Czasem mam ochotę oderwać się od swojego "dorosłego" życia, znów przeżyć jakąś niesamowitą przygodę, chociaż w wyobraźni poczuć dreszczyk emocji, stać się na krótką chwilę beztroskim dzieckiem. Już od pierwszego spotkania z Zafonem przy okazji lektury Pałacu Północy wiem, że tego właśnie mogę się spodziewać po tym autorze, dlatego z radością sięgnęłam po Światła września, trzecią w dorobku Zafona książkę dla młodzieży.
Jest rok 1936,
Simone Sauvelle po śmierci męża zostaje praktycznie bez środków do
życia. Dzięki pomocy sąsiada udaje jej się dostać pracę jako
ochmistrzyni normandzkiej rezydencji Lazarusa Janna, wynalazcy i
właściciela fabryki zabawek. Pani Sauvelle wraz z dziećmi: 14-letnią
Irene i młodszym Dorianem wyjeżdża do Normandii. Podczas pierwszej
wizyty u gospodarza rodzina Sauvelle zostaje oprowadzona po części domu
pełnego przedziwnych mechanicznych zabawek. Dowiaduje się również o
dziwnej chorobie żony Lazarusa. Po pewnym czasie Irene zaprzyjaźnia się z
Hannah, kucharką wynalazcy, dzięki której poznaje Ismaela. Kiedy Hannah
zostaje odnaleziona martwa, Irene i Ismael postanawiają zgłębić
tajemnicę jej śmierci. Aby tego dokonać, będą musieli rozwiązać szereg
zagadek związanych z Lazarusem i jego żoną. źródło opisu: Wydawnictwo Muza, 2011
Podobnie, jak w Pałacu Północy fabuła okazała się dość przejrzysta i przewidywalna, co równoważył piękny (choć prosty) język i wręcz przepełniony magią styl autora. Mam czasem wrażenie, że Zafon opowiada historię już wcześniej istniejącą gdzieś na pograniczu mojej świadomości, jakby oblekał spektrum w ciało i przywracał światu nieco zapomniane postaci. Nie zaskakują mnie koleje losu zafonowych bohaterów, ale nie rozczarowuje mnie to, w końcu tę opowieść po prostu sobie przypominam - brak zaskoczenia staje się poniekąd naturalną częścią procesu poznawczego.
W przypadku Świateł września odczucia mam ambiwalentne: tę historię można było opowiedzieć w sposób pełniejszy, dodając pewne szczegóły, nieco rozciągając czytelnikowi przyjemność płynącą z lektury, albo wręcz przeciwnie - te niedopowiedzenia stanowią jej urok, działając na naszą wyobraźnię, pozwalając na stworzenie własnej wersji zdarzeń. Moje wewnętrzne dziecko ucztuje, dorosła ja zaś nie jestem ani rozczarowana, ani zachwycona.
Niedopowiedziana czy nie, książka urzeka i hipnotyzuje widmem dziecięctwa dawno utraconego, a jednak będącego na wyciągnięcie ręki, co oczywiście podsyca mój głód na twórczość Zafona, któremu mówię "Do przeczytania!".
Polecam!
Tytuł oryginału: Las luces de septiembre Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas Wydawnictwo: Muza, 2011 liczba stron: 256 oprawa: miękka
O ile w historiach o krwiożerczych stworach z innych planet, albo innych zmutowanych bestiach owładniętych morderczym szałem i grupce nastolatków stawiających im czoła li i tylko swą butną odwagą odnajduję zwykle powód do rzucenia książki, o tyle dobrze napisana historia o duchach to rarytas. Mimo, że prędzej uwierzę w stwory z kosmosu niż zjawy, to jednak te drugie czasem spędzają mi sen z powiek. Kiedy tylko zobaczyłam tytuł tej nowości na rynku wydawniczym, poczułam się zupełnie jak Cas, główny bohater "Anny we Krwi" - po prostu musiałam się tą sprawą zająć. Blake tyle obiecała samym tytułem: mroczną, gotycką tajemnicę zdolną sprawić, ze w dół kręgosłupa biegły mi zimne dreszcze...
Narracja prowadzona jest zblazowanym, nonszalanckim stylem właściwym dla stajni Marvel'a, którego fanką chyba jest autorka. U nich tak naprawdę nie ma ograniczeń fabularnych, idąc tym tropem tak właśnie postanowiłam więc tę książkę odbierać: komiksowy paranormal.
