez lata rozłąki dokonywała.
Poradnik pozytywnego myślenia to wspaniała książka o sile nadziei, o tym, że nie można się poddawać, o przyjaciołach, którzy pomagają otrzepać się i iść dalej, i w końcu o miłości w różnorodnych postaciach: rodzicielskiej, braterskiej, romantycznej. To historia walki o zdrowie psychiczne człowieka, który nie do końca wie, co się z nim dzieje.
To studium stosunków międzyludzkich na różnych płaszczyznach, czego najlepszym przykładem może być obserwowanie oczami Pata strajku jego matki, zaskakujące, dziecinne wręcz, spojrzenie na małżeństwo rodziców; jej list, przypadkiem znaleziony przez syna rzucający na sytuację inne światło; postawa ojca stanowiąca jakże wyraźny, choć milczący, komentarz i w końcu nasza własna ocena, na luksus której pozwala nam Quick.
Bardzo inteligentnie napisana, zostawiająca czytelnikowi miejsce na refleksje, trzymająca w napięciu, pozytywnie zaskakująca swą nieprzewidywalnością, nużąca jedynie kibicowaniem drużynie futbolowej.
Zdecydowanie polecam i Poradnik... i pozytywne myślenie!
Tytuł oryginału: The Silver Linings Playbook Tłumaczenie: Maria Borzobohata-Sawicka, Joanna Dziubińska Wydawnictwo: Otwarte, 2013 liczba stron: 380 oprawa: miękka cena z okładki: 34,90 PLN
***
Ogromny minus dla wydawnictwa za rozpoczynanie rozdziałów zawsze od nieparzystej strony, szerokie marginesy, dużą czcionkę i odstępy między wierszami (płacimy wcale nie tak niską cenę za mnóstwo pustych stron i nieco wątpliwą estetykę).
Ileż ja się dobrego naczytałam o Meg Cabot, że taka błyskotliwa, że jej powieści są takie świeże... stwierdziłam, że i ja muszę się o jej wspaniałości przekonać inaczej, niż tylko oglądając ekranizację Pamiętnika Księżniczki (choć mam wrażenie, że mogłam go wcześniej czytać), jej najsłynniejszego dzieła. Na wspomniany Pamiętnik jestem już trochę zbyt dojrzała, ale przecież Pani Cabot pisze również dla starszych czytelniczek, i to w dodatku kryminały - tym oto sposobem trafiło do mojej biblioteczki Zabójstwo z lekką nadwagą.
Heather Wells ma trzydzieści lat, psa Lucy, lekką nadwagę i swojego wykładowcę matematyki z zajęć wyrównawczych na Uniwersytecie Nowojorskim, blond wegetarianina Tada, za chłopaka. Jest byłą gwiazdką muzyki pop, którą kochająca mamusia pozbawiła majątku, dorywczo pracuje u niespełnionej miłości swojego życia, a na pełny etat w Akademiku Śmierci - domu studenckim, gdzie doszło do kilku morderstw. W przedmiotowym Zabójstwie... ofiarą kolejnego z nich pada szef Heather, a ta będzie się starała pomóc policji w odnalezieniu sprawcy.
Wydawniczy fastfood nawet dla czytelnika z lekką gorączką, jakim dziś jestem: nad fabułą skupiać się nie trzeba - kręci się, wbrew oczekiwaniom, nie wokół poszukiwań zabójcy, a wokół śmieciowego jedzenia (w dużych ilościach) i seksu (w wersji dla starszych nastolatek), wysilać umysłu w poszukiwaniu rozwiązania zagadki też nie musimy - sprawcy domyśliłam się zanim na dobre wkroczył na scenę, chociaż Cabot nieudolnie próbowała zmylić czytelnika. To kuriozum koło kryminału mogło leżeć na księgarnianej półce. Humor jak z kiepskiego sitcomu, którego za rok nie będziesz pamiętać. Bohaterowie nakreśleni tak infantylnie, że to aż niewiarygodne, by autorka miała 40 lat w chwili ich tworzenia: główna bohaterka nie umie się skupić, kiedy w oczy jej się rzuca jakikolwiek kawałek męskiego ciała, albo na horyzoncie pojawia się dowolne jedzenie; mężczyźni przypominają koguciki - stroszą piórka i nic z tego nie wynika; kobiety, a już w szczególności Muffy, są stałe niczym światło stroboskopu.
Zapycha na krótko, pozostaje niesmak. Dokąd zmierzamy jako czytelnicy, skoro ktoś taki jest jedną z najpoczytniejszych autorek?
Moje pierwsze i na pewno ostatnie spotkanie z Meg Cabot. Wam też nie polecam.
Tytuł oryginału: Big boned Tłumaczenie: Elżbieta Steglińska
Wydawnictwo: Amber, 2008 liczba stron: 223 oprawa: miękka cena z okładki: 29,80 PLN
Steve'a Martina kojarzy nawet mój niedorozwinięty medialnie mąż, nie każdy jednak wie, że ten popularny aktor i reżyser jest też scenarzystą, felietonistą oraz pisarzem. Ja nie wiedziałam, więc odkrywszy w supermarketowym koszu z książkami po 2,99 PLN jego nazwisko byłam zaskoczona widząc na odwrocie również twarz. Pomyślałam sobie "Jeśli ten facet pisze tak, jak gra, to jest to książka dla mnie!".
Głównym bohaterem tej krótkiej powieści jest Daniel Pecan (od orzechów) Cambridge, były pracownik korporacji, którego wiek waha się w zależności od nastroju i towarzystwa od 29 do 38 lat. Lista zaburzeń psychicznych tego niedoszłego członka Mensy jest zapewne dłuższa, niż książka telefoniczna słonecznej Kalifornii, gdzie mieszka. Pewnego dnia jego esej o byciu przeciętnym Amerykaninem wygrywa konkurs zorganizowany przez producenta mrożonych jabłeczników i nasz protagonista wkracza na nowe tory swojej dość skomplikowanej egzystencji.
Tekst jest napisany z dużym poczuciem humoru, niesie też ogromny ładunek emocjonalny. Wybuchałam gromkim śmiechem i czytałam fragmenty mężowi, cały czas analizując postać Daniela, jego samotność, pragnienie bycia kochanym i akceptowanym, tak bardzo przecież ludzkie. Próbowałam postawić siebie na jego miejscu: w drodze do pracy szukałam prostopadłych podjazdów, by przejść na drugą stronę, uważałam też, by nie przekroczyć krawężnika i... nagle świat stał się ogromnie przytłaczający. "A gdyby tak Daniel mieszkał w Polsce?" pomyślałam i w okamgnieniu amerykański sen stał się nadwiślańską tragedią.
Myślę, że osoby lubiące "podwójne dno" w książkach nie będą zawiedzione, a wszyscy będą się dobrze bawić widząc oczyma wyobraźni Steva'a Martina, bo nie da się uniknąć takiej właśnie wizualizacji Daniela Cambridge, jadącego samochodem w dziwacznej pozie i ze spuszczonymi spodniami...
Tytuł oryginału: The Pleasure of my company Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Wydawnictwo: Albatros, 2007 liczba stron: 208 oprawa: broszurowa cena z okładki: 23,90 PLN
Przy poznawaniu nowych rzeczy umysł ludzki ma tendencję do wyszukiwania analogii do rzeczy już nam znanych, stąd twarz na księżycu, kłosy czy inne owieczki na niebie, Shire wygląda jak swojska wieś, mieszkańcy grzędowiczowego Kirenenu to wypisz wymaluj skrzyżowanie Arabów i Chińczyków... czasem jednak, bardzo rzadko, pojawia się książka, w której świecie przedstawionym nie tak łatwo dopatrzeć się znanych elementów, choć na pozór wydają się one oczywiste.
Miasto i Miasto to uhonorowana szeregiem nagród powieść, mogę to z pełną odpowiedzialnością napisać, utalentowanego brytyjskiego pisarza młodego pokolenia, Chiny Miéville'a. Książka pokonała mnie już dwukrotnie wracając w stanie napoczętym na półkę, przyszedł jednak moment, w którym miałam świeży i otwarty umysł oraz niezachwiane przekonanie, że tym razem to ja wyjdę zwycięsko z naszej konfrontacji. Z przyjemnością mogę powiedzieć, że warto było czekać na ten niesamowity thriller-fantasy-polityczno-egzystencjalny kryminał.
