Tak, znowu się zmierzyłam z romansem paranormalnym z domieszką urban fantasy z serii Zew Nocy (kwestię mojej kwalifikacji cyklu Keri Arthur wyjaśniałam w komentarzach tu).
Co tym razem ma do zaoferowania czytelnikowi australijska autorka? Trochę mniej i trochę więcej. Wiem, przewrotne sformułowanie, ale jakże prawdziwe...
W Całując grzech Arthur zaserwowała nam trochę mniej seksu, paradoksalnie czyniąc przy tym Riley bardziej rozwiązłą, niż w pierwszej części. Usprawiedliwiająca libertyńskie poczynania głównej bohaterki księżycowa gorączka mija, zamykając furtkę instynktowi i jednocześnie otwierając ją... no właśnie: czemu? Quinn postanowił się wreszcie zaangażować, a nasza wilczyca krnąbrnie i nieokiełznanie sypia z każdym, kto na niej wzrok zawiesi. Ok, chęć posiadania dziecka i bycie w związku na wyłączność z wampirem tworzą mały dysonans, ale żeby aż tak? Cóż, z arthurowskich stworzeń nocy zdecydowanie wampiry bardziej odpowiadają mojemu rozumieniu moralności.
Trochę więcej tu natomiast fabuły, zgrabnie skonstruowanej muszę przyznać. Poszukiwania szajki parającej się niezbyt etycznymi badaniami genetycznymi nabierają rozpędu, tożsamości osób uwikłanych w zdarzenia coraz bardziej zaskakują, a kreatywność Arthur przy wymyślaniu nowych mutantów prawie się ociera o X-men.
Mocno mnie zastanawia targetowanie tej pozycji - dla nastolatek za dużo seksu i za mało emocji, dla starszych za dużo seksu i za mało emocji, dla wielbicieli romance za dużo paranormalnych elementów, dla wielbicieli paranormal za dużo romance (czy raczej f...).
Jestem ciekawa, jak Australijka poprowadzi dalej intrygę, przed nami jeszcze siedem tomów - czy starczy pomysłów? Może z paranormal romance zrobi się rasowe urban fantasy? A może okaże się, że wampiry jednak mogą mieć dzieci ze związków z dhampirami? Albo któryś z bohaterów okaże się być kimś innym, niż się podaje? Tu chyba każda odpowiedź jest możliwa.
Język nadal niewymagający, styl rodem z legendarnych tanich paperbacków, mniej seksu, więcej akcji, w miarę przyswajalne, mało angażujące umysł czytadło na deszczowy wakacyjny dzień.
Nie odradzam.
Ocena: 3/5
tytuł oryginału: Kissing Sin tłumaczenie: Kinga Składanowska Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica liczba stron: 430 oprawa: miękka cena z okładki: 34,90 PLN
Romans paranormalny kojarzy mi się nieodmiennie ze schematycznym do bólu czytadłem dla nastolatek, nie wnoszącym nic do życia, zapadającym w pamięć bo a) o takiej miłości się marzy mając lat naście, b) w dorosłym życiu odkłada się na półkę z adnotacją "nigdy więcej". Już dawno porzuciłam nadzieję, że trafię na wartościową książkę z tego gatunku, ale śmiem jeszcze liczyć na choć drobne odstępstwo od schematu "lekcja biologii - wchodzi on - taki piękny - a ja przeciętna - on wegetarianin - i ja też chcę być jaroszem - i kocha mnie - choć nie wiem dlaczego - a ja jego - gdyż piękny taki jest - i żyli długo i ckliwie".
Już miałam stracić nadzieję i zakrzyknąć "dziś prawdziwych wampirów już nie ma, po wilkołakach pozostał spalonego futra swąd..." kiedy trafiłam na powieść Pani Arthur Wschodzący księżyc otwierającą cykl Zew Nocy.
Po pierwsze: Riley Janson nie jest nastolatką. Jest 29 letnim, rudowłosym, pewnym siebie (hura! nareszcie nie czarnowłosa, chora na anemię, zakompleksiona nudziara) mieszańcem wilkołaka z wampirem. On... no cóż, zależy którego "jego" mamy na myśli. Bo jest ich kilku. Na nasze ludzkie standardy Riley to zwykła dziewczyna lekkich obyczajów - ma dwóch stałych partnerów wśród wilkołaków, właśnie poznała zabójczo przystojnego wampira, ale nie widzi nic zdrożnego w przypadkowym seksie z nieznajomymi.
