Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 czerwca 2011

Eifelheim - Michael Flynn

Jak to czasem bywa, do sięgnięcia po Eifelheim zachęciła mnie okładka. Nawet nie musiałam czytać opisu, żeby wiedzieć, iż mamy tu do czynienia z kosmitami w średniowiecznej Europie - tak intrygującego wydarzenia nie mogłam przeoczyć.

Schwarzwald, jesień średniowiecza. W Europie zbiera żniwo Czarna Śmierć, za co Inkwizycja karze Żydów i heretyków. Pojawiają się już przebłyski oświeconego postrzegania świata, jednak zdają się one być nadal sporadycznymi przypadkami. Ksiądz Dietrich z wioski Oberhochwald usiłuje w logiczny sposób wytłumaczyć dziwną burzę wykazując przy tym zadziwiającą, jak na te czasy, otwartość umysłu i przenikliwość, które będą nam towarzyszyć i mile zaskakiwać aż do ostatniej strony.

Dietrich wraz z dowódcą dworskiego garnizonu, Maksem, udaje się do lasu, gdzie spotykają ludzi bez ziemi. Tylko... to w ogóle nie są ludzie.
Patykowaci, mizerni, zdeformowani. Ciała ozdobione podartymi kawałkami tkaniny. Szara skóra nasycona bladą zielenią. Długie, bezwłose tułowia zwieńczone pozbawionymi pozbawionymi wyrazu twarzami bez nosa i uszu, zdominowanymi przez wielkie, złote kuliste oczy, o wielu powierzchniach jak diament, oczy, które nie spoglądały w żadnym kierunku, ale widziały wszystko. Na czołach powiewały im jak letnia pszenica czułki.
Krenkowie przybyli z daleka, z tak daleka, że sami nie są pewni, czy ich rodzinną gwiazdę widać z miejsca tak odmiennego od ich domu, że nawet tutejsze pożywienie ich nie syci, a w którym uległ awarii ich statek badawczy. Czy uda się naprawić wóz pielgrzymów? Czy Dietricha czeka sąd biskupi za ochrzczenie diabłów o wyglądzie pasikonika? Czy bratu Joachimowi uda się nawrócić demony zanim odejdą lub umrą? A może wcześniej do wioski przyjdzie zaraza?

Siedem stuleci później amerykański kliolog, Tom Schwoerin, próbuje wyjaśnić dlaczego, mimo bardzo atrakcyjnego położenia w Schwarzwaldzie, nie zasiedlono ponownie wsi Eifelheim.
Życiowa partnerka Toma, Sharon Nagy, prowadzi badania nad prędkością światła i czasoprzestrzenią. W związku tych dwojga nie dzieje się najlepiej, a badania jeszcze bardziej ich oddalają od siebie.

Z jednej strony pozornie banalna fabuła, z drugiej historia o siłe przyciągania równej czarnej dziurze. Nie mogłam się oderwać! Co w niej takiego niezwykłego? Przede wszystkim postać księdza Dietricha - człowieka, który wykraczał poza swoje czasy. Człowieka, który potrafił pogodzić wiarę i naukę. Człowieka, który skrywał mroczną tajemnicę. Niesamowicie było patrzeć jak Dietrich balansuje na pograniczu herezji. W jaki sposób rozmawia z osobami, które są zdolne przygotować dla niego stos. W jaki sposób przy użyciu serca i rozumu stawia czoła czemuś, co nie mieści się w światopoglądzie średniowiecznych Europejczyków. Jak bardzo stara się zrozumieć sytuację Krenków przy użyciu ograniczonego zasobu słownictwa ówczesnych ludzi. Jak wielkie jest zaskoczenie osób, które siedem wieków później ze szczątkowych informacji odtwarzają postać tego niezwykłego duchownego.

Ciekawie rozwiązana budowa powieści to kolejna zaleta - w odległym średniowieczu trwa walka z czasem, zabobonami i możliwościami technicznymi, historyk Tom i jego asystentka Judy prowadzą żmudne badania starych manuskryptów w poszukiwaniu odpowiedzi, kosmolog Sharon, jak wielu naukowców, balansuje na granicy herezji, a wszystko to spina klamra narracji Antona, historyka i przyjaciela Toma Shwoerina.

