Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 maja 2012

Mroczne Cienie

Tim Burton, którego surrealistyczne obrazy filmowe (jak przezabawny "Sok z żuka", mroczny "Jeździec bez głowy", czy cudowna baśń "Edward Nożycoręki") zjednały moje serce, to zdecydowanie mój ulubiony reżyser. Od lat '90 nie przegapiłam żadnego filmu jego autorstwa. Dzięki niemu stałam się też zagorzałą fanką Johnny'ego Deppa.

Johnny Depp to facet, którego marzenia się spełniają - chciał być piratem i tak powstali Piraci z Karaibów, podziwiał sławne klasyczne filmy "Nosferatu" oraz "Dracula" i... namówił swojego ulubionego reżysera, Tima Burtona, na nakręcenie "Mrocznych cieni", ich wspólnego film numer dwadzieścia jeden.

Burtonowska ekipa nie zawiodła - genialna rola Deppa, Helena Bonham Carter (12 filmów z Burtonem) jak zwykle szalona, w tle rozbrzmiewa muzyka dobrana przez Dannego Elfmanna (25 wspólnych produkcji), scenografia Ricka Heinrichsa (8 filmów), oraz typowa dla dzieł tego geniusza wielka, tragiczna miłość, eteryczna oblubienica, demoniczna famme fatale, mocne kontrasty, wyraziste makijaże. A w roli wisienki na torcie najbrzydsza kobieta świata - Alice Cooper.

Znalazłam odwołania do klasyki wampirycznych mistrzów jak np. wieśniaków z widłami i powstawanie Barnabasa Collinsa z trumny, stęskniona za mrocznymi wampirami zobaczyłam na własne oczy wgryzanie się w szyje niewinnych ofiar, jednak nie zabrakło humorystycznych nawiązań do popkultury - straszliwy Nosferatu wychodzi na słońce, walczy ze swą demoniczną naturą oraz niszczy meble w miłosnej ekstazie.

Jak zwykle się udało! Osoby, które już wcześniej doceniły specyficzne poczucie humoru Burtona, charakterystyczne kreacje Deppa i mroczną atmosferę oraz miłość silniejszą od śmierci, będą z całą pewnością bardzo zadowolone z blisko dwóch godzin spędzonych w kinie - my byliśmy, a i inne osoby na sali reagowały równie entuzjastycznie. Salwy śmiechu gwarantowane, ale i dreszczyk się przytrafi!

Polecam!

poniedziałek, 7 maja 2012

Anna we krwi - Kendare Blake

O ile w historiach o krwiożerczych stworach z innych planet, albo innych zmutowanych bestiach owładniętych morderczym szałem i grupce nastolatków stawiających im czoła li i tylko swą butną odwagą odnajduję zwykle powód do rzucenia książki, o tyle dobrze napisana historia o duchach to rarytas. Mimo, że prędzej uwierzę w stwory z kosmosu niż zjawy, to jednak te drugie czasem spędzają mi sen z powiek. Kiedy tylko zobaczyłam tytuł tej nowości na rynku wydawniczym, poczułam się zupełnie jak Cas, główny bohater "Anny we Krwi" - po prostu musiałam się tą sprawą zająć. Blake tyle obiecała samym tytułem: mroczną, gotycką tajemnicę zdolną sprawić, ze w dół kręgosłupa biegły mi zimne dreszcze...

Narracja prowadzona jest zblazowanym, nonszalanckim stylem właściwym dla stajni Marvel'a, którego fanką chyba jest autorka. U nich tak naprawdę nie ma ograniczeń fabularnych, idąc tym tropem tak właśnie postanowiłam więc tę książkę odbierać: komiksowy paranormal. 