Historia Anny we Krwi, straszliwej zjawy z Thunder Bay w Kanadzie, zostaje opowiedziana przez łowcę duchów, siedemnastoletniego Tezeusza Cassio Lowooda. Ojciec, po którym Tezeusz odziedziczył swój fach oraz athame, został w bestialski sposób zamordowany przez wyjątkowo silnego ducha dziesięć lat wcześniej. Cas, jak zwracają się do niego przyjaciele, (których nie ma, bo prowadzi życie samotnika, przeprowadzając się wraz z mamą-wikkanką i kotem z miejsca na miejsce w pogoni za zjawami), zaintrygowany w sprytny sposób przez znajomego Stokrotkę z Nowego Orleanu, postanawia zmierzyć się z duchem dziewczyny zamordowanej w niewyjaśnionych do końca okolicznościach sześćdziesiąt lat wcześniej. Okazuje się, że istnieje jakaś siła, która nie tylko przykuła szesnastolatkę do jej domu, ale również pozwoliła jej zachować pełną świadomość swego położenia, jednocześnie zmieniając ją w bezwzględną morderczynię rozrywającą na strzępy każdego, kto przekroczy próg jej więzienia. Każdego, oprócz Casa, coś bowiem powstrzymuje ją przed rozdarciem jego ciała, nie zabrania jednak na jego oczach zrobić tego z jego nowo poznanym kolegą. Muszę przyznać, że była to najmroczniejsza i zarazem najciekawsza scena całej książki - opis Anny jako bogini śmierci spływającej ze schodów w ociekającej krwią sukni jest świetny.
Tezeusz kilkakrotnie próbuje rozmawiać z Anną, która w jego towarzystwie przemienia się w potulnego aniołka (bogini śmierci jednak nie zasypia, o czym nieomal przekonuje się jego przyjaciółka, Carmel), i wydobyć z niej tajemnicę jej śmierci po dobroci. Kiedy to się nie udaje, organizuje wraz z przyjaciółmi (których najwyraźniej jednak ma) seans okultystyczny, podczas którego...
W każdym razie okazuje się, że Anna we Krwi to tylko jeden z problemów, z jakimi się Tezeuszowi przyjdzie zmierzyć, dzięki czemu my możemy trochę się dowiedzieć o wudu - z niewielką (a właściwie wydatną) pomocą wujka Google'a.
Z przykrością wielką muszę stwierdzić, że trend nekrofiliczny nie przeminął. Tezeusz Cassio, pogromca duchów, naturalnie się musiał w zjawie Annie zakochać, co oczywiście nieco komplikuje sprawę: "Nie ciesz się tak - mówię. - Zabiję cię tylko trochę."*.
Obiecałam sobie jednak potraktować tę pozycję z komiksowym przymrużeniem oka - kiepska z tego karykatura Buffy, do "Ghost Busters" też się nie umywa, a i ta miłość taka przerysowana, wyluzowanym tonem z lekką nutką ironii wyznawana, że aż zabawna - jako czytelnik odbiera się ją prawie jak "pies z kreskówki na widok wózka z hot dogami."*. Bo gdyby tak przeanalizować ją na poważnie... oj, strach się bać!
* cytaty z książki, strona 301
tytuł oryginału: Anna Dressed in Blood tłumaczenie: Grzegorz Komerski Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012 liczba stron: 319
oprawa: miękka
cena z okładki: 34 PLN
Pisałam już parę razy, że kiedy byłam nastolatką na rynku czytelniczym było coś takiego jak fantasy (Tolkien i Sapkowski na ten przykład) i było coś takiego jak romans (u koleżanek widziałam okładki Steele i jakichś innych harlequinów - nie pamiętam, nie czytałam). Jakbym dorwała tego, kto wymyślił, żeby to ze sobą połączyć (bo na pewno nie była to Meyer) to chętnie wypytałabym o lektury z dzieciństwa i plany rodzicielskie. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, żeby ta osoba poważnie chciała dać tę hybrydę do czytania własnym dzieciom.
Na szczęście wampiroszmiry powoli idą w zapomnienie, pojawiają się nowe trendy. Jeszcze niedawno wampirka zamieniano na... anioła, albo innego wilkołaka, zmieniano miasto, ilość i imiona przyjaciół, reszta pozostawała bez zmian, a tłum nastolatek zachwycał się Zmierzchem po liftingu... Teraz autorki starają się nieco bardziej, a i oblubieńcy rzadziej bywają martwi.
Czasem zdarzają się bardziej udane podmiany, odejście od schematu. Całkiem niedawno zachwycałam się Atrofią jako całkiem nowym standardem powieści dla nastolatek i miałam ogromną nadzieję pozachwycać się Lasem Zębów i Rąk tak chwalonym na blogach.
Fabuła prosta niczym, za przeproszeniem, konstrukcja cepa. Dwóch braci kocha tę samą dziewczynę, ona kocha starszego, jednak ma zostać żoną młodszego. Narzeczony ma drobny kryzys, gdyż matka ukochanej zostaje przemieniona w zombie (wybierając miłość do ojca), a Mary, od której odwrócił się brat, o mało nie zostaje Siostrą - kimś w rodzaju kapłanki. Cała "wesoła gromadka" żyje w wiosce, która jest rzekomo jedyną enklawą żywych w świecie zdominowanym przez Nieuświęconych - chodzących martwych. Mary ma jednak marzenie, pragnie wyrwać się z wioski, zobaczyć ocean, a kiedy w Katedrze pojawia się Obca, Gabrielle, jej marzenie zdaje się nabierać realnych kształtów.