Po drugie: no właśnie. Seks. Oj, dużo tu tego, gdyż akcja książki dzieje się tuż przed pełnią księżyca, kiedy wilkołaki są wiecznie spragnione miłości fizycznej (albo powtórzę wprost za autorką - pieprzenia), a Arthur nie szczędzi nam szczegółów schadzek Riley z kolejnymi partnerami. Zdecydowanie książka nie jest dla nastolatek, nie chcemy wypaczonego spojrzenia na pewne sprawy.
Po trzecie: ale nie o seks tu chodzi. Rzecz dzieje się w przyszłości. Riley pracuje jako łącznik (często też pada pejoratywne określenie sekretarka) w Departamencie ds. Innych Ras w Melbourne. Pewnego dnia instynktem właściwym bliźniakom, wyczuwa, że jej brat, pracujący jako strażnik w tej samej instytucji, ma poważne problemy. Po nitce do kłębka, jak mówią - prowadząc śledztwo nasza wilczyca wraz z zabójczo przystojnym wampirem-milionerem, Quinnem O'Connorem, trafia na ślad szeroko zakreślonego nielegalnego klonowania i eksperymentów na DNA innych ras. Dochodzenie stanowi pierwszy krok na drodze do stania się strażnikiem, jak jej gejowski brat, przed czym Riley broni się rękami, nogami i zębami.
Nie mogłam się powstrzymać od aluzji w stosunku do pewnej ogólnie znanej sagi, ponieważ sama Arthur jest jeszcze mniej subtelna:
Kiwnął głową, powoli krążąc spojrzeniem po moim ciele. Sprawiał, że czułam, jakbym tonęła w świetle słonecznym, co było osobliwym wrażeniem, biorąc pod uwagę fakt, że był stworzeniem nocy. Ale to ciepło spojrzenia potwierdzało tylko, że wampiry nie były zimnymi bryłami lodu, za jakie uważali ich ludzie. Temperatura ich ciał spadała tylko wtedy, gdy miały zbyt mało pożywienia.
To by było na tyle, jeśli chodzi o wegetarianizm, n'est-ce pas? Swoją drogą przytoczony fragment podsumowuje również styl i język powieści - niezbyt wymagające, idealne na jeden deszczowy dzień.
Nie będę Wam wmawiać, że jest to ambitna lektura. Nie wydaje mi się, żeby cokolwiek, co ma przypiętą etykietkę "paranormal" mogło być choć trochę ambitne. Jednak Keri Arthur na pewno wyznacza nowy pułap dla tego niewymagającego wiele gatunku - fabuła wykracza poza standardowe ramy, pomysł na intrygę nie ogranicza się do obrony niewinnej dziewicy przed atakami złych przedstawicieli gatunku ukochanego i nie wydaje mi się, żeby ktoś wpadł na pisanie tej sagi z punktu widzenia każdego bohatera. Dla mnie to w zupełności wystarczy, żeby uznać tę pozycję za całkiem niezłą, choć nie do końca godną polecenia.
Nie odradzam.
Ocena: 3/5
tytuł oryginału: Full Moon Rising tłumaczenie: Kinga Składanowska Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica liczba stron: 439 oprawa: miękka cena z okładki: 34,90 PLN
Kiedy byłam nastolatką, na rynku czytelniczym popularne były harlequiny i klasyka fantasy. W pewnym momencie ktoś wpadł na pomysł, aby tanie romansidła i parę legend wrzucić do blendera i tak oto powstał nowy nurt zwany paranormal romance. I, o ile czekolada z chilli tworzą naprawdę niezłą kompozycję, o tyle wyrób czekoladopodobny z papryką - niekoniecznie.
Sięgając po Dziedzictwo mroku miałam nadzieję, że biorę do ręki coś, co wyłamuje się z szablonu gatunku, co stworzy nową jakość. W końcu zapowiadało się naprawdę mrocznie:
Grace Divine, córka miejscowego pastora, zawsze wiedziała, że tej nocy, kiedy znikł Daniel Kalbi, wydarzyło się coś strasznego. Tamtej nocy przed domem znalazła swojego brata Jude’a nieprzytomnego i skąpanego we krwi. To, co się wówczas stało, miało pozostać straszliwą tajemnicą.
(...)
Im bardziej Grace zbliża się do Daniela, tym większe grozi jej niebezpieczeństwo, ponieważ gniew Jude‘a prowadzi go do sojuszu ze starożytnym złem, które Daniel wyzwolił owej straszliwej nocy. Grace musi poznać prawdę o mrocznym sekrecie chłopaka… oraz odkryć lekarstwo, aby ocalić tych, których kocha. Może to jednak wymagać od niej ostatecznej ofiary – z własnej duszy.