Historia Anny we Krwi, straszliwej zjawy z Thunder Bay w Kanadzie, zostaje opowiedziana przez łowcę duchów, siedemnastoletniego Tezeusza Cassio Lowooda. Ojciec, po którym Tezeusz odziedziczył swój fach oraz athame, został w bestialski sposób zamordowany przez wyjątkowo silnego ducha dziesięć lat wcześniej. Cas, jak zwracają się do niego przyjaciele, (których nie ma, bo prowadzi życie samotnika, przeprowadzając się wraz z mamą-wikkanką i kotem z miejsca na miejsce w pogoni za zjawami), zaintrygowany w sprytny sposób przez znajomego Stokrotkę z Nowego Orleanu, postanawia zmierzyć się z duchem dziewczyny zamordowanej w niewyjaśnionych do końca okolicznościach sześćdziesiąt lat wcześniej. Okazuje się, że istnieje jakaś siła, która nie tylko przykuła szesnastolatkę do jej domu, ale również pozwoliła jej zachować pełną świadomość swego położenia, jednocześnie zmieniając ją w bezwzględną morderczynię rozrywającą na strzępy każdego, kto przekroczy próg jej więzienia. Każdego, oprócz Casa, coś bowiem powstrzymuje ją przed rozdarciem jego ciała, nie zabrania jednak na jego oczach zrobić tego z jego nowo poznanym kolegą. Muszę przyznać, że była to najmroczniejsza i zarazem najciekawsza scena całej książki - opis Anny jako bogini śmierci spływającej ze schodów w ociekającej krwią sukni jest świetny.
Tezeusz kilkakrotnie próbuje rozmawiać z Anną, która w jego towarzystwie przemienia się w potulnego aniołka (bogini śmierci jednak nie zasypia, o czym nieomal przekonuje się jego przyjaciółka, Carmel), i wydobyć z niej tajemnicę jej śmierci po dobroci. Kiedy to się nie udaje, organizuje wraz z przyjaciółmi (których najwyraźniej jednak ma) seans okultystyczny, podczas którego...
W każdym razie okazuje się, że Anna we Krwi to tylko jeden z problemów, z jakimi się Tezeuszowi przyjdzie zmierzyć, dzięki czemu my możemy trochę się dowiedzieć o wudu - z niewielką (a właściwie wydatną) pomocą wujka Google'a.

Z przykrością wielką muszę stwierdzić, że trend nekrofiliczny nie przeminął. Tezeusz Cassio, pogromca duchów, naturalnie się musiał w zjawie Annie zakochać, co oczywiście nieco komplikuje sprawę: "Nie ciesz się tak - mówię. - Zabiję cię tylko trochę."*. 
Obiecałam sobie jednak potraktować tę pozycję z komiksowym przymrużeniem oka - kiepska z tego karykatura Buffy, do "Ghost Busters" też się nie umywa, a i ta miłość taka przerysowana, wyluzowanym tonem z lekką nutką ironii wyznawana, że aż zabawna - jako czytelnik odbiera się ją prawie jak "pies z kreskówki na widok wózka z hot dogami."*. Bo gdyby tak przeanalizować ją na poważnie... oj, strach się bać!


* cytaty z książki, strona 301
tytuł oryginału: Anna Dressed in Blood
tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012
liczba stron: 319
oprawa: miękka
cena z okładki: 34 PLN

środa, 29 lutego 2012

Jedyne dziecko - Jack Ketchum

Jack Ketchum to pisarz, o którym w blogosferze ostatnio jest bardzo głośno. Do tej pory nie kusiła mnie przyjaźń z Dziewczyną z sąsiedztwa, nie nęcił też kurort Poza sezonem, z tej prostej przyczyny, iż autorka Książki w Mieście zdecydowanie chętniej zwiedza smętarze przemieszczając się między nimi starym plymuthem, a Stukostrachy wystarczająco skutecznie mrożą jej krew w żyłach.  Dopiero Ewa (nomen-omen fanka Króla) i Isadora swoimi recenzjami, a właściwie tym, co wyczytałam między wierszami, przekonały mnie do Jedynego dziecka skuteczniej niż sam Stephen King.

Artur Danse, przystojny ciemnowłosy restaurator po trzydziestce, jest szanowanym członkiem społeczeństwa, szczęśliwie żonaty, jedno dziecko. Pochodzi z rodziny, w której despotyczna matka odgrywała dominującą rolę. Jako dziecko spowodował pożar lasu i, jak podejrzewa lokalny stróż prawa, znęcał się nad zwierzętami. Kiedy coś idzie nie po jego myśli, miewa napady furii. Lubi perwersyjny seks, na który obopólna zgoda nie jest mu potrzebna. Rozwijający się interes zmusza go do częstych podróży służbowych, swoją nieobecność wynagradza dziecku coraz to nowymi zabawkami. I lekcjami życia. Bolesnymi lekcjami, których żaden człowiek, a tym bardziej żadne dziecko,  nie powinno otrzymać z rąk innej istoty ludzkiej. Ale Arthur ma misję: musi uświadamiać ludzi, że nie powinni czuć się bezpieczni.