Rankiem w dzień ślubu wioska zostaje zaatakowana przez Nieuświęconych pod dowództwem Gabrielle, a jedynymi ocalałymi są Mary, jej brat z żoną, jej narzeczony, ukochany z narzeczoną (nomen omen najlepszą przyjaciółką naszej narratorki), mały chłopiec oraz pies. Mary prowadzi całą grupę w poszukiwaniu wioski Gabrielle, a potem - kto wie? Po drodze towarzyszą im jęczący i głodni ludzkiego mięsa Nieuświęceni, stale obijający się o siatkę oddzielającą żywych od martwych.
Czy podróżnicy odnajdą ocean?
Nie ma w tej książce nic oryginalnego, poza przykuwającą okładką, ale dla mnie to za mało. Pomysły na fabułę widzieliśmy na ekranach, styl pisarki przypominał mi DeStefano w wersji sentymentalnej (znaczy więcej "kocham"), Ryan z logiką jest też trochę na bakier: osoba wychowana na Piśmie i tylko z niego czerpiąca wiedzę nie umie odczytać cyfr rzymskich, ale bez problemu używa słowa "surrealizm".... Nawet korektor się najwyraźniej znudził historią, ponieważ im bliżej zakończenia tym więcej było literówek i błędów stylistycznych.
Nie było łatwo wystawić ocenę punktową - odczuwam przesyt powieściami o "trudnej miłości w okrutnym świecie" skierowanymi do nastolatek. Zbyt wyraźnie widzę ich pustotę i niską wartość (jakąkolwiek: estetyczną, wychowawczą, literacką...). Chyba jednak lepiej, żeby młode dziewczyny przeczytały Las Zębów i Rąk, niż np. Zew Nocy (choć tam przynajmniej fabuła była ciekawsza). Oceniam wyżej, niż Despain, ale po drugą część raczej nie sięgnę.
Ocena: 2,75/5
chętnie tę książkę sprzedam lub wymienię. Inne książki na wymianę/sprzedaż tu
***
Kochani, nie oczekujmy, że wychowamy erudytów i inteligentów, jeśli nie damy młodym do czytania ambitniejszej literatury. Nie oczekujmy, że z radością wezmą do ręki Chłopów czy Ferdydurke jeśli pod choinką znajdą kolejną Meyer, Despain, czy inne godne pożałowania dziełko. Kupujmy prezenty książkowe z głową! Lubią fantasy? Dajmy im LeGuin, Tolkiena. Chcą bestselleru? Dajmy im Zafona, Marqueza. Humor? Pratchett, Rankin. Wampiry i wilkołaki? Rice, nawet Carriger, choć to trochę inna bajka. Zombie? Stawiam na Moore'a! Romantyczne uniesienia? Niech poznają Austen. Dreszcze? Gaiman... Nie napędzajmy sztucznie rynku tych czytelniczych odpadów.
tytuł oryginału: The Forest of Hands and Teeth
tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
liczba stron: 350
oprawa: miękka ze skrzydełkami
cena z okładki: 33,90 PLN
Okładka debiutanckiej powieści Lauren DeStefano jest jedną z najlepszych, jakie zdarzyło mi się oglądać. Pozwólcie, że na jej podstawie opowiem Wam historię osoby, którą przedstawia, 16 letniej Rhine, pięknej dziewczyny o naznaczonych defektem genetycznym oczach, z których każde jest innego koloru.
Zdjęcie przedstawia siedzącą dziewczynę. Uwagę przykuwają jej długie, jasne, fantazyjnie ułożone włosy oraz mocno pomalowane powieki skrywające wzrok. Gest ten kojarzony jest ze skromnością, można jednak równie dobrze śledzić kogoś "spod oka", lub skrywać jakąś tajemnicę.
Dziewczyna przysiadła na pięknym antycznym krześle, jej suknia świadczy o zamożności, zwróćcie jednak uwagę na dwie rzeczy - po pierwsze: nienaturalna poza w połączeniu ze strojną suknią, porcelanową cerą i wyrazistym makijażem przywodzą na myśl marionetkę, po drugie: na serdecznym palcu lewej dłoni lśni obrączka, wyraźnie wyeksponowana przez projektanta okładki i połączona linią z ptaszkiem w klatce, alegorią zniewolenia.
Od modelki biegnie kolejna, wyraźniejsza, linia łącząca ją z klepsydrą, spójrzcie jak niewiele piasku w niej pozostało. Obok stoją szklane fiolki i menzurki nieodzownie kojarzące się z eksperymentami laboratoryjnymi, są one jednak puste, jakby eksperymenty nie odbywały się, lub... nie przynosiły rezultatów. Na podłodze porozrzucano w nieładzie lilie - symbole czystości i niewinności. Spójrzmy teraz na stopę dziewczyny - wydaje się brudna, jakby strudzona długą wędrówką i dużo starsza, niż by sugerowała twarz dziewczyny.
Tło przechodzi od zupełnie czarnego przy głowie bohaterki i klatce z ptaszkiem, do jaśniejszej szarości podłogi w okolicach klepsydry i połamanej lilii, zupełnie jakby im dalej od zniewolenia tym więcej światła.
Zauważcie, że w klatce znajdują się drzwiczki, w stronę których zwrócony jest ptaszek, spoglądając jednocześnie na jaśniejszą plamę przy porzuconym kwiecie.