Styl autora oraz dobre tłumaczenie również zasługują na pochwałę. Flynn pisze bardzo równo, akcja przyspiesza i zwalnia bez ostrych przeskoków, poszczególne sekwencje przerywane są w najciekawszym momencie i następuje przeniesienie w przyszłość bądź przeszłość, a jednak elementy uzupełniają się i pomagają ułożyć logiczną całość.

Porozmawiajmy o minusach. Nie ma ich wiele, ale jednak są - po pierwsze objaśnienia podstaw fizyki w wykonaniu Sharon mimo, iż są istotne dla fabuły, to jednak można się pokusić o nazwanie ich dłużyznami. Po drugie - Tom jest poliglotą i często wtrąca sentencje w kilku językach, niestety brak przepisów w większości przypadków odsyłał mnie do Internetu. Drobny dyskomfort odczuwałam ze strony wydania - nie lubię niszczyć książek, więc tę mogłam otworzyć jedynie na jakieś 45-60 stopni w obawie, że złamię grzbiet.

W 2007 roku Eifelheim nie zostało uhonorowane nagrodą Hugo, chciałabym przeczytać dzieło pana Vinge, które ją wówczas dostało. Musi być naprawdę świetne.

Myślę, że, nawet jeśli ktoś rzadko czyta science-fiction, może pokusić się o sięgnięcie po Eifelheim - jeśli przymkniecie oczy na Krenków, staniecie się świadkami dialogu świata nauki ze światem wiary, światła z gwiazd z mrokami średniowiecza. Gra warta świeczki.

Ocena: 4,5/5
tytuł oryginału: Eifelheim
tłumaczenie: Tomasz Walenciak
Wydawnictwo: Solaris
liczba stron: 608
oprawa: miękka
cena z okładki: 52,40 PLN

czwartek, 9 czerwca 2011

Lewa Ręka Ciemności - Ursula K. LeGuin

To moje kolejne spotkanie z niekoronowaną królową powieści fantasy i science-fiction, Ursulą K. LeGuin. Ziemiomorze urzekło mnie magicznym stylem pisania, stylem w którym to nie litery na kartce papieru tworzą opowieść, tylko to, jak te litery są przetwarzane przez nasze umysły bezpośrednio na obrazy. Czy i tym razem udało się LeGuin zaczarować mnie bez użycia słów?

Na planetę Gethen, ze względu na swoje warunki klimatyczne zwaną też Zimą, przybywa wysłannik wspólnoty planet, Ekumeny, Genly Ai. Jego zadaniem jest "przygotowanie gruntu" i zawarcie umowy na wymianę inforamacji z Getheńczykami. Nie jest to łatwa misja, ponieważ różnice kulturowe są ogromne, a ich podstawowa przyczyna leży w seksualności mieszkańców Zimy. Getheńczy zdają się być unikatowymi przedstawicielami gatunku ludzkiego, przez większą część roku będąc idealnymi hermafrodytami, raz w miesiącu przechodząc kemmer, coś w rodzaju rui, gdzie jeden z kemmeringów przyjmuje cechy płciowe żeńskie, drugi - męskie. Każdy z nich może stać się zarówno mężczyzną, jak i kobietą i potencjalnie każdy może urodzić dziecko. Getheńczykami nie kierują hormony i popęd płciowy, co czyni ich, w oczach Ai nieco zniewieściałymi.

Ai nie udaje się przekonać króla Karhidu do zawarcia sojuszu z Ekumeną, postanawia więc udać się do sąsiedzkiego kraju, Orgoreynu, by tam namawiać do tego reprezentantów wspólnoty (organu rządowego Orgoreynu). Nie wszystko układa się po jego myśli. Jak okrutna potrafi być zima na Zimie? Czy Ai zdoła zawrzeć umowę w imieniu Ekumeny?