Jedyne dziecko to wstrząsająca lektura, niektóre sceny nawiedzają czytelnika niczym złe duchy, inne budzą bardzo silne emocje - od współczucia po nienawiść, od bezsilnej złości po dogłębne poczucie niesprawiedliwości. Jest to lektura poruszająca bardzo ważny i trudny temat, który zbyt często zostaje za zamkniętymi drzwiami - molestowania dzieci i walki jednego z rodziców (najczęściej matki) z potworem i z systemem.

Problem polega na tym, że, mimo wszystko, nie jest to lektura wybitna - fabuła tak przejrzysta, że aż przewidywalna, tematyka tak poruszająca, że aż odrzuca, poza tym napisana prostym, wulgarnym językiem, a na domiar złego w polskim wydaniu na tyle źle zredagowana, że aż woła o pomstę. Arthur Danse to wręcz "książkowe" studium psychopatycznego misjonarza, syndrom ofiary Lydii  jest niemal jak wielki neon na pustyni... bywały też niestety momenty, w których miałam ochotę "zamknąć drzwi i zakluczyć na dwa zamki" (cytat z książki, s. 49) za błędami stylistycznymi i językowymi (to wydanie) oraz natłokiem niekoniecznie uzasadnionych okazów rynsztokowej łaciny w narracji (to Ketchum).
 
Nie wiem, czy mąż Sherry Nance, której historia zainspirowała Ketchuma do napisania Jedynego dziecka, był pierwowzorem postaci Arthura, ale z opowieści o seryjnych mordercach Thomas Harris parę lat temu sprawił, że zaczęłam się tym tematem interesować, Ketchumowi by się to nie udało. Muszę jednak oddać sprawiedliwość - przez ostatnie kilkadziesiąt stron straciłam poczucie czasu na tyle, że spóźniłam się na umówione spotkanie...

Umiarkowanie polecam.
tytuł oryginału: Only child
tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
liczba stron: 322
oprawa: miękka
cena z okładki: 33,90 PLN

czwartek, 26 maja 2011

Pałac Północy - Carlos Ruiz Zafon

Jako mała dziewczynka łaknęłam przygód, tajnych stowarzyszeń, gdzie jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, marzyłam o tajemniczych złoczyńcach, których wraz z moimi przyjaciółmi miałam ścigać i doprowadzać przed oblicze sprawiedliwości, a duchy i groza stanowiły wisienkę na torcie tych wszystkich snów o ekscytującym życiu. Niestety, doświadczałam tego wszystkiego jedynie w świecie stworzonym przez kolejnych pisarzy.

Przy wyborze lektury kieruję się zasadą, że im większy dookoła szum, tym dłużej należy na spotkanie z daną pozycją, lub jej autorem, poczekać. Pałac Północy jest drugą książką napisaną przez Zafona i moim pierwszym i zdecydowanie nie ostatnim tête-à-tête z tym autorem. Żałuję tylko, że tak długo zwlekałam...

Kalkuta, maj 1932 roku. Siedmioro członków Chowbar Society, tajnego stowarzyszenia, które jednak nigdy nie było tajemnicą dla dyrektora sierocińca St. Patrick's, wkrótce skończy 16 lat i pójdzie swoją własną drogą. Wychowankowie Mr. Cartera to grupka inteligentnych, oczytanych młodych ludzi, którym dyrektor pozwolił mieć marzenia i zaszczepił w nich wolę ich realizowania. Przyjaciele postanawiają spotkać się po raz ostatni w Pałacu Północy, rozpadającej się ruderze, która stanowiła przez lata ich ostoję. W drodze na to ostatnie spotkanie Ben poznaje tajemniczą Sheere, która tak bardzo przypada mu do gustu, iż zabiera ją ze sobą do Pałacu Północy. Warunkiem przystąpienia do Chowbar Society jest opowiedzenie historii, a ta, którą wnosi dziewczyna jest wyjątkowa, bardzo smutna i tragiczna historia o marzeniach, szaleństwie, strachu, ucieczce i samotności. Członkom stowarzyszenia tak bardzo zapada ona w serca, że postanawiają pomóc dziewczynie odszukać dom jej ojca.