Historia Rhine jest prosta - nastoletnia mieszkanka Nowego Jorku została uprowadzona, wywieziona na Florydę, zaślubiona wbrew swej woli, wraz z dwiema innymi dziewczynami, młodemu chłopakowi, który początkowo budzi wyłącznie jej odrazę. Zadaniem młodych żon jest urodzić Lindenowi przed śmiercią dziecko. Zarówno Rhine, jak i Lindenowi, zostało jeszcze około 4 lat życia, ponieważ ludzkość na skutek podjęcia nieudanej próby przeprowadzenia ewolucji w doskonałość, nękana jest wirusem zabijającym potomków "pierwszego pokolenia" przed osiągnięciem dwudziestego piątego roku życia. Głos serca nie jest zgodny z narzuconą przez despotycznego i prawdopodobnie psychopatycznego teścia rolą, jednak Rhine, podobnie jak jej współtowarzyszki muszą podjąć się jej odegrania, inaczej zginą.
Pierwszoosobowa narracja w czasie teraźniejszym została poprowadzona ładnym, dość bogatym językiem, jednak rzucają się w oczy krótkie zdania, co bywa ciekawym zabiegiem stylistycznym, tu stanowi tylko zgrzyt - wina prawdopodobnie leży po stronie tłumacza, który mógł posłużyć się większą ilością zdań złożonych nie odbiegając od treści - książka by na tym zyskała. Plusem jest umiejętność zwrócenia uwagi na jakiś szczegół poprzez np. wprowadzenie koloru, minusem wkradająca się czasem chaotyczność stanowiąca tylko pustą dygresją, w Opowieści Podręcznej Atwood, do której porównywana jest powieść DeStefano, podobne chaotyczne dygresje znalazły usprawiedliwienie w fabule, a ich zadanie polegało na budowaniu nastroju, podsycaniu ciekawości.
Od samego początku widać wyraźnie, że DeStefano planowała napisanie serii - akcja toczy się momentami za wolno, dygresje urywają się w najciekawszym miejscu, a kiedy Rhine później powraca do rozważań, zaczynają się w połowie urwanego fragmentu - niczym serialowe "w poprzednim odcinku".
W przeciwieństwie do antyutopijnej Opowieści Podręcznej mamy tu całkiem zgrabny przykład dystopii, której scenariusz nie jest aż tak nieprawdopodobny, jakby się mogło wydawać. Poza tym, w zalewie paranormalnych romansów, stanowi ciekawą alternatywą dla nastolatek lubiących lekką fantastykę.
Porównanie debiutu literackiego DeStefano do Opowieści Podręcznej Atwood jest może lekko przesadzone, gdyż nie zaliczyłabym Atrofii do dzieł wybitnych i uniwersalnych, jednak niewątpliwie ma wiele zalet. Nie ma tu, niestety, głębi, drugiego dna, których nie zabrakło u Atwood, ale jestem skłonna stwierdzić, że DeStefano nie brakuje potencjału i, wraz z doświadczeniem i kolejnymi wydanymi książkami, ma szanse stać się poczytną pisarką, może nie na miarę swej kanadyjskiej koleżanki, ale kto to wie?
Ocena: 4/5
tytuł oryginału: Whiter tłumaczenie: Magdalena Rychlik Wydawnictwo: Prószyński i ska liczba stron: 317 oprawa: miękka ze skrzydełkami cena z okładki: 34 PLN
Pamiętasz swoją pierwszą miłość? Te oczy... te włosy... ten uśmiech... te motylki w brzuchu, gdy znaleźliście się blisko... I co najważniejsze, to była twoja największa tajemnica! Być może nigdy nikt jej nie odkrył, a może wiedziała cała klasa, być może szybko się okazało, że poza oczami nie było w tej osobie nic więcej, być może później było jeszcze wiele innych wielkich miłości - teraz to jest nieistotne, i tak wspominasz z rozrzewnieniem właśnie tę, bo była pierwsza i jakże naiwna.
Kiedy Juli i Bryce spotykają się po raz pierwszy mają zaledwie po 7 lat, a jednak dziewczynka od razu zakochuje się w nowym sąsiedzie, on natomiast z miejsca obdarza ją nienawiścią. Przez całą podstawówkę ich uczucia się nie zmieniają, później, gdy zaczynają dorastać Juli, jak to dziewczęta w pewnym wieku, zaczyna dostrzegać coś poza oczami Bryce'a i niekoniecznie jest to pozytywne odkrycie. Niechęć chłopaka w stosunku do sąsiadki przyjmuje w pewnym momencie postać lękliwej obsesji, po pewnym czasie on również, ku własnemu zaskoczeniu, dostrzega Juli w innym świetle.
Pani Van Draanen stworzyła pełną dziecięcej naiwności i rodzącej się powoli mądrości opowieść snutą z perspektywy Juli - rezolutnej, skromnej dziewczyny, oraz Bryce'a - chłopaka, który od małego uczony jest zakłamania i nietolerancji. Obydwoje nakreśleni zostali zdecydowanymi pociągnięciami pióra - czytelnik od razu odczuwa sympatię dla Juli z jej systemem wartości i marzeniami, w stosunku do Bryce'a zaś pobłażanie i oczekiwanie poprawy.