Gdzieś na Bałkanach toczy się śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa Mahalii Geary, amerykańskiej doktorantki na wydziale archeologii pracującej na wykopaliskach w Ul Quomie, której ciało zostaje odnalezione w Besźel. Narrator to doświadczony inspektor beszańskiej Brygady Najpoważniejszych Zbrodni, Tyador Borlú, który stara się rozwikłać tę politycznie zabarwioną zagadkę, jednocześnie oprowadzając nas po najdziwniejszym mieście świata. Besźel i Ul Quoma to dwa odrębne państwa, które, geograficznie znajdują się w tym samym miejscu jednocześnie stanowiąc niezależne politycznie, ekonomicznie, kulturowo, historycznie (choć to również jest dość skomplikowane) i lingwistycznie miejsca.
Pierwsze sto-sto pięćdziesiąt stron to wyjątkowo męczące zapoznawanie się z miastami - Borlú uczy czytelnika przeoczania tego drugiego miasta, próbuje nam uświadomić jak wygląda codzienność beszanina - niezauważanie samochodu wyprzedzanego na ulicy lub stojącego przed nami w korku; niedostrzeganie pociągu przejeżdżającego tuż za oknem naszego mieszkania; obojętne prześlizgiwanie się wzrokiem po "zagranicznych" budynkach, których nachalną obecność pomiędzy wierszami tylko ślepiec by przeoczył, że o ludziach nie wspomnę... Tu właśnie mój umysł próbował doszukać się analogii, jakoś zrozumieć
niezwykłość Besźel i Ul Quomy na bazie stolicy Niemiec. Próbowałam sobie
wyobrazić poprzeplataną architekturę Berlina Wschodniego i Zachodniego, próbowałam też "siłą wcisnąć" na miejsce Wschodniego w moim umyśle Warszawę, żeby chociaż skala była inna, co jednak oczywiste - nie
umiałam.
Miasta dzieli oficjalna granica z przejściem granicznym z prawdziwego zdarzenia. Po obowiązkowym, mozolnym szkoleniu zmierzającym do wytworzenia mechanizmu o przeciwnym wektorze niż wyuczony przez całe życie (czyli przeoczania swojego rodzinnego miasta, a postrzegania tego drugiego) można otrzymać wizę i przejść przez tę granicę w Hali Łącznikowej - budynku należącym do obu miast jednocześnie i stanowiącym jedyne miejsce, gdzie oficjalnie można widzieć jedno miasto będąc w tym drugim. Dojeżdża się do niej w Besźel (bo z Borlú tak właśnie podróżujemy) i wyjeżdża z niej w Ul Quomie tą samą ulicą noszącą inną nazwę w obu miastach, dostrzega się jednak inne budynki. Rodzina i znajomi stają się dla nas niewidzialni, możemy im wysłać kartkę z zagranicy, bowiem jest też druga granica, po p r z e k r o c z e n i u której - dostrzeżeniu swojego rodzinnego, w danej chwili jednak tego drugiego miasta - pojawia się Przekroczeniówka, złowroga i tajemnicza władza stojąca na straży odrębności dwóch miast.
Kiedy oswoiłam się już nieco z niezwykłością Besźel i Ul Quomy, historia ruszyła przed siebie nie dając chwili wytchnienia. Jest to świetnie napisana książka, choć momentami miałam wrażenie, że przy tej całej niezwykłości dwóch miast, potencjalnej możliwości istnienia trzeciego i groźbie pojawienia się Przekroczeniówki, akcja jest popychana do przodu dialogami. Nie przeszkadzało mi to jednak w żaden sposób. Myślę, że gdybym miała do czynienia z klasycznym kryminałem byłby on raczej kiepski, za political fiction nie przepadam, jako typowe s-f lub u-f powieść byłaby nudnawa i zmierzała donikąd, za mało dreszczy było na thriller, za to miks tych wszystkich gatunków sprawił, że długo nie zapomnę pobytu w Besźel/Ul Quomie, choć nie obawiam się, iż najprawdopodobniej bym przekroczyła.
Powołując się na moje stwierdzenie z poprzedniego tekstu
Czasem wydaje mi się, że jestem za stara na zachwyt nad książkami
okrzykniętymi światowym bestsellerem. Nie zbyt wymagająca, tylko za
stara właśnie i nie wiekiem, tylko czytelniczym doświadczeniem. (...) Zawsze przychodzi mi też w takich razach na myśl fragment wiersza Różewicza "Byli szczęśliwi dawniejsi poeci,
świat był jak drzewo, a oni jak dzieci". Sam wiersz porusza zupełnie
inną problematykę, jednak dla mnie zawsze pozostanie symbolem poznawania
literatury. Nie twierdzę, że zaliczyłam wszystkie drzewa na świecie, pewnie jakiś
dorodny baobab wykrzesałby iskierkę z mojej zatwardziałej dorosłości,
tylko, perkele, skąd ten baobab wziąć?
- znalazłam baobab i czułam się niczym dziecko - i Wam również polecam tę książkę jako coś innego, nieprzewidywalnego, innowacyjnego i... złowieszczego.
Tytuł oryginału: The City & The City Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2010 liczba stron: 392 oprawa: broszurowa cena z okładki: 39,90 PLN
To ja, typ niepokorny (wszak przecież nie "typka"), nie lubię bestsellerów. Mam na nie uczulenie i zwykle czekam, aż szum trochę przycichnie, a kolejny cud wydawniczy poleci mi zaufany czytelnik. Po Cień Wiatru sięgnęłam wiedziona rekomendacją teściowej.
Myślę, że przybliżanie Wam fabuły mija się z celem - w końcu książka została już zrecenzowana na milion możliwych sposobów, jakby tak poczytać więcej tekstów na jej temat, to pewnie i jakieś zgrabne streszczenie by można było z tego sklecić.
Mówi się o Cieniu wiatru, że jest magiczny, że zmienia
życie... Z magią w tej powieści ponoć zawartą zgadzam się bez mrugnięcia
okiem ni zająknięcia, ale żeby od
razu życie zmieniała?
Bez zbędnych wstępów: czytając chociażby początkową scenę, w której ojciec Sempere prowadzi swego dziesięcioletniego syna na Cmentarz Zapomnianych Książek kąpałam się w magicznej atmosferze, niemal w niej tonąc i takich scen w powieści nie brakuje; warto też nadmienić, że ciary idą po plecach (parafrazując i kolokwializując określenie "thrill the spine"), czyta się piorunem, jednak... od książki zmieniającej życie wymagam czegoś więcej niż historii o dorastaniu młodego bibliofila, demonicznej postaci jego prześladowcy i obfitości przesyconych tragizmem gorącokrwistych, hiszpańskich miłości.
Czasem wydaje mi się, że jestem za stara na zachwyt nad książkami okrzykniętymi światowym bestsellerem. Nie zbyt wymagająca, tylko za stara właśnie i nie wiekiem, tylko czytelniczym doświadczeniem. Jak widzę hasło "zmieniająca życie" to automatycznie cofam się do mych dziecięcych i nastoletnich fascynacji Lindgren, Tolkienem, Szekspirem, Marquezem czy Sapkowskim. Nic zresztą dziwnego, wtedy właśnie kształtował się mój gust, a oni zmieniali moje życieswoimi dziełami, ale to minęło i nie wróci więcej. Zawsze przychodzi mi też w takich razach na myśl fragment wiersza Różewicza "Byli szczęśliwi dawniejsi poeci, świat był jak drzewo, a oni jak dzieci". Sam wiersz porusza zupełnie inną problematykę, jednak dla mnie zawsze pozostanie symbolem poznawania literatury.
Nie twierdzę, że zaliczyłam wszystkie drzewa na świecie, pewnie jakiś dorodny baobab wykrzesałby iskierkę z mojej zatwardziałej dorosłości, tylko, perkele, skąd ten baobab wziąć?
Dziś nachodzi mnie smutna refleksja, że lekturą zmieniającą życie stanie się dla mnie prędzej publikacja typu Perfekcyjna Pani Domu, albo czytana wraz z siostrzenicą Encyklopedia kolorów zwierząt (naprawdę nie wiedziałam, że błazenek występuje w tylu wariantach kolorystycznych!), niż, skądinąd naprawdę warte przeczytania, powieści pokroju Cienia wiatru.
Polecam! Cudowne czytadło, chcę (i dostanę niedługo) więcej, ale trzęsienia ziemi czy innego przewrotu nie oczekuję.