Wokół Bena zaczynają dziać się dziwne rzeczy - widmowy ognisty pociąg, z którego słychać przeraźliwe krzyki setek dzieci, o mało co go nie przejeżdża, pojawiając się znikąd. Dyrektor sierocińca w bardzo dziwnych okolicznościach zostaje poważnie poparzony. Okazuje się również, że Ben jest bratem bliźniakiem Sheere, a obojgu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Tajemniczy Jawahal, ogarnięty żądzą zemsty, poprzysiągł zamordować wszystkich członków rodziny swojego najlepszego przyjaciela, ojca bliźniąt. Ich babka rozdzieliła rodzeństwo w nadziei uratowania ich od śmierci z rąk szaleńca.

Takiej książki potrzebowała moja łaknąca przygód dusza blisko 20 lat temu, ale i teraz to była doskonała lektura. Pałac Północy to niezwykła książka dla młodzieży, którą z powodzeniem mogę polecić dorosłym czytelnikom. Historia, która przydarzyła się ósemce dzieciaków pod koniec maja 1932 roku, mrozi krew w żyłach, czyta się ją z wypiekami na twarzy i dreszczem przebiegającym kręgosłup, a jednocześnie zachwyca się stylem autora. Domyśliłam się zakończenia, jednak wybaczam Zafonowi, w końcu nie zawsze chodzi o głośne "ojej, w życiu bym nie pomyślała!", czasem wystarczy "ojej, genialnie napisana książka!".

To jedna z tych pozycji, do których zagląda się "na chwilę", a potem wybiega w popłochu z autobusu tuż przed zamknięciem drzwi na naszym przystanku... lub na następnym. Przynajmniej ja tak miałam, i Wam życzę tego samego. Polecam. Namawiam.

Ocena: 5/5
Tytuł oryginału: El Palacio de la Medianoche
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Casas
Wydawnictwo: Muza

liczba stron: 287
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,99 PLN

sobota, 30 kwietnia 2011

Otchłań. W potrzasku - Alexander Gordon Smith


Alexander Gordon Smith jest autorem horrorów i powieści dla nastolatków. Pisze od zawsze – jego pierwsze opowiadania powstały, gdy miał sześć lat. Uwielbia gry komputerowe (notka biograficzna wydawnictwa). Muszę przyznać, że do zapoznania się z najnowszą książką Smitha przekonała mnie okładka - mroczna, pełna bólu, grozy. Szczerze mówiąc bałam się trochę tego, co mogę znaleźć w środku...

Po Letniej Rzezi, która miała miejsce parę lat wcześniej w Wielkiej Brytanii wprowadzono program zero tolerancji dla młodocianych przestępców, który w praktyce oznacza dożywotnie wtrącenie do więzienia o zaostrzonym (choć, jak się czytelnik później przekona nie jest to dobre określenie) rygorze, Otchłani.  
Siedemnastoletni Alex Sawyer, młodociany rzezimieszek opowiada nam swoją historię - to jak trafił na drogę występku, oraz to, jak został wrobiony w zabójstwo swojego najlepszego przyjaciela, osądzony i skazany na dożywocie. Jak się wkrótce okazuje Alexa wrobili przedstawiciele Otchłani, co wydaje się częstą praktyką, a dość duży procent osadzonych to niewinne dzieciaki. Samo więzienie jest przerażające, to system podziemnych jaskiń, pozbawiony dostępu światła dziennego i świeżego powietrza, w którym spotyka się zmutowane w przerażający sposób stwory, jak np. olbrzymie, pozbawione skóry psy. Wszyscy więźniowie ubierają się w identyczne bezkształtne kombinezony w uniwersalnym rozmiarze i tekturowe jednorazowe obuwie. Kąpią się we wspólnej łaźni w lodowatej wodzie. Jedzą papkę bez smaku i koloru (co akurat jest, jak się okazuje, ogromną jej zaletą, zważając na składniki). Cały czas mają wycelowane w głowy pistolety, a strażnicy raczej nie należą do osób obdarzonych głęboką empatią. Łatwo tu stracić życie w bójce, albo w paszczy jednego z piekielnych ogarów. Można też skończyć w dziurze. Do tego dochodzą jeszcze krwawe wachty, o których kolega z celi Alexa boi się nawet mówić. Tak naprawdę nikt nie dba o to, czy osadzeni przeżyją - w Otchłani nie ma odwiedzin, więźniowie odbywają dożywocie i nikt z tego miejsca nie wychodzi, prędzej czy później i tak każdy umrze.