Autorka powierzyła historię aż dwóm narratorom pierwszoosobowym – Ziemianinowi Ai oraz Getheńczykowi Estravenowi, w opowieść dodatkowo wpleciono raport jednego ze zwiadowców (trzeci narrator pierwszoosobowy, jednak nieistotny dla rozwoju akcji) oraz kilka podań, co w rezultacie daje bardzo ciekawy efekt. Oglądane z punktu widzenia dwóch różnych osób, i to różniących się absolutnie wszystkim: pochodzeniem, kulturą, osobowością i płcią, te same sytuacje nagle stają się zupełnie różne. Tam, gdzie jedna z postaci uważa, że jej wypowiedź była nieśmiała, druga twierdzi, że była sucha. Dla jednego dawanie rad to obraza dla drugiej strony, dla drugiego - cenny prezent. To zderzenie kulturowe przypomina mi niemalże przerysowany mocno dialog Europejczyka i Japończyka, a to przerysowanie pogłębia jeszcze fakt, iż jedna z postaci to pełnokrwisty, ziemski mężczyzna ze swoimi hormonami, druga nijak nie mieści się w kategoriach ludzkich.

Muszę przyznać, że nie jest to lektura łatwa, lekka i przyjemna. Oglądamy ludzkość jakby z innej perspektywy - nie ma tu testosteronu są za to bardzo trudne, wręcz groźne, warunki klimatyczne, więc najsilniejszym instynktem staje się instynkt przetrwania. Nie funkcjonuje kara śmierci, najwyższą karą jest bowiem wygnanie, które przy niskich temperaturach i nieurodzajnej ziemi, może się okazać jednak identyczne w skutkach. Getheńczycy nie znają wojny, ani nie mają na nią określenia. Są to z natury łagodne istoty, a jednak oglądamy na Gethenie pewne znane nam sceny. Jakie? Myślę, że warto przekonać się na własną rękę.

Okładka wydania, której zdjęcie umieściłam na początku, wydaje się bardzo adekwatnie oddawać nastrój Lewej Ręki Ciemności. Dokładnie w takich kolorach postrzegałam Zimę, mimo padającego śniegu: ciemne, przytłumione zielenie, szarości, ponure, a jednak wabiące tajemniczością. I znów miałam wrażenie, że słowa nie są tu istotne, najważniejsze są obrazy. LeGuin - szamanka słowa - nie zawiodła mnie i tym razem.

Polecam głównie fanom tego gatunku, ale nikomu nie zaszkodzi przekonać się osobiście, dlaczego powieści LeGuin są zaliczane do klasyki science-fiction.

Ocena: 4/5
tytuł oryginału: The Left Hand of Darkness
tłumaczenie: Lech Jęczmyk
Wydawnictwo: Książnica
liczba stron: 279 + 3
oprawa: miękka ze skrzydełkami
cena z okładki: 24,90 PLN
jak do mnie trafiła: Matras, 23,65 PLN

sobota, 23 kwietnia 2011

Nacja - Terry Pratchett

Nie jest tajemnicą, że do Pratchetta i jego twórczości podchodzę z zapałem neofity i niesłabnącym zachwytem. Tak też podeszłam do Nacji, która stała sobie na półce przez miesiąc i cały czas kusiła magnetyzującą okładką i pięknym, powiem więcej: rozpieszczającym czytelnika, wydaniem. Spodziewałam się humoru żywcem ze Świata Dysku tylko osadzonego gdzieś na naszym ziemskim Pacyfiku i to był błąd, jest to science-fiction z dobrej, klasycznej szkoły Verne'a z dosyć mocno wyczuwalną nutką filozoficzną.

Rzecz dzieje się w jednym z alternatywnych światów. W Wielkiej Brytanii wybucha zaraza, która zbiera swe żniwo między innymi wśród następców tronu, tak więc statek "Ptaszyna" ma za zadanie odnaleźć i dostarczyć do ojczyzny sukcesora, oraz, jeśli uda się doścignąć "Słodką Judy", również jego córkę, pannę Ermintrudę.