Uważam, że ta pozycja powinna obowiązkowo znaleźć się na półce każdego nastolatka, niezależnie od płci, ze względu na dwie rzeczy - piękny, bogaty język oraz wartości, jakie ukazuje. Lekturom takim jak Dziewczyna i chłopak należą się twarde oprawy, kredowy papier i kampania reklamowa - to książka, która uczy, że nie zawsze piękne oczy i włosy idą w parze z pięknym wnętrzem, ale również, tego, że ludzie się zmieniają. To książka, która uczy patrzeć dostrzegać całość, ale i szczegóły. To w końcu książka, która pozwala przypomnieć sobie pierwszą miłość, do rówieśnika - coś na co każdy z nas był kiedyś "skazany" i na co są "skazane" nasze dzieci.
Polecam nie tylko nastolatkom - ta pozycja wywoła uśmiech i ciepłe uczucia u każdego czytelnika.
Ocena: 4,5/5
tytuł oryginału: Flipped tłumaczenie: Dorota Dziewońska Wydawnictwo: Galeria Książki liczba stron: 222 oprawa: miękka cena z okładki: 29,90 PLN
Kiedy byłam nastolatką, na rynku czytelniczym popularne były harlequiny i klasyka fantasy. W pewnym momencie ktoś wpadł na pomysł, aby tanie romansidła i parę legend wrzucić do blendera i tak oto powstał nowy nurt zwany paranormal romance. I, o ile czekolada z chilli tworzą naprawdę niezłą kompozycję, o tyle wyrób czekoladopodobny z papryką - niekoniecznie.
Sięgając po Dziedzictwo mroku miałam nadzieję, że biorę do ręki coś, co wyłamuje się z szablonu gatunku, co stworzy nową jakość. W końcu zapowiadało się naprawdę mrocznie:
Grace Divine, córka miejscowego pastora, zawsze wiedziała, że tej nocy, kiedy znikł Daniel Kalbi, wydarzyło się coś strasznego. Tamtej nocy przed domem znalazła swojego brata Jude’a nieprzytomnego i skąpanego we krwi. To, co się wówczas stało, miało pozostać straszliwą tajemnicą.
(...)
Im bardziej Grace zbliża się do Daniela, tym większe grozi jej niebezpieczeństwo, ponieważ gniew Jude‘a prowadzi go do sojuszu ze starożytnym złem, które Daniel wyzwolił owej straszliwej nocy. Grace musi poznać prawdę o mrocznym sekrecie chłopaka… oraz odkryć lekarstwo, aby ocalić tych, których kocha. Może to jednak wymagać od niej ostatecznej ofiary – z własnej duszy.
Grace Divine - Łaska Boska - to nastoletnia bohaterka naszej powieści. Na lekcji rysunku spotyka dawnego przyjaciela z dzieciństwa i swoją pierwszą miłość, Daniela Kalbi. Jej brat, Jude Divine, wymaga na niej obietnicę, że dziewczyna nie będzie się z przyjacielem widywać, jednak fascynacja, oraz chęć pomocy płynąca z jej imienia, są silniejsze od obietnic. Daniel skrywa mroczną tajemnicę. Czy dziewczyna zdoła odnaleźć lekarstwo na lykanotropię? A może nie oprze się pokusie, by zrobić z Daniela superbohatera na miarę Batmana?
Becca Fitzpatrick, autorka innego poczytnego paranormal romance, napisała o Dziedzictwie:
Ta mrocznie komiczna i zaskakująca powieść wznosi się na wyżyny gatunku.
Komiczna - jak najbardziej. Grace, która opisuje strój jednej z postaci uczestniczących w imprezie: "coś, na co chyba mówią gorset", kiedy idzie na bal paręset stron dalej, opisuje swoją sukienkę tak:
Obcisły, profilowany gorset sprawiał, że nawet wyglądałam, jakbym miała piersi (...)
Być może Pani Despain miała na celu stworzenie czegoś oryginalnego, miejscami jej się nawet udało. Do wyżyn gatunku, nawet tak mało ambitnego i wymagającego, trochę jednak brakuje.
Co do plusów: książkę czyta się szybko, nawet ekspresowo, co jest wynikiem mało wymagającego języka, prostej fabuły, oraz charakteru naszej narratorki. Łaska Boska nie zagłębia się w meandry umysłów pozostałych postaci i trochę mało emocjonalnie podchodzi również do siebie. Kilka humorystycznych akcentów (mam ogromną nadzieję, że były one zamierzone) również przydaje nieco oryginalności dziełu Despain. Samo zakończenie tego tomu jest plusem dla autorki.
Reasumując - lekkie, nic nie wnoszące do życia czytadło, dobre na dwa upalne wieczory.