Grace Divine - Łaska Boska - to nastoletnia bohaterka naszej powieści. Na lekcji rysunku spotyka dawnego przyjaciela z dzieciństwa i swoją pierwszą miłość, Daniela Kalbi. Jej brat, Jude Divine, wymaga na niej obietnicę, że dziewczyna nie będzie się z przyjacielem widywać, jednak fascynacja, oraz chęć pomocy płynąca z jej imienia, są silniejsze od obietnic. Daniel skrywa mroczną tajemnicę. Czy dziewczyna zdoła odnaleźć lekarstwo na lykanotropię? A może nie oprze się pokusie, by zrobić z Daniela superbohatera na miarę Batmana?
Becca Fitzpatrick, autorka innego poczytnego paranormal romance, napisała o Dziedzictwie:
Ta mrocznie komiczna i zaskakująca powieść wznosi się na wyżyny gatunku.
Komiczna - jak najbardziej. Grace, która opisuje strój jednej z postaci uczestniczących w imprezie: "coś, na co chyba mówią gorset", kiedy idzie na bal paręset stron dalej, opisuje swoją sukienkę tak:
Obcisły, profilowany gorset sprawiał, że nawet wyglądałam, jakbym miała piersi (...)
Być może Pani Despain miała na celu stworzenie czegoś oryginalnego, miejscami jej się nawet udało. Do wyżyn gatunku, nawet tak mało ambitnego i wymagającego, trochę jednak brakuje.
Co do plusów: książkę czyta się szybko, nawet ekspresowo, co jest wynikiem mało wymagającego języka, prostej fabuły, oraz charakteru naszej narratorki. Łaska Boska nie zagłębia się w meandry umysłów pozostałych postaci i trochę mało emocjonalnie podchodzi również do siebie. Kilka humorystycznych akcentów (mam ogromną nadzieję, że były one zamierzone) również przydaje nieco oryginalności dziełu Despain. Samo zakończenie tego tomu jest plusem dla autorki.
Reasumując - lekkie, nic nie wnoszące do życia czytadło, dobre na dwa upalne wieczory.
Ocena: 2/5
tytuł oryginału: The Dark Divine tłumaczenie: Agnieszka Fulińska Wydawnictwo: Galeria Książki liczba stron: 432 oprawa: miękka ze skrzydełkami cena z okładki: 39,90 PLN
„Szeptem” to debiutancka powieść Becci Fitzpatrick. Dodałam sobie ją kontrolnie do listy „chcę przeczytać” tuż po premierze, ponieważ, nie będę owijać w bawełnę, urzekła mnie okładka. Jednak ci z Was, którzy śledzą mojego bloga, a dokładniej stosiki, wiedzą, że kolejkę mam dosyć długą, „Szeptem” stało gdzieś przy jej szarym końcu, szczególnie jeśli chodzi o zaopatrzenie się w tę pozycję. Kiedy Wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi ją do recenzji, zgodziłam się bez wahania, a jednak ciężko było mi się za nią zabrać. Dlaczego? Bo bałam się rozczarowania, a nawet przeróbki pewnej wampirzej sagi. Czy słusznie?
Zasiadam z książką pod pachą w mym super tajnym wehikule czasu (hmmm, właśnie się wydało!) i ustawiam zegary na maj 1996. Robię to, aby spojrzeć na książkę z właściwej perspektywy, w końcu nie mam już 16 lat i zdecydowanie mój odbiór tego typu literatury jest inny. Widzę dawną siebie zatopioną w lekturze, czytam „Zew Cthulhu”. Oj, nie wróży to dobrze książce Pani Fitzpatrick…
Nic to, znajduję sobie cichy kącik i otwieram książkę.
Prolog przenosi mnie do XVI-wiecznej Francji, gdzie młody książę Chauncey spędza mile czas z młodą wieśniaczką. Już po kilku zdaniach ogarnia mnie nastrój książki – mroczny i tajemniczy. I nawet mi się to podoba, mam w końcu 16 lat i słucham metalu – to moje klimaty.