Mieszkający na jednej z wysp na Oceanie Pelagialnym Mau ma zostać mężczyzną. Zostaje w tym celu zawieziony na Wyspę Chłopców, skąd ma powrócić na Nację w własnoręcznie zbudowanym kanu, by tam odebrać swój tatuaż, przeżyć tę akcję z nożem oraz zyskać duszę. Buduje więc piękne, niezawodne kanu i rusza w drogę, oczyma duszy widząc oczekującą na niego z ucztą całą wioskę. Jest już blisko, kiedy pochłania go wielka fala.

Gdy budzi się po jakimś czasie na swojej rodzinnej wyspie, Nacji, z przerażeniem i bezbrzeżnym smutkiem odkrywa, że jest jedynym ocalałym mieszkańcem wioski. Odnajduje zmasakrowane przez żywioł ciała swoich bliskich i nie potrafi wybaczyć bogom tego, że ocalili właśnie jego. "Nie dzieje się." tłumaczy sobie. "Nie dzieje się." z tym hasłem dźwięczącym w umyśle, odrętwiały "drugi" Mau, podąża śladami boga śmierci, Locahy, grzebiąc ciała niegdyś znanych sobie osób w morzu. Jednak ktoś jeszcze ocalał i obserwuje Mau wypełniającego najtrudniejszy obowiązek jego krótkiego życia. Ten ktoś to Ermin... Daphne, jedyny ocalały ludzki pasażer "Słodkiej Judy".

Akcja rozwija się bardzo,  bardzo powoli, dopiero w kilku ostatnich rozdziałach nabierając niesamowitego tempa i to powolne przyspieszanie stanowi minus tej pozycji, moim zdaniem jedyny, ale zdecydowany. Za dużo jest w niej rozważań filozoficzno-teologicznych, czasem nawet powtarzających się. Nie wiem, czy te powtórzenia były zamierzonym zabiegiem, w każdym razie niezbyt udanym, na szczęście jednak kunszt autora pozwala przez nie przebrnąć.

Postacie są zróżnicowane charakterologicznie i świetnie zbudowane. Mau to typowy przywódca, silna osobowość, pomysłowy i inteligentny, może trochę zbyt dojrzały, jak na swój wiek, ale poznajemy go lepiej już po wielkiej tragedii, która wywróciła całe jego życie do góry nogami i zmusiła go do szybszego stania się mężczyzną. Daphne to nastolatka wyłamująca się ze stereotypu wiktoriańskiej panienki, zainteresowana żywo nauką, w Londynie chodziła nawet na wykłady w Towarzystwie Królewskim. Ataba, kapłan, typowy dewot, skłonny nawet do morderstwa w obronie własnych przekonań. Wiekowa Pani Bulgot - mądra staruszka, szamanka, być może obdarzona jakimiś zdolnościami paranormalnymi. Pogrążona w depresji Nieznajoma... Pratchett ma niesamowity dar do tworzenia wiarygodnych i ciekawych postaci, co można zauważyć w Świecie Dysku, a tu jego kunszt osiągnął wyżyny, może ze względu na temat powieści.

Nacja nie należy do łatwych lektur. Trudno przebrnąć przez ból Mau uświadamiającego sobie, że tylko on z całej wyspy przeżył kataklizm. Trudno nie zatrzymać się na chwilę, by przemyśleć bunt chłopca przeciw bogom, słuszność lub niesłuszność przedstawianych Atabie argumentów. W posłowiu Pratchett napisał:
Myślenie.
Ta książka go wymaga. Od was zależy, czy będziecie próbować robić to w domu.
Trudno odmówić słuszności powyższego stwierdzenie - to nie jest lektura, obok której się przechodzi obojętnie. To książka o dorastaniu i to bardzo brutalnym, z dnia na dzień. O wierze, o tym, jak łatwo jest ją stracić, a także zastanawianie się nad samą jej istotą. Wreszcie, o dokonywaniu trudnych wyborów w imię wyższego dobra.

Jak wspomniałam na początku, spodziewałam się Świata Dysku, ale nie jestem rozczarowana tym, co otrzymałam. To jedna z najlepszych książek o życiu po zagładzie znanego świata i budowaniu nowego ładu, jakie czytałam. Polecam każdemu, pod warunkiem, że nie zrazi Was nieco przydługie rozwinięcie.