Książkę czyta się ekspresowo, dzięki całkiem przyjemnemu stylowi autora. Jest napisana ładnym literackim językiem, bez wulgaryzmów i praktycznie bez slangu, co osobiście uważam za minus. Ugrzeczniony język Smitha bardziej pasuje do młodych intelektualistów z wysoką średnią, niż do młodocianych przestępców, jakimi w końcu są główni bohaterowie.

Postacie zapadają w pamięć, są na swój sposób charakterystyczne, jednak znów podkreślę fakt, że trochę za grzeczne. Ciekawym wybiegiem jest nadanie jednemu z najbardziej negatywnych bohaterów nazwiska Kevin Arnold - czyżby jakaś aluzja?

Interesująca fabuła i wartka akcja to niewątpliwie największe smaczki pierwszego tomu Otchłani, który wciąga niczym ruchome piaski. Dodatkowo starannie budowane od samego początku przez autora napięcie sprawia, że książka to prawdziwy page-turner, nie nudziłam się ani chwili, choć pewnie dodatkowym powodem jest fakt, że każdy z około 30 rozdziałów liczy sobie średnio dziesięć stron.

Niestety uważam, że cena książki jest  trochę zbyt wygórowana, kolejne rozdziały zaczynają się zawsze na nowej stronie nieparzystej, więc zdarza się często nawet 1,5 strony pustej przestrzeni, za które również trzeba zapłacić.

Mimo wymienionych mankamentów chętnie sięgnę po następny tom Otchłani, nie ukrywam, że chętnie dowiem się więcej na temat dalszych losów Alexa oraz czym tak naprawdę jest to więzienie. Polecam raczej chłopcom w wieku ok. 15 lat, jednak na odstresowanie (jeśli ktoś umie się relaksować przy horrorze) jest dobra dla każdego odbiorcy.


Ocena: 3/5
tytuł oryginału: Furnace. Lockdown
tłumaczenie: Marcin Wróbel
Wydawnictwo: Otware
liczba stron: 301
oprawa: miękka
cena z okładki: 32,90 PLN

sobota, 26 lutego 2011

Efemeryda – Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz Jr

Efemeryda to czwarta w kolejności książka napisana przez duet Cichowlas-Kyrcz,  koncentrujący się na opowieściach niesamowitych, pełnych mroku, niepokoju, i zła czającego się wszędzie. Poprzednie ich dzieła – antologia Twarze szatana (2009), oraz Siedlisko i Koszmar na miarę podbiły serca czytelników. Pisarze zgodnie uznali Efemerydę za swoje najciekawsze dzieło. Czy słusznie?


Książka składa się z dwóch części, dolot i odlot, okraszonych na wstępie cytatem, z pozoru nic nie mówiącym a z drugiej strony… w zasadzie zarówno ten podział, jak i cytaty to swoista igraszka z czytelnikiem.