Ocena: 2/5
tytuł oryginału: The Dark Divine tłumaczenie: Agnieszka Fulińska Wydawnictwo: Galeria Książki liczba stron: 432 oprawa: miękka ze skrzydełkami cena z okładki: 39,90 PLN
Jako mała dziewczynka łaknęłam przygód, tajnych stowarzyszeń, gdzie jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, marzyłam o tajemniczych złoczyńcach, których wraz z moimi przyjaciółmi miałam ścigać i doprowadzać przed oblicze sprawiedliwości, a duchy i groza stanowiły wisienkę na torcie tych wszystkich snów o ekscytującym życiu. Niestety, doświadczałam tego wszystkiego jedynie w świecie stworzonym przez kolejnych pisarzy.
Przy wyborze lektury kieruję się zasadą, że im większy dookoła szum, tym dłużej należy na spotkanie z daną pozycją, lub jej autorem, poczekać. Pałac Północy jest drugą książką napisaną przez Zafona i moim pierwszym i zdecydowanie nie ostatnim tête-à-tête z tym autorem. Żałuję tylko, że tak długo zwlekałam...
Kalkuta, maj 1932 roku. Siedmioro członków Chowbar Society, tajnego stowarzyszenia, które jednak nigdy nie było tajemnicą dla dyrektora sierocińca St. Patrick's, wkrótce skończy 16 lat i pójdzie swoją własną drogą. Wychowankowie Mr. Cartera to grupka inteligentnych, oczytanych młodych ludzi, którym dyrektor pozwolił mieć marzenia i zaszczepił w nich wolę ich realizowania. Przyjaciele postanawiają spotkać się po raz ostatni w Pałacu Północy, rozpadającej się ruderze, która stanowiła przez lata ich ostoję. W drodze na to ostatnie spotkanie Ben poznaje tajemniczą Sheere, która tak bardzo przypada mu do gustu, iż zabiera ją ze sobą do Pałacu Północy. Warunkiem przystąpienia do Chowbar Society jest opowiedzenie historii, a ta, którą wnosi dziewczyna jest wyjątkowa, bardzo smutna i tragiczna historia o marzeniach, szaleństwie, strachu, ucieczce i samotności. Członkom stowarzyszenia tak bardzo zapada ona w serca, że postanawiają pomóc dziewczynie odszukać dom jej ojca.
Wokół Bena zaczynają dziać się dziwne rzeczy - widmowy ognisty pociąg, z którego słychać przeraźliwe krzyki setek dzieci, o mało co go nie przejeżdża, pojawiając się znikąd. Dyrektor sierocińca w bardzo dziwnych okolicznościach zostaje poważnie poparzony. Okazuje się również, że Ben jest bratem bliźniakiem Sheere, a obojgu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Tajemniczy Jawahal, ogarnięty żądzą zemsty, poprzysiągł zamordować wszystkich członków rodziny swojego najlepszego przyjaciela, ojca bliźniąt. Ich babka rozdzieliła rodzeństwo w nadziei uratowania ich od śmierci z rąk szaleńca.
Takiej książki potrzebowała moja łaknąca przygód dusza blisko 20 lat temu, ale i teraz to była doskonała lektura. Pałac Północy to niezwykła książka dla młodzieży, którą z powodzeniem mogę polecić dorosłym czytelnikom. Historia, która przydarzyła się ósemce dzieciaków pod koniec maja 1932 roku, mrozi krew w żyłach, czyta się ją z wypiekami na twarzy i dreszczem przebiegającym kręgosłup, a jednocześnie zachwyca się stylem autora. Domyśliłam się zakończenia, jednak wybaczam Zafonowi, w końcu nie zawsze chodzi o głośne "ojej, w życiu bym nie pomyślała!", czasem wystarczy "ojej, genialnie napisana książka!".
To jedna z tych pozycji, do których zagląda się "na chwilę", a potem wybiega w popłochu z autobusu tuż przed zamknięciem drzwi na naszym przystanku... lub na następnym. Przynajmniej ja tak miałam, i Wam życzę tego samego. Polecam. Namawiam.
Ocena: 5/5
Tytuł oryginału: El Palacio de la Medianoche
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Casas
Wydawnictwo: Muza liczba stron: 287 oprawa: miękka cena z okładki: 29,99 PLN
Alexander Gordon Smith jest autorem horrorów i powieści dla nastolatków. Pisze od zawsze – jego pierwsze opowiadania powstały, gdy miał sześć lat. Uwielbia gry komputerowe (notka biograficzna wydawnictwa). Muszę przyznać, że do zapoznania się z najnowszą książką Smitha przekonała mnie okładka - mroczna, pełna bólu, grozy. Szczerze mówiąc bałam się trochę tego, co mogę znaleźć w środku...
Po Letniej Rzezi, która miała miejsce parę lat wcześniej w Wielkiej Brytanii wprowadzono program zero tolerancji dla młodocianych przestępców, który w praktyce oznacza dożywotnie wtrącenie do więzienia o zaostrzonym (choć, jak się czytelnik później przekona nie jest to dobre określenie) rygorze, Otchłani.