Narratorką jest 16-letnia Nora Grey, anemiczna (dosłownie, nie w przenośni – chorująca na anemię), chuda ciemnowłosa dziewczyna, z powodu niedawnej straty ojca (został zamordowany w tajemniczych okolicznościach) regularnie odwiedzająca szkolnego psychologa. Na biologii (swoją drogą – o co chodzi z tą biologią w amerykańskich książkach, serialach i filmach???) nauczyciel z okazji lekcji o rozmnażaniu człowieka przydziela wszystkim nowych kolegów z ławki i tym oto sposobem Nora poznaje Patcha. Chłopak budzi w niej wyjątkowo sprzeczne uczucia o zabarwieniu raczej negatywnym. Poza pociągiem fizycznym, jaki do niego czuje, wydaje jej się on „palantem” oraz nałogowym palaczem cygar, poza tym napawa ją strachem.
Nora potrąca jakiegoś mężczyznę samochodem swojej przyjaciółki, jednak, gdy dziewczyny idą oszacować zniszczenia, pojazd jest praktycznie bez szwanku. Patch pojawia się wszędzie tam, gdzie ona, nawet podczas randki z Elliotem Saundersem, nowym uczniem w Coldwater, który skrywa mroczną tajemnicę. Dziewczyna czuje się osaczona i zagrożona, a wokół niej zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Komu może ufać?
Nora nie jest, w przeciwieństwie do Belli, samotną wyspą dryfującą w morzu swej wybujałej uczuciowości. Ma przyjaciółkę, Vee Sky, która szczerze mówiąc mnie od pierwszej chwili irytowała swoją infantylnością i monotematycznością. Dziewczyny pracują w szkolnym e-zinie, chodzą na zakupy (Nora może nie przykłada specjalnej wagi do stroju, jednak niewątpliwie nie nosi wiecznie dżinsów i podkoszulki), na kawę, do restauracji, oraz regularnie do kina aby recenzować repertuar czytelnikom. Nora bywa też w bibliotece (Vee niekoniecznie). Pojawia się również postać wrednej cheerleaderki Marcie. Ha! Mało tego, Fitzpatrick wprowadza element niepewności, kiedy na scenę wchodzą Elliot i Jules. Słowem – świat Nory nie zaczyna się i nie kończy na Patchu.
Patch natomiast… no cóż, urody odmówić mu nie można, podobnie jak magnetyzmu, jednak Fitzpatrick udało się nie zrobić z niego potulnego kotka. Do końca nie wiemy też, czy jego dobre zamiary względem Nory są czyste, czy może jest on wcieleniem zła. Patch nie walczy z dwoistością swej natury, po prostu autorka nie odkrywa wszystkich kart. Duży plus dla niej.
Polubiłam główną bohaterkę za fakt, że nie jest zapatrzona w Patcha jak przysłowiowa sroka w gnat, nie zachwyca się w co piątym zdaniu jaki on piękny, a w co siódmym nie twierdzi, że nie boi się go, mimo, że wie, że on mógłby ją zabić, ale ona i tak go kocha. Mało tego, czuje do niego nieodparty pociąg fizyczny, ale nie rzuca mu się ufnie w ramiona przy najbliższej możliwej okazji. Nora Gray wydaje się być mniej mdła, a jednocześnie zdecydowanie bardziej prawdziwa. Ot, nastolatka z krwi i kości, czująca pociąg do niewłaściwego faceta – jak każda.
Znów wsiadam do wehikułu, żeby napisać podsumowanie w swojej współczesności – tam przecież nie mam laptopa
Mimo, że książkę czyta się bardzo szybko, fabuła (wielowątkowa!) jest wartka i nieprzewidywalna, zabrakło mi czegoś, co bardzo trudno wyrazić słowami, ale jeśli powiem, że zabrakło mi uczuciowej więzi z autorką, chyba zrozumiecie, o czym mówię. „Szeptem” czyta się z wrażeniem, że narratorka stała obok, nie w środku akcji, chociaż po doświadczeniach z Bellą Swan, może to i dobrze? Nie będę Wam wmawiać, że jest to literatura wysokich lotów, bo to nie byłaby prawda, jednak, jeśli wziąć pod uwagę regał z paranormal romance – „Szeptem” powinno być wyeksponowane dokładnie na poziomie wzroku, a drugi egzemplarz warto by postawić na dolnej półce, niech nastolatki wiedzą, że nie trzeba się ufnie rzucać w ramiona każdemu, kto na nie spojrzy
Chętnie przeczytam kontynuację, gdyż, po opisie sądząc, będzie to kolejny pojedynek na linii Nora-Bella, tym razem radzące sobie z porzuceniem.
Ocena: przyjemnie zaskakujące 3,5/5
tytuł oryginału: Hush, Hush tłumaczenie: Paweł Łopatka Wydawnictwo: Otwarte liczba stron: 328 oprawa: miękka cena z okładki: 32,90 PLN