Tytuł oryginału: La sombra del viento
Tłumaczenie: Beata Fabjańska - Potapczuk, Carlos Marrodan Casas
Wydawnictwo: Muza, 2005 liczba stron: 516 oprawa: miękka cena z okładki: 34,90 PLN
Nie twierdzę, że wróciłam - po prostu miałam wenę i chwilę czasu. Postaram się bywać tu częściej, bo już po przeprowadzce, ale w nowym gniazdku jest jeszcze mnóstwo pracy.Jest coś cudownego w zasłonce prysznicowej w roli drzwi do łazienki, myciu zębów najpierw pod prysznicem (przez pierwszy tydzień), a później przy zlewie kuchennym (do dziś) oraz żarówce wiszącej na przewodzie. Nawet rozkładane krzesło z popularnego skandynawskiego sklepu w charakterze kanapy ma swój nieodparty urok, lwią część którego stanowi tymczasowość. Bądźmy dobrej myśli i... do przeczytania!
Meandry ludzkiego umysłu, urojenia i życie w wyimaginowanym świecie zawsze mnie fascynowały. Co prawda opis wydawcy Czekając na Kolumba prawie natychmiast obudził skojarzenia z kultowym już K-Paxem lub rewelacyjną rolą Johnny'ego Deppa w filmie Don Juan DeMarco, jednak nie zraziło mnie to zbytnio. Coś mi mówiło, że pewnego dnia muszę poznać bliżej Kolumba.
Do szpitala psychiatrycznego trafia wyłowiony z morza człowiek z poważnymi
zaburzeniami osobowości. Lekarze i opiekująca się nim pielęgniarka będą starali się
odkryć, co spowodowało ucieczkę tego człowieka w wyimaginowany świat. Jednocześnie pewien paryski policjant podąża
śladem nieznanego mężczyzny, który potencjalnie może być niebezpieczny. Tajemniczy pacjent o nieodpartym uroku, samotna pielęgniarka w kwiecie
wieku oraz funkcjonariusz Interpolu walczący z demonami przeszłości -
wszystkie te osoby szukają prawdy o Kolumbie, każde z nich z innego
powodu i dla każdego z nich ta prawda może okazać się inna.
"- Podaj mi telefon! - krzyknął - Muszę zadzwonić.
- Co takiego? - odparła.
- Telefon do cholery! Posłuchaj, nazywam się Kolumb. Krzysztof Kolumb. Znam królową. Królową i króla. Oni mogą za mnie poręczyć. Mam za zadanie poprowadzić trzy statki na drugi koniec Morza Zachodniego. Zawarłem z nimi umowę, do cholery! Po prostu połącz mnie z nimi!
Chwileczkę, pomyślała Consuela. W jego głosie słychać było pewność, przekonanie i wiarę w to, o czym mówi.
- Chcesz spaść z krawędzi Ziemi? Chyba nie chcesz zginąć? - Consuela przeprowadziła swój mały eksperyment.
- Wiesz, że to nieprawda. Tylko największa ciemnota wierzy w te przesądy. Gdybyś była tak łaskawa i nie obrażała moje inteligencji, to postaram się zrobić to samo dla ciebie.
O cholera, pomyślała.
- Poinformuję doktora Fuentesa, że już pan nie śpi.
- Świetnie! I powiedz swojemu doktorowi, że czuję się wyśmienicie, że chce mi się lać i że nie jestem stuknięty."*
Mężczyzna podający się za Kolumba opowiada siostrze Consueli o pertraktacjach z koroną hiszpańską, o strachu przed inkwizycją i pogardzie dla ignorancji komisji uniwersyteckiej mającej wydać opinię o jego wyprawie, opowiada o przygodach w barach i restauracjach, kobietach swojego życia i miłości do królowej Izabeli. Część historii przedstawia z perspektywy pierwszoosobowej, część to narracja w trzeciej osobie, co często zaskakuje zarówno jego słuchaczkę, jak i jego samego. Wszystkie opowieści przesiąknięte są erotyzmem oraz dowodzą jego drobiazgowej znajomości biografii Krzysztofa Kolumba, są jednak elementy burzące obraz całości, dowodzące, że za fasadą słynnego nawigatora kryje się ktoś inny. Kim jest ten mężczyzna? Jakie traumatyczne wydarzenie tak silnie wstrząsnęło jego prawdziwą osobowością, że stał się Kolumbem? Pielęgniarka i lekarz prowadzący, a za sprawą śledztwa prowadzonego przez Emila również czytelnik, składają fragmenty układanki w całość.
Mimo, że warstwy fabularnej nie można
nazwać skomplikowaną, to osobiście odradzam natychmiastowe skreślenie
tej książki z listy "do przeczytania". Siłą powieści Trofimuka stały się
dla mnie liczne anachronizmy we "wspomnieniach" Kolumba przy
jednoczesnym zachwianiu ich linearności, oraz przeplatanie historii
kilku osób na różnych etapach ich życia. Z jednej strony, podobnie jak
Consuela, bardzo chciałam wierzyć Kolumbowi, z drugiej sprowadzały mnie
do rzeczywistości takie szczegóły jak rozmowy telefoniczne z królową
Izabelą, albo Kolumb umawiający się z kimś w Starbucksie w wigilię zaokrętowania na pokład Santa Marii. Te smaczki sprawiły, że przeczytałam tę historię z zaciekawieniem, że chciałam poznać prawdę, dowiedzieć się, co we "wspomnieniach" było prawdą, a co jedynie wyuczoną na pamięć częścią biografii słynnego podróżnika. Chciałam wiedzieć, co się przydarzyło Emilowi. Czekałam na rozwiązanie historii Consueli. Chciałam dowiedzieć się, co się stanie z Kolumbem, jeśli/kiedy fasada runie.
Książkę czytało mi się dobrze, fabuła była spójna, zaciekawiły mnie losy postaci (choć żadnej z nich raczej nie chciałabym zaprosić na sangrię), dopingowałam bohaterów w poszukiwaniach tożsamości Kolumba, jednak nie jest to lektura, którą będę pamiętać chociażby za rok. Lot nad kukułczym gniazdem czytałam 15 lat temu i dziś na pewno nie wyrecytuję Wam pierwszego rozdziału z pamięci, czy nawet nie przytoczę nieomylnie losów McMurphy'ego (zaryzykowałabym stwierdzenie, że wiem, jak się skończyło), ale jestem głęboko przekonana, że wracając do tej pozycji czułabym, jakbym ją odłożyła wczoraj. W przypadku Czekając na Kolumba na pewno tak nie będzie.
Czy warto? Myślę, że podobnie jak ja żałować nie będziecie, ale, jak mawia moja siostra, "szału nie robi".
*str. 16
tytuł oryginału: Waiting for Columbus tłumaczenie: Grzegorz Fraś Wydawnictwo: Prozami, 2011 liczba stron: 334 oprawa: miękka cena z okładki: 35,70 PLN
jak do mnie trafiła: wymiana
Moją wakacyjną tradycją jest, że sięgam po jakąś literaturę kobiecą. Nie jestem znawczynią gatunku, co nietrudno odgadnąć patrząc na moje półki, często więc zdaję się w tej kwestii na gust innych - tę książkę zyskałam w ramach wymiany. Moje rzymskie wakacje miały być lekturą lekką, łatwą i w miarę przyjemną. Było raczej lekko, zdecydowanie łatwo i niezbyt przyjemnie.
Główna bohaterka, Cat, nowojorska księgowa to pół Irlandka pół Włoszka. Zdawałoby się mieszanka wybuchowa, ale nie: Cat jest przewidywalna i nudna niczym flaki z olejem.
Poukładane życie, bezpieczna, dobrze płatna posada, uznanie ze strony szefów i rokroczne nagrody za frekwencję w pracy, brak marzeń, brak odwagi na ich posiadanie, brak planów na przyszłość, majątek: małe mieszkanko i aparat fotograficzny. Jedyną rzeczą, która wyróżnia ją w jakikolwiek sposób spośród tłumów innych takich Cat jest żal do nieżyjącej matki, która na pięć lat porzuciła swoją rodzinę. Pewnego dnia do tego schematu wkrada się jednak nagła Potrzeba. Potrzeba Zmiany. Nie bardzo rozumiem, skąd się takowa u Cat pojawiła, ale o tym za chwilkę.