Siedemnastoletni Alex Sawyer, młodociany rzezimieszek opowiada nam swoją historię - to jak trafił na drogę występku, oraz to, jak został wrobiony w zabójstwo swojego najlepszego przyjaciela, osądzony i skazany na dożywocie. Jak się wkrótce okazuje Alexa wrobili przedstawiciele Otchłani, co wydaje się częstą praktyką, a dość duży procent osadzonych to niewinne dzieciaki. Samo więzienie jest przerażające, to system podziemnych jaskiń, pozbawiony dostępu światła dziennego i świeżego powietrza, w którym spotyka się zmutowane w przerażający sposób stwory, jak np. olbrzymie, pozbawione skóry psy. Wszyscy więźniowie ubierają się w identyczne bezkształtne kombinezony w uniwersalnym rozmiarze i tekturowe jednorazowe obuwie. Kąpią się we wspólnej łaźni w lodowatej wodzie. Jedzą papkę bez smaku i koloru (co akurat jest, jak się okazuje, ogromną jej zaletą, zważając na składniki). Cały czas mają wycelowane w głowy pistolety, a strażnicy raczej nie należą do osób obdarzonych głęboką empatią. Łatwo tu stracić życie w bójce, albo w paszczy jednego z piekielnych ogarów. Można też skończyć w dziurze. Do tego dochodzą jeszcze krwawe wachty, o których kolega z celi Alexa boi się nawet mówić. Tak naprawdę nikt nie dba o to, czy osadzeni przeżyją - w Otchłani nie ma odwiedzin, więźniowie odbywają dożywocie i nikt z tego miejsca nie wychodzi, prędzej czy później i tak każdy umrze.
Książkę czyta się ekspresowo, dzięki całkiem przyjemnemu stylowi autora. Jest napisana ładnym literackim językiem, bez wulgaryzmów i praktycznie bez slangu, co osobiście uważam za minus. Ugrzeczniony język Smitha bardziej pasuje do młodych intelektualistów z wysoką średnią, niż do młodocianych przestępców, jakimi w końcu są główni bohaterowie.
Postacie zapadają w pamięć, są na swój sposób charakterystyczne, jednak znów podkreślę fakt, że trochę za grzeczne. Ciekawym wybiegiem jest nadanie jednemu z najbardziej negatywnych bohaterów nazwiska Kevin Arnold - czyżby jakaś aluzja?
Interesująca fabuła i wartka akcja to niewątpliwie największe smaczki pierwszego tomu Otchłani, który wciąga niczym ruchome piaski. Dodatkowo starannie budowane od samego początku przez autora napięcie sprawia, że książka to prawdziwy page-turner, nie nudziłam się ani chwili, choć pewnie dodatkowym powodem jest fakt, że każdy z około 30 rozdziałów liczy sobie średnio dziesięć stron.
Niestety uważam, że cena książki jest trochę zbyt wygórowana, kolejne rozdziały zaczynają się zawsze na nowej stronie nieparzystej, więc zdarza się często nawet 1,5 strony pustej przestrzeni, za które również trzeba zapłacić.
Mimo wymienionych mankamentów chętnie sięgnę po następny tom Otchłani, nie ukrywam, że chętnie dowiem się więcej na temat dalszych losów Alexa oraz czym tak naprawdę jest to więzienie. Polecam raczej chłopcom w wieku ok. 15 lat, jednak na odstresowanie (jeśli ktoś umie się relaksować przy horrorze) jest dobra dla każdego odbiorcy.
Ocena: 3/5
tytuł oryginału: Furnace. Lockdown tłumaczenie: Marcin Wróbel Wydawnictwo: Otware liczba stron: 301 oprawa: miękka cena z okładki: 32,90 PLN
„Szeptem” to debiutancka powieść Becci Fitzpatrick. Dodałam sobie ją kontrolnie do listy „chcę przeczytać” tuż po premierze, ponieważ, nie będę owijać w bawełnę, urzekła mnie okładka. Jednak ci z Was, którzy śledzą mojego bloga, a dokładniej stosiki, wiedzą, że kolejkę mam dosyć długą, „Szeptem” stało gdzieś przy jej szarym końcu, szczególnie jeśli chodzi o zaopatrzenie się w tę pozycję. Kiedy Wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi ją do recenzji, zgodziłam się bez wahania, a jednak ciężko było mi się za nią zabrać. Dlaczego? Bo bałam się rozczarowania, a nawet przeróbki pewnej wampirzej sagi. Czy słusznie?
Zasiadam z książką pod pachą w mym super tajnym wehikule czasu (hmmm, właśnie się wydało!) i ustawiam zegary na maj 1996. Robię to, aby spojrzeć na książkę z właściwej perspektywy, w końcu nie mam już 16 lat i zdecydowanie mój odbiór tego typu literatury jest inny. Widzę dawną siebie zatopioną w lekturze, czytam „Zew Cthulhu”. Oj, nie wróży to dobrze książce Pani Fitzpatrick…
Nic to, znajduję sobie cichy kącik i otwieram książkę.
Prolog przenosi mnie do XVI-wiecznej Francji, gdzie młody książę Chauncey spędza mile czas z młodą wieśniaczką. Już po kilku zdaniach ogarnia mnie nastrój książki – mroczny i tajemniczy. I nawet mi się to podoba, mam w końcu 16 lat i słucham metalu – to moje klimaty.