Ocena: 4,5/5
tytuł oryginału: Nation
tłumaczenie: Jerzy Kozłowski
Wydawnictwo: Rebis
liczba stron: 423
oprawa: twarda, w obwolucie
cena z okładki: 35,90 PLN
jak do mnie trafiła: Selkar, 26,50 PLN

poniedziałek, 28 marca 2011

Przewodnik Autostopem przez Galaktykę - Douglas Adams

Douglas Adams (1952-2001) był brytyjskim pisarzem s-f, dziennikarzem i scenarzystą. Spod jego pióra wychodziły między innymi skecze dla Monty'ego Phytona (Latający Cyrk, MP i Święty Graal) oraz scenariusze do Doctora Who. Adams, którego ulubionym narzędziem był purnonsens, jest nazywany ojcem groteski s-f.
Nadawane od marca 1978 roku w rozgłośni radiowej BBC słuchowisko Autostopem przez Galaktykę zyskało sobie rzeszę fanów ze względu na absurdalny, acz inteligentny, humor oraz nowatorskie, wybiegające daleko w przyszłość myślenie Adamsa.
Książkowa wersja przygód Artura Denta rozrosła się do trylogii w pięciu częściach, a ja jestem niedługo po przeczytaniu pierwszej z nich.

Artur Dent, wysoki, ciemnowłosy trzydziestolatek, który wiecznie odczuwa  nieuzasadniony bliżej niepokój, budzi się pewnego dnia rankiem i wykonuje codzienne czynności, utrzymując na progu świadomości fakt, że za oknem znajduje się żółty buldożer. Kiedy wreszcie fakt ten dociera do jego mózgu, Artur natychmiast układa się na jego drodze, by nie dopuścić do zburzenia swojego domu (celem wybudowania właśnie w tym miejscu autostrady) przez pracującego dla rady miejskiej potomka Dżyngis Chana. Nagle pojawia się jego przyjaciel, Ford Prefect, aby przy sześciu piwach wyjawić mu swój niezwykły sekret: otóż pochodzi on z małej planety w okolicach Betelgeuzy, a Ziemia ma zostać za parę minut zniszczona, gdyż koliduje z autostradą galaktyczną.

Życie... (...) Możesz na nie pluć, możesz je ignorować, ale nie możesz go polubić!

Jak się zapewne domyślacie Artur i Ford jako jedyni ocaleli z zagłady naszej ukochanej planety, co okazało się dopiero początkiem ich niezwykłych przygód.

Czym jest Przewodnik Autostopem przez Galaktykę? Otóż jest to najbardziej godna uwagi książka spośród wydanych przez wielkie korporacje wydawnicze Ursa Minor, prawdziwe kompendium wiedzy (momentami nieścisłe, zawierające wiele danych apokryficznych, oraz tego, co akurat wydało się wydawnictwu ciekawe), a mające nad sławną Encyklopedią Galactica poważną przewagę z dwóch względów: po pierwsze jest tańsze, a po drugie ma na okładce napis: "Bez paniki" wydrukowany dużymi, sympatycznymi literami.

Książka Adamsa pełna jest absurdalnego humoru i satyry na ludzkość, czyta się ją bardzo dobrze co jakiś czas wybuchając śmiechem. Całość oscyluje gdzieś pomiędzy Monty'm Phytonem a Doctorem Who, co powinno być wyznacznikiem dla osób zastanawiających się nad sięgnięciem po tę kultową pozycję. Ja i MP i Doctora bardzo cenię, więc bawiłam się świetnie. Nie będę bardziej  zagłębiać się w szczegóły, bo szkoda byłoby psuć Wam zabawę, a na zachętę (lub ku przestrodze) zamieszczę krótki fragment:

(Fragment przewodnika "Autostopem przez Galaktykę", strona sześćset trzydzieści cztery tysiące siedemset osiemdziesiąt siedem, część pięć a, hasło: Magrathea)
Dawno temu, w mrokach czasów strożytnych, w wielkich i pełnych chwały dniach dawnego Imperium Galaktycznego, życie było szalone, bogate i przeważnie wolne od podatków.
Potężne statki kosmiczne przecierały szlaki pomiędzy egzotycznymi słońcami w poszukiwaniu przygód i bogactw na najodleglejszych krańcach Galaktyki. W owych czasach ludzie byli nieustraszeni, stawki wysokie, mężczyźni byli prawdziwymi mężczyznami, kobiety prawdziwymi kobietami, a małe futrzane stworki z Alfa Centauri - prawdziwymi małymi małymi stworkami z Alfa Centauri.

"Hej, czy wihasz tego zażytnego froda, Forda Prefecta? Ten to wie gdzie ma ręcznik!". 
Ja pilnuję swojego ręcznika (choć nie od Marksa i Spencera) i Wam też radzę, nigdy nie wiadomo, kiedy znajdziecie się na pokładzie statku kosmicznego o napędzie nieprawdopodobieństwa.

Oczywiście polecam :)

Ocena: 4/5

tytuł oryginału: The Hitchhiker's Guide to the Galaxy
tłumaczenie: Anna Banaszak
Wydawnictwo: Faktor
liczba stron: 240
oprawa: miękka
cena z okładki: 46 500 PLN
jak do mnie trafiła: Allegro.pl 14 PLN

niedziela, 27 lutego 2011

Fałdka Czasu - Madeleine L'Engle

Po Fałdkę czasu postanowiłam sięgnąć ze względu na intrygujący tytuł oraz moją fascynację serialem produkcji BBC Doctor Who.

Meg mieszka wraz z matką, braćmi bliźniakami i braciszkiem Charlesem Wallace'em w dwustuletnim domu. Złośliwi mówią, że ojciec porzucił rodzinę dla jakiejś ślicznotki, Meg i Charles natomiast są słabi umysłowo. Oczywiście te słowa wynikają z zazdrości, bo ojciec pracuje nad tajnym projektem rządowym, Meg, brzydkie kaczątko, jest nadzwyczaj uzdolniona matematycznie a Charles Wallace to niezwykły chłopiec.

Charles, który ma pięć lat i nie chodzi jeszcze do szkoły, pewnego dnia zapuszcza się wgłąb lasu, daleko poza teren posiadłości Murrych i poznaje mieszkające w opuszczonym domu duchów starsze panie: panią Cotojest, panią Kto i panią Która. Pani Cotojest odwiedza jego dom parę dni później i zasiewa ziarnko niepewności w domu. Następnego dnia Charles Wallace prowadzi Meg do domu staruszek, aby ta je poznała. Po drodze spotykają chłopca imieniem Calvin, szkolną gwiazdę koszykówki, i razem ruszają na spotkanie starszych pań.

Rodzeństwo zaprasza Calvina do domu na kolację, chłopiec poznaje panią Murry i mówi do Meg:
- Czy ty wiesz, jaka jesteś szczęśliwa?
Uśmiechnęła się dość cierpko.
- Przeważnie nie wiem.
- Taka matka! Taki dom! Do licha, twoja matka jest wspaniała! Powinnaś widzieć moją. Ma wyrwane wszystkie górne zęby, więc tata jej kupił protezę, ale ona jej nie nosi, mówi, że niewygodna. I całymi dniami chodzi nie uczesana. Co nie znaczy, że wygląda lepiej, kiedy się uczesze. - Zacisnął pięści. - Ale ja ją kocham. To właśnie jest dziwne. Kocham ich wszystkich, a oni złamanego grosza by za mnie nie dali. Może dlatego telefonuję, kiedy nie mam zamiaru wrócić do domu. Bo ja dbam. Nikt inny nie dba. Ty nie wiesz, jakie to szczęście być kochanym.
Meg idzie z nowym kolegą na spacer i już, już mają się pocałować, kiedy... zaczyna się tesserowanie po innych planetach w poszukiwaniu ojca oraz by uratować świat od ogarniającego go Czarnego Cienia.