Tak więc Potrzeba Zmiany się pojawia i tym sposobem Cat, z dużą pomocą koleżanki z pracy oraz mniejszą lub większą członków rodziny, rusza na miesiąc do Wiecznego Miasta, by tam odnaleźć siebie.
Pozwolicie, że się chwilę nad ową Potrzebą Zmiany zatrzymam, by sensu w niej poszukać. Otóż w dniu, kiedy młodsza o pięć lat siostra wychodzi za mąż, babcia upokarza Cat w oczach wszystkich zebranych w kościele gości, analizując jej życie miłosne, łącznie z dywagacjami na temat zachowanego "wianka". Później, w toalecie, nasza trzydziestoczterolatka podsłuchuje rozmowę kuzynek, która przygnębia ją do tego stopnia, że zaszywa się w restauracyjnej kuchni. Przycupniętą na beczce oliwy znajduje ją tam Michael, przystojny właściciel włoskiej knajpki, wyciąga z niej opowieść o właśnie przebytej gehennie i zaprasza na randkę. Kolacja z panem Evangelisti okazuje się więcej niż udana, poza zakończeniem - okazuje się, że do Michaela dzwoni teściowa, gdyż prawdopodobnie coś stało się z jego córką. Cat nie chce słyszeć nic więcej, odwraca się na pięcie i wychodzi.
Nie roztrząsa zbytnio rozczarowania, na dobrą sprawę odreagowuje je jedynie wysyłając maila do swojej wielkiej wakacyjnej miłości sprzed trzynastu lat, poznanego podczas pobytu w Rzymie Francesca. Koleżanka z pracy, podglądając przez ramię zawartość skrzynki mailowej, wmanewrowuje Cat w miesięczny wyjazd do stolicy Włoch. Zbieg okoliczności, a właściwie pasożytnicza siostra, sprawia, że lokum naszej bohaterki podczas jej rzymskich wakacji będzie mieszkanie dawnego ukochanego.
Intryga szyta tak grubymi nićmi, że musiała wyjść spod pióra poczytnej amerykańskiej autorki. O ile w Jedz, módl się, kochaj ucieczka Elisabeth od problemów życia w Ameryce jest zrozumiała, o tyle eskapizm Cat kupy się nie trzyma. Cóż ona takiego przeżyła? Matce wybaczyć nie umie na własne życzenie. Kolejnych partnerów rzuca sama, może bez powodu, ale to też w końcu jest powód: jak nie gra, to po co dalej w to brnąć? Dobra praca i mieszkanie stanowią treść jej życia. A że Michael okazał się żonkosiem szukającym przygód? Nie pierwszy, nie ostatni. Ta cała akcja rodziny i koleżanki bardziej przypomina chęć pozbycia się nudnawej Panny Doskonałej na jakiś czas (jedni mają dość niedzielnych śniadanek, drudzy wiedzą, że wyciągnęli z niej całą kasę, a trzeci chyba liczą na tegoroczną nagrodę za frekwencję), niż szczerą chęć udzielenia jej pomocy w sprawach życiowych.
Harmel próbuje od czasu do czasu rzucić nam jakiś ochłap logiki - a to niechęć głównej bohaterki do Audrey Hepburn i filmu Rzymskie wakacje, a to włoskie danie wjeżdżające na stół, a to nagle odkrytą pasję życiową i powalający talent Cat, która, jak na złość w tej chwili dostrzega jakąś "słodką" scenę na ulicy. Wykształcona, trzydziestoczteroletnia kobieta pracująca w korporacji używająca słowa "słodka"... "przepyszne"! (To też cytat.)
Irytuje mnie też schematyczność: Amerykanka po przejściach przyjeżdża do Włoch, spożywa to fantastyczne jedzenie i chodzi po zaułkach historycznego miasta, a tłum naładowanych testosteronem Włochów dosłownie się rzuca przed jej nogi. A nie można by czegoś nowego? Niechby w tym Rzymie jakiegoś Skandynawa poznała... bo i faktyczne zakończenie tej konkretnej książki idzie w stronę kolejnego stereotypu włoskich wakacji...
Nie rozumiem jeszcze wielu rzeczy w tej powieści, ale nie będę wszystkich roztrząsać, to nie jest wina tej książki, to po prostu ja za dużo wymagam nawet od lekkiego czytadła. Całe szczęście, że to się czyta jakieś 6 godzin, bo inaczej bym żałowała.
Jeśli moja opinia Cię nie zniechęca i chcesz wejść w posiadanie tej książki zapraszam na aukcję tu (do 19 sierpnia 2012).
tytuł oryginału: Italian for Beginners tłumaczenie: Agata Żbikowska Wydawnictwo: Otwarte liczba stron: 347 oprawa: miękka cena z okładki: 32,90 PLN
jak do mnie trafiła: wymiana
Wyobraźcie sobie, że w wieku jedenastu lat tracicie ojca w wypadku w kopalni, a matka pogrąża się w depresji tak głębokiej, że zwykle nie podnosi się z łóżka i nie jest w stanie zaopiekować się swoimi dwoma córkami. Państwo nie zapewnia świadczeń socjalnych, sąsiedzi żyją, podobnie jak wy, w skrajnej biedzie, dalszej rodziny nie macie. Taki los właśnie spotkał Katniss Everdeen cztery lata przed opisanymi w książce wydarzeniami. Kiedy ciężar utrzymania rodziny spoczął na jej barkach, dziewczynce brakowało kilku miesięcy do ukończenia dwunastu lat, kiedy mogłaby się zgłosić po pierwszy astragal (roczne zaopatrzenie jednej osoby w ziarno i olej). Ceną za tę "pomoc" jest dodatkowy los w dożynkowej puli. Jedna dodatkowa "szansa" na poniesienie śmierci ku uciesze znudzonej gawiedzi przed telewizorami. Katniss nie miała możliwości otrzymania nawet takiej pomocy, jednak nie poddała się, ponieważ pewien chłopiec rzucił jej przypalony chleb w chwili, kiedy śmierć głodowa stała się realnym zagrożeniem. "Głodowanie jest powszechne w Dwunastym Dystrykcie. Każdy widuje ofiary głodu. To starsi ludzie niezdolni do pracy. Dzieci ze zbyt licznych rodzin. Ofiary wypadków w kopalniach. (...) Głód nigdy nie jest oficjalną przyczyną śmierci. To zawsze grypa, wpływ warunków atmosferycznych albo zapalenie płuc. Nikt się na to nie nabiera."*
Pomoc syna piekarza dała Katniss nadzieję, którą dziewczyna przekuła w siłę, by pójść do lasu i zacząć kłusować - popełniać przestępstwo karane śmiercią. Tam spotkała Gale'a Hawthorne'a, dwa lata starszego chłopaka, którego ojciec zginął w tym samym wypadku. Po początkowym braku zaufania i dystansie ci dwoje stali się najlepszymi przyjaciółmi, dzieląc się wszystkim, co byli w stanie upolować. Gale zaczął nawet wspominać o wspólnej ucieczce, życiu w lasach z dala od Dystryktu Dwunastego.
Nazwa stworzonego przez Collins futurystycznego państwa powstałego na zgliszczach terytorium Stanów Zjednoczonych nie jest przypadkowa, jej geneza cofa się do starożytnego Rzymu, gdzie pospólstwo domagało się "panem et circenses" - "chleba i igrzysk". W trylogii Kapitol, stolica Panem, realizuje te postulaty w wyjątkowy sposób - Dystrykty zapewniają chleb, a co roku organizowane są Głodowe Igrzyska mające upamiętnić Poskromienie buntu i zrównanie z ziemią Trzynastego Dystryktu. Co roku każdy z ocalałych Dystryktów musi wyłonić w drodze losowania spośród dzieci w wieku od 12 do 18 lat jednego trybuta każdej płci. Na specjalnie przygotowaną do tego celu arenę wchodzi dwudziestu czterech trybutów, opuścić ją może tylko jeden zwycięzca.
Górniczy Dystrykt Dwunasty, najmniejszy i najbiedniejszy, w 73 dotychczasowych Igrzyskach doczekał się dokładnie jednego zwycięzcy - Haymitcha Abernathy'ego, pośmiewiska tłumów w upojeniu alkoholowym spadającego ze sceny, człowieka mającego być mentorem trybutów, jednak dbającego wyłącznie o swój kieliszek. Szanse Katniss na wygraną są więc znikome.