dolot
Kapitan Artur Gałecki to jeden z najlepszych pilotów liniowych, przystojny facet po trzydziestce, niestety samotny, choć w sumie taki mężczyzna powinien mieć piękną żonę. Pewnego upalnego dnia zaczyna odczuwać narastający niepokój, co gorsza, w żaden sposób nie potrafi znaleźć jego podstaw. Taksiarz wiozący go do domu jest wyjątkowo nachalny, jedyne o czym Gałecki marzy to zimne piwo i chwila spokoju. Kiedy wreszcie spełnia się jego pragnienie i nasz kapitan gasi pragnienie dwoma zimnymi browarami, nagle zauważa, że meble i przedmioty w jego mieszkaniu zostały poprzestawiane, a na włączonym palniku kuchni ktoś zostawił czajnik.
Najpierw posądza o ten dziwny kawał sąsiada, opiekującego się mieszkaniem podczas jego nieobecności, potem byłą dziewczynę, z którą łączył go głęboko erotyczny związek. Aby ukoić skołatane nerwy idzie do baru na kilka głębszych, kiedy wraca nocą do mieszkania z przerażeniem odkrywa, że sypiący się sufit znajduje się tuż nad jego głową, a w przedpokoju stoją stare rowery. Biegnie po pomoc do wścibskiej staruszki, jednak gdy stają ponownie przed drzwiami, okazuje się, że wszystko jest w porządku, a Grześkowiakowa posądza, że Artur chciał ją zgwałcić.
To dopiero początek niesamowitych zdarzeń w poznańskim mieszkaniu, jak i poza nim, a Gałeckiego ogarnia coraz większe przerażenie. Rozważa wizytę u psychologa, nawet u psychiatry, tuż po powrocie z rejsu do miasta Girona.

odlot
Lot do Girony nie idzie jak z płatka, Gałecki , w gęstej mgle, cudem osadza boeinga 737 na opuszczonym lotnisku na skraju gęstego lasu.
Myślisz, że najgorsze już minęło? Twój koszmar dopiero się zaczyna!” – reklamuje Efemerydę Oficynka – touché!
„Teraz, przeklinając na czym świat stoi, siedział, opierając się o ścianę i rozmasowując zdrętwiały kark. Mocz rozlał się śmierdzącą kałużą między jego nogami, ale tego nie czuł. Piekło go gardło, jakby ostatnią noc spędził, drąc się na koncercie Iron Maiden albo w urządzeniu o tej samej nazwie. Nawiasem mówiąc, ciekawe, jak zareagowałby Dickinson* na ten cały bajzel?(…)” [cytat s. 183]
_______________
*Bruce Dickinson – lider Iron Maiden to nie tylko gwiazda heavy metalu, ale też ceniony pilot liniowy (przyp. autorów)



Od strony 129 książka zaczyna nabierać niesamowitego tempa, czyta się ją szybciej, szybciej, szybciej… byle tylko znaleźć rozwiązanie zagadki. O ile dolot nieco denerwował mnie sztampowością, prawie sztucznym budowaniem napięcia (przez podkreślanie faktu, że Gałecki coraz bardziej się boi, że słyszy i widzi omeny…), trochę niepotrzebnymi fantazjami erotycznymi Artura i niekoniecznie uzasadnionymi wulgaryzmami, o tyle odlot wynagrodził mi to z nawiązką.

Czasem lubię się bać, ale nie szukam w tym celu książek ani filmów, w których główną „atrakcją” są latające fragmenty ciała i fontanny krwi, których żadne ludzkie ciało nie jest w stanie pomieścić. W Efemerydzie trochę trzewi, ropiejących wrzodów i tryskającej krwi się pojawia, ale w ilościach  pozwalających stworzyć duetowi autorskiemu gęstą zupę z grozy i napięcia, a nie z nich samych. Daniem głównym są tu mutacje rodem z obrazów Boscha, znajdziemy też aluzję do Eddie’go the Head, horrorów klasy B i filmów katastroficznych.

Zakończenie natomiast sprawiło, że chętnie sięgnę po którąś z wcześniejszych pozycji pióra duetu Cichowlas-Kyrcz. Po pierwsze: lubię gdy autor się ze mną bawi,  po drugie:  nie domyśliłam się rozwiązania, po trzecie: jak się bać, to z dobrą muzyką w tle.
Wbrew pozorom: polecam tę książkę na podróż – całość na ok. 6-8 godzin (i wcale nie chodzi o gęstość druku), przykuwająca uwagę, ale nie przytłaczająca. A może po jej lekturze ktoś zdecyduje się dodatkowo sięgnąć po Portret Doriana Graya?

Ocena: 3,75/5

Wydawnictwo: Oficynka
liczba stron: 268
oprawa: miękka
cena z okładki: 32 PLN
 
Przy okazji zapraszam na niedawno odkrytego bloga autorów Efemerydy - Wszystkie Twarze Szatana.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...