Narratorką jest 16-letnia Nora Grey, anemiczna (dosłownie, nie w przenośni – chorująca na anemię), chuda ciemnowłosa dziewczyna, z powodu niedawnej straty ojca (został zamordowany w tajemniczych okolicznościach) regularnie odwiedzająca szkolnego psychologa. Na biologii (swoją drogą – o co chodzi z tą biologią w amerykańskich książkach, serialach i filmach???) nauczyciel z okazji lekcji o rozmnażaniu człowieka przydziela wszystkim nowych kolegów z ławki i tym oto sposobem Nora poznaje Patcha. Chłopak budzi w niej wyjątkowo sprzeczne uczucia o zabarwieniu raczej negatywnym. Poza pociągiem fizycznym, jaki do niego czuje, wydaje jej się on „palantem” oraz nałogowym palaczem cygar, poza tym napawa ją strachem.
Nora potrąca jakiegoś mężczyznę samochodem swojej przyjaciółki, jednak, gdy dziewczyny idą oszacować zniszczenia, pojazd jest praktycznie bez szwanku. Patch pojawia się wszędzie tam, gdzie ona, nawet podczas randki z Elliotem Saundersem, nowym uczniem w Coldwater, który skrywa mroczną tajemnicę. Dziewczyna czuje się osaczona i zagrożona, a wokół niej zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Komu może ufać?
Nora nie jest, w przeciwieństwie do Belli, samotną wyspą dryfującą w morzu swej wybujałej uczuciowości. Ma przyjaciółkę, Vee Sky, która szczerze mówiąc mnie od pierwszej chwili irytowała swoją infantylnością i monotematycznością. Dziewczyny pracują w szkolnym e-zinie, chodzą na zakupy (Nora może nie przykłada specjalnej wagi do stroju, jednak niewątpliwie nie nosi wiecznie dżinsów i podkoszulki), na kawę, do restauracji, oraz regularnie do kina aby recenzować repertuar czytelnikom. Nora bywa też w bibliotece (Vee niekoniecznie). Pojawia się również postać wrednej cheerleaderki Marcie. Ha! Mało tego, Fitzpatrick wprowadza element niepewności, kiedy na scenę wchodzą Elliot i Jules. Słowem – świat Nory nie zaczyna się i nie kończy na Patchu.
Patch natomiast… no cóż, urody odmówić mu nie można, podobnie jak magnetyzmu, jednak Fitzpatrick udało się nie zrobić z niego potulnego kotka. Do końca nie wiemy też, czy jego dobre zamiary względem Nory są czyste, czy może jest on wcieleniem zła. Patch nie walczy z dwoistością swej natury, po prostu autorka nie odkrywa wszystkich kart. Duży plus dla niej.
Polubiłam główną bohaterkę za fakt, że nie jest zapatrzona w Patcha jak przysłowiowa sroka w gnat, nie zachwyca się w co piątym zdaniu jaki on piękny, a w co siódmym nie twierdzi, że nie boi się go, mimo, że wie, że on mógłby ją zabić, ale ona i tak go kocha. Mało tego, czuje do niego nieodparty pociąg fizyczny, ale nie rzuca mu się ufnie w ramiona przy najbliższej możliwej okazji. Nora Gray wydaje się być mniej mdła, a jednocześnie zdecydowanie bardziej prawdziwa. Ot, nastolatka z krwi i kości, czująca pociąg do niewłaściwego faceta – jak każda.
Znów wsiadam do wehikułu, żeby napisać podsumowanie w swojej współczesności – tam przecież nie mam laptopa
Mimo, że książkę czyta się bardzo szybko, fabuła (wielowątkowa!) jest wartka i nieprzewidywalna, zabrakło mi czegoś, co bardzo trudno wyrazić słowami, ale jeśli powiem, że zabrakło mi uczuciowej więzi z autorką, chyba zrozumiecie, o czym mówię. „Szeptem” czyta się z wrażeniem, że narratorka stała obok, nie w środku akcji, chociaż po doświadczeniach z Bellą Swan, może to i dobrze? Nie będę Wam wmawiać, że jest to literatura wysokich lotów, bo to nie byłaby prawda, jednak, jeśli wziąć pod uwagę regał z paranormal romance – „Szeptem” powinno być wyeksponowane dokładnie na poziomie wzroku, a drugi egzemplarz warto by postawić na dolnej półce, niech nastolatki wiedzą, że nie trzeba się ufnie rzucać w ramiona każdemu, kto na nie spojrzy
Chętnie przeczytam kontynuację, gdyż, po opisie sądząc, będzie to kolejny pojedynek na linii Nora-Bella, tym razem radzące sobie z porzuceniem.
Ocena: przyjemnie zaskakujące 3,5/5
tytuł oryginału: Hush, Hush tłumaczenie: Paweł Łopatka Wydawnictwo: Otwarte liczba stron: 328 oprawa: miękka cena z okładki: 32,90 PLN