Potencjalnie jeszcze mniejsze szanse ma drugi z trybutów, Peeta Mellark. O ile tryb życia Katniss przygotował ją jako tako do przetrwania poza siatką ogradzającą Dystrykt, o tyle Peeta nigdy nie musiał polować, jego zdolności zawierają się w sile fizycznej, skądinąd imponującej, oraz sztuce kamuflażu przyswojonej dzięki dekorowaniu tortów w piekarni ojca.
Po raz pierwszy od dawna prosta z pozoru historia tak głęboko mnie poruszyła. Czytając trylogię miałam wrażenie, jakbym obierała cebulę - powoli zdejmowałam kolejne warstwy, a im więcej ich opadało, tym większe łzy toczyły się po moich policzkach. Internet aż grzmi od spekulacji na temat tego, czy Katniss powinna ostatecznie związać się z przyjacielem od polowań, czy z chłopcem z chlebem, jednak miłosne perypetie tej trójki to tylko dodatek do tego, czym są tak naprawdę Głodowe Igrzyska - rzezią na którą, ku uciesze mieszkańców Kapitolu, posłano 1800 dzieci w przeciągu 75 lat; rozgrywką polityczną, wręcz zabawą, która za pomocą nadziei na przetrwanie, ma utrzymać w ryzach wycieńczonych z głodu, wyzyskiwanych obywateli; najokrutniejszym w dziejach reality show.
Jeśli pierwsze warstwy "cebuli" nie zostały przez czytelnika dokładnie zdjęte już na początku, kiedy Katniss idzie na plac by wziąć udział w dożynkowym losowaniu, zaczyna się to dziać w pociągu do Kapitolu -środku transportu, o którym czytamy:
"Otrzymaliśmy własne pomieszczenia z sypialnią, garderobą i prywatną łazienka z dostępem do gorącej i zimnej bieżącej wody. W domu nie mamy ciepłej wody, chyba że sobie podgrzejemy. (...) Jeszcze nigdy nie brałam prysznica. czuję się tak, jakbym wyszła na letni deszcz tylko wyraźnie cieplejszy."*
Dalej Katniss udaje się na kolację, opisując każdą z potraw, jakimi po raz pierwszy w życiu może się bez ograniczeń delektować, kwestię pożywienia i czegoś jeszcze oddaje najlepiej fragment z przygotowań do prezentacji trybutów:
"Zastanawiam się jakby mi się żyło w świecie, w którym jedzenie zjawia się po naciśnięciu guzika. Jak spędzałbym czas, który teraz poświęcam na przeczesywanie lasu w nadziei na znalezienie pożywienia, gdyby było tak łatwo osiągalne jak tutaj? Co robią całymi dniami mieszkańcy Kapitolu, poza ozdabianiem ciał i wyczekiwaniem na kolejne dostawy trybutów skazanych na śmierć dla rozrywki widzów?
Podnoszę wzork i widzę, że Cinna patrzy mi w oczy.
- Musisz nami gardzić - mówi."*
Zdejmowanie kolejnych warstw staje się coraz trudniejsze, każda z nich odkrywa kolejny koszmar, z którym przyjdzie się uporać Katniss, jeśli uda jej się zwyciężyć w Głodowych Igrzyskach. Śmierć obcych osób, z którymi nigdy nie zamieniło się nawet słowa nie będzie chyba aż tak trudna, jednak nie wszyscy są nieznajomi.
"Do dziś wyczuwam związek między Peetą Mellarkiem, chlebem, który dał mi nadzieję, a kwitnącym mniszkiem, źródłem wiary w to, że nie jestem skazana na śmierć. Nieraz odwracałam się na szkolnym korytarzu i napotykałam spojrzenie Peety, który w tej samej chwili odwracał wzrok. (...) Gdybym kiedyś miała okazję mu podziękować, pewnie nie byłabym teraz tak rozdarta. (...) Teraz jest za późno. oboje trafimy na arenę i stoczymy walkę na śmierć i życie. Jak miałabym mu dziękować w takich okolicznościach? Raczej nie uwierzyłby w moją szczerość skoro jednocześnie próbowałabym poderżnąć mu gardło."**
"(...) już wyczuwam, że Peeta opracowuje plan działania. Nie pogodził się z losem. To oznacza, że dobry Peeta Mellark, chłopak, który podarował mi chleb będzie za wszelką cenę starał się mnie zabić."**
Miłość chłopca z chlebem może okazać się losem na loterii dla Katniss. Oto nieufna dziewczyna, która sama przyznaje, że niezbyt dobrze radzi sobie ze znajdowaniem przyjaciół, nagle staje się pożądana w oczach tłumów. Być może to pożądanie przełoży się na prezenty, chleb rzucany przez sponsorów na arenę dla podtrzymania ulubionych trybutów przy życiu. Czy Katniss i Peeta będą umieli odegrać rolę "nieszczęśliwych kochanków z Dwunastego Dystryktu" wystarczająco przekonująco? I jakie ewentualne korzyści przyniesie ta gra?
74 Głodowe Igrzyska zasieją w sercach obywateli Panem iskierkę nadziei, uczucia znacznie silniejszego od strachu.
Uważam, że dzieło Pani Collins zasługuje na zaliczenie w poczet lektur szkolnych. Świat się zmienia, kanon lektur pozostaje skostniały, pamiętam, że sama miałam problemy z docenieniem większości pozycji na liście obowiązkowej, a wychowywałam się w czasach, kiedy były 4 kanały telewizji, Internet w polskim domu był w powijakach, a w mojej rodzinie czytanie było formą odżywiania równorzędną z jedzeniem. To jest książka, która głęboko zapada w pamięć, można prowadzić niekończące się dyskusje na temat kwestii moralnych, wyborów do jakich zmuszają człowieka okoliczności, a opornym na wiedzę przy okazji wyszukiwania "słitaśnych fotek" Seneki Crane'a może rzucić się w oko trochę informacji o Senece Młodszym a nawet i Starszym, być może idąc tym tropem spojrzą też na imiona o klasycznym wydźwięku innych postaci.
Cała seria już za mną, mam jednak wrażenie, że to dopiero pierwsze jej czytanie w tym roku, może nawet miesiącu, ponieważ nie mogę przestać analizować faktów. Okazuje się, że bardzo oszczędna, sucha, pozbawiona refleksji relacja Katniss, którą na początku uważałam za minus, jest największą zaletą serii - ta historia żyje w nas, ewoluuje, nie daje spać, uzależnia. Pisząc ten tekst znowu odkryłam coś nowego. Prawdopodobnie nie będzie spoilerem podzielenie się tym przy okazji recenzji jednego z dwóch pozostałych tomów, ale na razie musicie mi uwierzyć na słowo.
POLECAM!
* str. 31, 43, 64
** str. 34, 58
tytuł oryginału: The Hunger Games tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz Wydawnictwo: Media Rodzina, 2009 liczba stron: 351 oprawa: miękka ze skrzydełkami cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: dolna półka w Auchan, 59 PLN/3 tomy
O ile w historiach o krwiożerczych stworach z innych planet, albo innych zmutowanych bestiach owładniętych morderczym szałem i grupce nastolatków stawiających im czoła li i tylko swą butną odwagą odnajduję zwykle powód do rzucenia książki, o tyle dobrze napisana historia o duchach to rarytas. Mimo, że prędzej uwierzę w stwory z kosmosu niż zjawy, to jednak te drugie czasem spędzają mi sen z powiek. Kiedy tylko zobaczyłam tytuł tej nowości na rynku wydawniczym, poczułam się zupełnie jak Cas, główny bohater "Anny we Krwi" - po prostu musiałam się tą sprawą zająć. Blake tyle obiecała samym tytułem: mroczną, gotycką tajemnicę zdolną sprawić, ze w dół kręgosłupa biegły mi zimne dreszcze...
Narracja prowadzona jest zblazowanym, nonszalanckim stylem właściwym dla stajni Marvel'a, którego fanką chyba jest autorka. U nich tak naprawdę nie ma ograniczeń fabularnych, idąc tym tropem tak właśnie postanowiłam więc tę książkę odbierać: komiksowy paranormal.
Historia Anny we Krwi, straszliwej zjawy z Thunder Bay w Kanadzie, zostaje opowiedziana przez łowcę duchów, siedemnastoletniego Tezeusza Cassio Lowooda. Ojciec, po którym Tezeusz odziedziczył swój fach oraz athame, został w bestialski sposób zamordowany przez wyjątkowo silnego ducha dziesięć lat wcześniej. Cas, jak zwracają się do niego przyjaciele, (których nie ma, bo prowadzi życie samotnika, przeprowadzając się wraz z mamą-wikkanką i kotem z miejsca na miejsce w pogoni za zjawami), zaintrygowany w sprytny sposób przez znajomego Stokrotkę z Nowego Orleanu, postanawia zmierzyć się z duchem dziewczyny zamordowanej w niewyjaśnionych do końca okolicznościach sześćdziesiąt lat wcześniej. Okazuje się, że istnieje jakaś siła, która nie tylko przykuła szesnastolatkę do jej domu, ale również pozwoliła jej zachować pełną świadomość swego położenia, jednocześnie zmieniając ją w bezwzględną morderczynię rozrywającą na strzępy każdego, kto przekroczy próg jej więzienia. Każdego, oprócz Casa, coś bowiem powstrzymuje ją przed rozdarciem jego ciała, nie zabrania jednak na jego oczach zrobić tego z jego nowo poznanym kolegą. Muszę przyznać, że była to najmroczniejsza i zarazem najciekawsza scena całej książki - opis Anny jako bogini śmierci spływającej ze schodów w ociekającej krwią sukni jest świetny.
Tezeusz kilkakrotnie próbuje rozmawiać z Anną, która w jego towarzystwie przemienia się w potulnego aniołka (bogini śmierci jednak nie zasypia, o czym nieomal przekonuje się jego przyjaciółka, Carmel), i wydobyć z niej tajemnicę jej śmierci po dobroci. Kiedy to się nie udaje, organizuje wraz z przyjaciółmi (których najwyraźniej jednak ma) seans okultystyczny, podczas którego...
W każdym razie okazuje się, że Anna we Krwi to tylko jeden z problemów, z jakimi się Tezeuszowi przyjdzie zmierzyć, dzięki czemu my możemy trochę się dowiedzieć o wudu - z niewielką (a właściwie wydatną) pomocą wujka Google'a.
Z przykrością wielką muszę stwierdzić, że trend nekrofiliczny nie przeminął. Tezeusz Cassio, pogromca duchów, naturalnie się musiał w zjawie Annie zakochać, co oczywiście nieco komplikuje sprawę: "Nie ciesz się tak - mówię. - Zabiję cię tylko trochę."*.
Obiecałam sobie jednak potraktować tę pozycję z komiksowym przymrużeniem oka - kiepska z tego karykatura Buffy, do "Ghost Busters" też się nie umywa, a i ta miłość taka przerysowana, wyluzowanym tonem z lekką nutką ironii wyznawana, że aż zabawna - jako czytelnik odbiera się ją prawie jak "pies z kreskówki na widok wózka z hot dogami."*. Bo gdyby tak przeanalizować ją na poważnie... oj, strach się bać!
* cytaty z książki, strona 301
tytuł oryginału: Anna Dressed in Blood tłumaczenie: Grzegorz Komerski Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012 liczba stron: 319
oprawa: miękka
cena z okładki: 34 PLN
W odpowiedzi na Twój list, choć, ze względu na dziwny komunikat na kopercie ("O obscenicznych przesyłkach powiadom natychmiast swojego glistonosza"), nie mogę mieć pewności, czy rzeczywiście Ty go wysłałeś, muszę Ci opowiedzieć o sieci dziwnych wydarzeń, w którą wplątał mnie Pierce czyniąc współwykonawczynią swojego testamentu. W innych okolicznościach pewnie nawet bym nie zwróciła uwagi na kopertę, ale w chwili obecnej sama już nie wiem, komu i czemu mogę wierzyć, wiem za to na pewno, że wszyscy jesteśmy częścią jakiejś ogromnej mistyfikacji (a może to ja jestem jej celem, podczas gdy wszyscy wokół są w pełni świadomi tego, co się naprawdę dzieje?).
Wszystko zaczęło się w "Ekranie", knajpce z elektroniczną muzyką na żywo, gdzie poszliśmy z Metzgerem. Klientelę stanowili głównie pracownicy Yoyodyne, która też należała do Pierce'a (mam coraz silniejsze przeczucie, że Inveriarty był właścicielem całego San Narciso i nie tylko). Okazało się, że Yoyodyne ma swoją własną pocztę, z której każdy musi skorzystać przynajmniej raz w tygodniu. Trochę to dziwne, nie uważasz? Potem w toalecie damskiej znalazłam ogłoszenie, którego autorka radziła pisać przez ŚMIETNIK, a pod ogłoszeniem narysowany był tajemniczy symbol (teraz już wiem, że to trąbka pocztowa zatkana tłumikiem), co wydało mi się jeszcze bardziej podejrzane.
Mam jakieś surrealistyczne przeczucie, że z tym wszystkim ma związek tajemnicze Trystero, które się wszędzie przewija - nawet w sztuce Wharfingera "Tragedia kuriera", na którą poszliśmy z Metzgerem, żeby się dowiedzieć, o co chodzi z kośćmi żołnierzy z jeziora i jak ta historia łączy się z filtrami do papierosów (to długa historia, opowiem Ci ją po powrocie).
Chętnie poszłabym do doktora Hieronimusa, może on pomógłby mi to jakoś poukładać, ale coraz mniej odpowiadają mi jego metody. Czy wiesz, że znów proponował mi LSD? Wiem, że jego paranoja przy rozmiarach mojej jest niewielka, ale to chyba jednak przesada?
Powoli zbliżam się do prawdy, być może następny list wyślę przez ŚMIETNIK?
Twoja,
Edypa
***
Taki list zapewne mógłby wyjść spod ręki Edypy, głównej bohaterki powieści czołowego twórcy postmodernistycznego, Thomasa Pynchona. Jeśli wydał on się Wam zagmatwany, niejasny i co najmniej dziwny, a uczucia te zwykle obniżają Waszą ocenę jakiejkolwiek książki, powinniście tej pozycji unikać jak ognia. Jeśli jednak uznacie, że taki poziom paranoi w literaturze Wam odpowiada, a nawet jesteście gotowi na więcej - nie zwlekajcie - może się okazać, że Pynchon stanie się jednym z najbardziej cenionych przez Was twórców. Jako dodatkowy atut może posłużyć fakt, że umiejętności Pynchona do przeplatania literackiej fikcji z prawdą historyczną są wprost nieograniczone, dzięki czemu, przy odrobinie wiedzy ogólnej, czytelnik zasiada do wyrafinowanej uczty intelektualnej, z każdym kęsem coraz bardziej podziwiając kucharza.
Podsumowując: przyjemność z czytania jest wprost proporcjonalna do sumy tolerancji paranoi i wiedzy ogólnej czytelnika.
Zdecydowanie polecam!
tytuł oryginału: The Crying of Lot 49 tłumaczenie: Piotr Siemion Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2009 liczba stron: 224
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: Selkar, 27,00 PLN
Niechęć do nowości wydawniczych, a tym bardziej "światowych bestsellerów", "sprzedanych w milionach egzemplarzy" powoli przybiera u mnie formę fobii. Jeśli widzę hasło "nareszcie w Polsce" profilaktycznie odwracam się od półki sklepowej i chwytam coś ze starej, dobrej gwardii i zwykle jest to bardzo dobre posunięcie. Szum wokół powieści Carolyn Jess-Cooke w ubiegłym roku był przeogromny - bilbordy, plakaty, pochlebne recenzje, konkursy, rzadko się zdarza, że reklamy nowości wydawniczej człowiek nie znajduje jedynie we własnej lodówce (ja po drodze do pracy mijałam ich co najmniej pięć), co działało na mnie jak przysłowiowa płachta na byka, a i wszechobecna anielska tematyka raczej nie zachęcała mnie do zapoznania z jej treścią.
Jak od każdej reguły zdarzają się wyjątki, tak pośród współczesnych światowych bestsellerów trafiają się całkiem przyzwoite pozycje, chociaż ciężko je w romantycznie nadprzyrodzonym tsunami wychwycić. Zawsze przy mnie stój to jedna z takich pozycji.
Powieść Cooke opowiada historię Margot Delacroix, której przypadło w udziale być swoim własnym aniołem stróżem. Ruth, bo takie imię nosi w anielskim wydaniu, ciężko jest zachować neutralność - traktuje swoją misję jako szansę na naprawienie błędów z przeszłości, stara się odwieść swoją Istotę Chronioną od popełnienia tych samych błędów - wypowiedzenia w złości tych samych słów, pokochania nieodpowiednich mężczyzn, w końcu od ogromu bólu, przez który sama przeszła, sierocińca rodem z horroru, śmierci najbliższych, narkotyków zapijanych alkoholem, depresji poporodowej, kłopotów małżeńskich, błędów wychowawczych, ma nawet nadzieję wprowadzić jej życie na nowe tory. Podobnie, jak Margot w swojej własnej ziemskiej egzystencji, anioł-Ruth doznaje upadków, nie jest tylko bezstronnym obserwatorem - wielokrotnie leczy Margot z ran ciała i ducha, kocha, nienawidzi, nawet pożąda, traktuje swoją podopieczną jak dziecko, chce ją ukształtować.
Coraz częściej w nowościach wydawniczych upływ czasu w świecie opisywanym przez autora wyznacza głównie przewracanie kolejnych stron przez czytelnika - nie ma dojrzewania, nie ma refleksji, są tylko znaki zapełniające puste kartki. Tutaj tak nie jest. Ruth dorasta wraz ze swoją podopieczną i sama też ewoluuje. Mamy wrażenie, że od momentu narodzin Margot do znalezienia się obu bohaterek w Nowym Jorku rzeczywiście upływa 19 lat, rzeczy nie dzieją się wyłącznie "tu" i "teraz", zdarzenia mają swoje konsekwencje, kształtują osobowości postaci, wpływają na otoczenie. W drugiej fazie pobytu w Nowym Jorku drogi Ruth i Margot nie nakładają się już na siebie tak ściśle, jak teoretycznie powinny, co stanowi następstwo posiadania wolnej woli przez obie bohaterki. Cooke wyszła też poza ramy "usłanego różami" życia zbuntowanej panienki, czyniąc życie Ruth-Margot wyboistą ścieżką z niebezpieczeństwami czającymi się na każdym kroku
Nie byłabym sobą, gdybym nie zauważyła jakichś mankamentów. Anielskie bytowanie Ruth miejscami jest jakby prowizorycznie posklejane z fabułą scotchem "bo taki był pomysł autorki" brakowało mi solidnego spoiwa, dzięki któremu nie wisiałby nad moją głową wielki znak zapytania - z jednej strony Ruth ma nie ingerować, z drugiej wielokrotnie ratuje Margot od śmierci; z jednej strony jako anioł nie jest zdolna do negatywnych uczuć, z drugiej nienawidzi; z jednej strony powinna przyjmować rzeczy "na wiarę" i jest świadoma, że Bóg widzi każdy jej krok, z drugiej nadal ma ludzką wolną wolę i gorące serce, podejmuje decyzje, a także zdarza jej się robić coś za Jego plecami mając świadomość łączącej ją z Nim nieprzerwanej więzi w postaci skrzydeł. Trochę brak tu logiki.
Kolejnym mankamentem są sceny bitwy między aniołami i demonami , gdzie zabrakło trochę kunsztu - sprawiają wrażenie napisanych oddzielnie i wrzuconych w tekst pomiędzy "tuż przed" i "tuż po" zupełnie jakby zastąpiły wcześniejszy "wypełniacz", może niezbyt dobry, a może niezbyt spektakularny. W każdym razie dla mnie były niespójne i stanowiły zgrzyt dla całkiem równej, dobrze prowadzonej narracji bezpośredniej.
Pozycja godna polecenia, na pewno bardziej wartościowa, niż 80% bestsellerów New York Times'a, może nie wybitna, ale inna tą "dobrą innością", historia nie stanowiąca mieszanki sześciu różnych pozycji z tego samego gatunku i w dodatku stanowiąca zamkniętą całość bez szans na "trylogię w pięciu odsłonach", czy inne kuriozum.
Muszę przyznać, że jest to jeden z nielicznych przypadków, kiedy polski tytuł jest lepszy od oryginalnego, nie rozumiem tylko, dlaczego w obu wersjach językowych na okładce pojawia się ciemnowłosa dziewczynka - nijak nie wiąże się to z fabułą.
Jak dla mnie książka wpisuje się bardziej w nurt realizmu magicznego, niż jakiegokolwiek gatunku fantastyki.
tytuł oryginału: The Guardian Angel's Journal tłumaczenie: Małgorzata Kafel Wydawnictwo: Otwarte, 2011 liczba stron: 320
oprawa: miękka
cena z okładki: 34,90 PLN
***
Już za pięć dni meekhańskie pogranicze spłynie krwią pod Niebem ze stali. To jest nowość, której od prwie półtora roku wypatruję z niecierpliwością!A Wy?
Jack Ketchum to pisarz, o którym w blogosferze ostatnio jest bardzo głośno. Do tej pory nie kusiła mnie przyjaźń z Dziewczyną z sąsiedztwa, nie nęcił też kurort Poza sezonem, z tej prostej przyczyny, iż autorka Książki w Mieście zdecydowanie chętniej zwiedza smętarze przemieszczającsię między nimi starym plymuthem, a Stukostrachy wystarczająco skutecznie mrożą jej krew w żyłach. Dopiero Ewa (nomen-omen fanka Króla) i Isadora swoimi recenzjami, a właściwie tym, co wyczytałam między wierszami, przekonały mnie do Jedynego dziecka skuteczniej niż sam Stephen King.
Artur Danse, przystojny ciemnowłosy restaurator po trzydziestce, jest szanowanym członkiem społeczeństwa, szczęśliwie żonaty, jedno dziecko. Pochodzi z rodziny, w której despotyczna matka odgrywała dominującą rolę. Jako dziecko spowodował pożar lasu i, jak podejrzewa lokalny stróż prawa, znęcał się nad zwierzętami. Kiedy coś idzie nie po jego myśli, miewa napady furii.Lubi perwersyjny seks, na który obopólna zgoda nie jest mu potrzebna.Rozwijający się interes zmusza go do częstych podróży służbowych, swoją nieobecność wynagradza dziecku coraz to nowymi zabawkami. I lekcjami życia. Bolesnymi lekcjami, których żaden człowiek, a tym bardziej żadne dziecko, nie powinno otrzymać z rąk innej istoty ludzkiej. Ale Arthur ma misję: musi uświadamiać ludzi, że nie powinni czuć się bezpieczni.
Jedyne dziecko to wstrząsająca lektura, niektóre sceny nawiedzają czytelnika niczym złe duchy, inne budzą bardzo silne emocje - od współczucia po nienawiść, od bezsilnej złości po dogłębne poczucie niesprawiedliwości. Jest to lektura poruszająca bardzo ważny i trudny temat, który zbyt często zostaje za zamkniętymi drzwiami - molestowania dzieci i walki jednego z rodziców (najczęściej matki) z potworem i z systemem.
Problem polega na tym, że, mimo wszystko, nie jest to lektura wybitna - fabuła tak przejrzysta, że aż przewidywalna, tematyka tak poruszająca, że aż odrzuca, poza tym napisana prostym, wulgarnym językiem, a na domiar złego w polskim wydaniu na tyle źle zredagowana, że aż woła o pomstę. Arthur Danse to wręcz "książkowe" studium psychopatycznego misjonarza, syndrom ofiary Lydii jest niemal jak wielki neon na pustyni... bywały też niestety momenty, w których miałam ochotę "zamknąć drzwi i zakluczyć na dwa zamki" (cytat z książki, s. 49) za błędami stylistycznymi i językowymi (to wydanie) oraz natłokiem niekoniecznie uzasadnionych okazów rynsztokowej łaciny w narracji (to Ketchum).
Nie wiem, czy mąż Sherry Nance, której historia zainspirowała Ketchuma do napisania Jedynego dziecka, był pierwowzorem postaci Arthura, ale z opowieści o seryjnych mordercach Thomas Harris parę lat temu sprawił, że zaczęłam się tym tematem interesować, Ketchumowi by się to nie udało. Muszę jednak oddać sprawiedliwość - przez ostatnie kilkadziesiąt stron straciłam poczucie czasu na tyle, że spóźniłam się na umówione spotkanie...
Umiarkowanie polecam.
tytuł oryginału: Only child tłumaczenie: Bartosz Czartoryski Wydawnictwo: Papierowy Księżyc liczba stron: 322
oprawa: miękka
cena z okładki: 33,90 PLN
Comic fantasy to dość specyficzny gatunek, który nie każdemu przypada do gustu. Nie dość, że ocieka groteskowym humorem, to jeszcze pełno w nim magii, dziwacznych postaci, które dokonują niedorzecznych czynów w świecie stanowiącym zwierciadlane odbicie naszego własnego - zapomniałabym dodać: oczywiście jest to krzywe zwierciadło - a rozwoju wydarzeń można się spodziewać pod warunkiem, że cierpi się na tę samą chorobę psychiczną, co autor... Osobiście cenię sobie ten chaotyczny korowód nieprzewidywalnych postaci uwikłanych w kuriozalne epizody w absurdalnym kontinuum czasoprzestrzennym.
Na brytyjskiego przedstawiciela tego nurtu, Toma Holta, natknęłam się niejako przypadkiem i pewnie przeszłabym obok niego obojętnie, gdyby nie to, że jego twórczość porównuje się do samego Terrego Pratchetta, a trzecią z kolei część cyklu o J.W. Wells & Co. poleca nie kto inny, jak Christopher Moore. W Polsce autor nie jest zbyt dobrze znany, nakładem Prószyńskiego ukazały się trzy pierwsze tomy JWW, Bellona wydała zaś jedną z jego powieści historycznych.
Przenośne drzwi
Paul Carpenter to, posługując się terminologią Ch. Moore'a, typowy samiec beta - niezbyt urodziwy, inteligentnym byście go nie nazwali, raczej fajtłapowaty, odwagą nie grzeszy, zaradność w jego wydaniu ogranicza się do unikania zepsutego jedzenia, jest pozbawiony jakichkolwiek godnych uwagi cech charakteru czy przydatnych umiejętności, a jego życie towarzyskie zwyczajnie nie istnieje. Pewnego dnia jego rodzice pakują cały swój dobytek, wyjeżdżają na Florydę, zostawiając tym samym syna bez środków do życia.
Poznajemy Paula w poczekalni firmy J.W. Wells & Co., gdzie czeka na rozmowę kwalifikacyjną. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że i tym razem mu się nie poszczęści - pozostali kandydaci wywierają zdecydowanie bardziej pozytywne wrażenie i na pewno są lepiej przygotowani do rozmowy. W sali konferencyjnej jego przypuszczenia nabierają realnych kształtów - nie umie odpowiedzieć na żadne z postawionych przez dość oryginalnie wyglądającą komisję pytań ( nie pomijając tych z kategorii: którego z członków swojej rodziny by pan zabił i dlaczego...). Jakież jest jego zaskoczenie, kiedy parę dni później znajduje w skrzynce na listy informację, że został przyjęty.
Po dopełnieniu formalności (jak np. podpisanie umowy objętością przywodzącej na myśl Biblię) zostaje zaprowadzony do gabinetu, gdzie wraz z poznaną w dniu rekrutacji chudą dziewczyną (Sophie), w której oczywiście zakochał się od pierwszego wejrzenia, stawia pierwsze kroki w dorosłym życiu segregując sterty nudnych arkuszy kalkulacyjnych. Co jest ciekawe, ani on, ani jego współpracownica, nie mają bladego pojęcia, czym właściwie zajmuje się chlebodawca, nie mają też śmiałości spytać... Prawda wychodzi na jaw sama, gdy pewnego dnia oboje nie opuszczają biura przed zaryglowaniem drzwi i stają oko w oko z faktycznymi właścicielami budynku przy St Mary Axe 70...
Śniło ci się
Paul i Sophie są w sobie zakochani, przy czym ona codziennie pragnie rozmawiać o ich związku, on zaś spodziewa się odrzucenia.Oboje nadal pracują w JWW, czemu zresztą nie należy się dziwić - w końcu umowa o pracę jest dożywotnia. Pewnego dnia każde z nich dostaje skierowanie na staż do innego działu - on ma zostać bohaterem pod okiem Rickiego Wurmtotera (który postawił mu lunch pierwszego dnia pracy i w dodatku wydaje się być jedynym sympatycznym członkiem zarządu), ona dostaje przeniesienie aż do Hollywood, by stamtąd wspierać dział PR pod kierownictwem hrabiny Judy di Castel'Bianco. Jego przeraża wizja walki ze smokami i przebijanie wampirów kołkiem, ona przed wyjazdem zrywa ich związek, tłumacząc to jego niedojrzałością.
Na szczęście bohaterstwo Paula zdaje się ograniczać głównie do wypełniania formularzy (nie licząc przypadkowego zabicia małego smoka) i wizyt w Banku Umarłych, jednak wokół niego dzieją się coraz bardziej dziwaczne rzeczy. Akcja odbicia Rickiego z lochów zamku ciotki Grendela kończy się fiaskiem, a sny Carpentera nie tylko stają się coraz bardziej przerażające, są one w dodatku coraz bardziej realne. Ponadto prześladuje go stary rower z przykrą alergią na imiona, który domaga się od Paula udzielenia ratunku mocno enigmatycznej "jej"...
Ziemia, powietrze, ogień i... budyń
Paul Carpenter nadal kocha Sophie, ona jego - niekoniecznie. Fakt, że ocalił świat nie przysporzył mu szacunku czy zaszczytów, których moglibyśmy się spodziewać. Życie przysparza mu coraz to nowych rozczarowań, których przyczyną mogą być jego uszy, albo całkowity brak pewności siebie. W dodatku kochliwość, która go charakteryzuje, stanowi niewyczerpane źródło upokorzeń i kłopotów.
Kiedy nowy członek zarządu, Frank, proponuje mu pozbycie się obecnego Paula Carpentera na dobre dzięki prostej magii skutecznej, Paul przyjmuje propozycję bez wahania i tym oto sposobem staje się Philipem Marlowe'em - swoim całkowitym przeciwieństwem. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że ktoś znowu dąży do zniszczenia świata, jakim go znamy, a Paul jest w końcu bohaterem...
Podsumowanie
Oprócz głównych postaci i firmy JWW poszczególne trzy części mają ze sobą wiele wspólnego: w każdej występują przenośne drzwi - urządzenie, które początkowo służy Paulowi do krótkich wypadów wakacyjnych w porze lunchu; w każdej z części Paul obowiązkowo umiera; w każdej części eliminowany jest jakiś członek zarządu; w każdej części Paul dowiaduje się o sobie czegoś absolutnie nieprawdopodobnego i odbierającego mu argumenty do niskiej samooceny (nieskutecznie); wszystkie trzy części zamieszkują nie tylko istoty ludzkie, spotkamy tu też gobliny, elfy czy duchy; w każdej części ktoś obowiązkowo musi wypić eliksir miłości; itd., itp...
Język autora jest raczej potoczny, choć podziękować należy tłumaczowi za złożone zdania i brak błędów stylistycznych, a wydawnictwu za brak literówek. Podobały mi się bardzo nawiązania do literatury - lekturą obowiązkową w pracy Paula jest Beowulf, na podłodze wala się faktura wystawiona na pana D. Graya za renowację starego portretu, a odniesień do Tolkiena nie podejmuję się zliczyć. Wiele jest również ukłonów w stronę Star Wars czy Star Trek, a także (za co autorowi pięknie dziękuję) do Doctor Who.
Lektura jest bardzo równa, nie ma przestojów, co doskonale ukazuje pisarskie doświadczenie i dojrzałość autora. Stanowi to najsłabszą stronę serii - krótkie chwile ekscytacji pod koniec każdego tomu sprawiają, że nie tęsknimy za bohaterami tak bardzo, jak to się często dzieje w przypadku książek, gdzie przestój bywa na porządku dziennym. Plusem takiej jednostajności jest natomiast to, że można przeczytać tom po tomie trzy części cyklu w przeciągu tygodnia, nie znudzić się nimi i żałować, że nie ma się ich więcej pod ręką.
Z dwóch wspomnianych na wstępie pisarzy porównałabym twórczość Holta raczej do Christophera Moore'a, chociażby ze względu na tło - wielkie, istniejące w rzeczywistości miasto - jednak i pratchettowskie skojarzenia się nasuwają - np. nieco podobny sposób kreowania postaci. Są to jednak tylko luźne skojarzenia, bo Holt porównań do "wielkich" tego nurtu nie potrzebuje, może śpiewająco wybronić się sam.