Planeta Kamazołzja to modelowa, szablonowa wręcz antyutopia. Wszyscy są tu równi. Wszyscy jednakowi. Nikt nie jest nieszczęśliwy. Nikt nie choruje. A jak choruje to się go usypia.

- Ty nam powiesz o was - powiedział Charles Wallace.
- Egzaminujesz? - Chłopiec trochę się zaniepokoił. - Wszyscy wiedzą, że w naszym mieście jest najlepsze Centrum Centralnej Inteligencji na tej planecie. Osiągamy najwyższy poziom produkcji. Nasze fabryki pracują bez przerwy. Nasze maszyny nigdy nie ustają. W dodatku mamy pięciu poetów, jednego muzyka, trzech malarzy i sześciu rzeźbiarzy, wszystkich doskonale ukierunkowanych.
- Z czego cytujesz? - Zapytał Charles Wallace.
- Z podręcznika, oczywiście - odpowiedział chłopiec - Jesteśmy najbardziej zorientowanym miastem na tej planecie. Od setek lat nie było żadnych zaburzeń. Cała Kamazołzja zna naszą chlubną kartę. Dlatego jesteśmy stolicą Kamazołzji. Dlatego Centrala Centralnej Inteligencji mieści się tutaj. I dlatego TO ma tutaj swoją siedzibę. - Tak jakoś powiedział: TO, że dreszcz przebiegł Meg po krzyżu.

Podczas czytania cały czas mi chodziła po głowie myśl, że mam do czynienia z chrześcijańską science-fiction dla grzecznych dzieci. Po zamknięciu książki zapytałam o to wujka google'a et voila... znalazłam informację, że twórczość pani L'Engle odzwierciedla zarówno jej wiarę chrześcijańską, jak i zainteresowanie nowoczesną nauką. Nie to, żebym przeciw chrześcijaństwu coś miała, ale wyraźnie wyczuwałam rozdźwięk między tesserowaniem, eksperymentami genetycznymi wspomnianymi w książce i śpiewaniem na chwałę Pana przez niezwykłe istoty na innych planetach. To trochę tak, jakby Lucas dał Jedi różańce zamiast mieczy świetlnych...

Warto wspomnieć, że jakość korekty w wykonaniu p. Bogusławy Jędrasik woła o pomstę do korektorskiego nieba... przestawiony szyk w zdaniach, brak partykuły "się" przy czasownikach zwrotnych, powtórzone wyrazy... dawno nie czytałam tak kiepsko zredagowanej książki.

A jednak Fałdka niewątpliwe ma zalety - opowiada o bezwarunkowej miłości  w relacji rodzic-dziecko, o wierze w nierozerwalność więzów małżeńskich, o odwadze, potędze nauki i umiłowaniu Szekspira przez autorkę. Niewątpliwym plusem jest też nowatorska, jak na tamte czasy, fabuła.
Fragmentami czyta się Fałdkę bardzo dobrze, jednak przez większość czasu tekst płynął sobie obok mnie. Chyba sięgnęłam po tę lekturę zbyt późno i nie potrafię jej właściwie docenić.

Czasem mam nieodparte wrażenie, że coś, co należy do dzieciństwa, powinno w dziecinnej sferze pozostać, jednak zaraz się reflektuję, że nadal mnie bawi szukanie w książkach różnych zwierzątek z moją małą siostrzenicą, a Toliny pochłaniałam z niegasnącym uśmiechem na twarzy. Opowieści z Narnii po raz pierwszy czytałam w wieku lat ok. 11, po raz ostatni trzy lata temu i znów mnie do nich ciągnie. A na dźwięk piosenki Limahl cofam się w czasie do lat '80, kiedy zakochiwałam się w fantasy...

Ocena: 3/5
tytuł oryginału: A Wrinkle in Time
tłumaczenie: Zofia Kierszys
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 165
oprawa: miękka
cena z okładki: 15 PLN
jak do mnie trafiła: zakupiona na Allegro, cena 14 PLN
Na osłodę piosenka mojego dzieciństwa:

sobota, 26 lutego 2011

Syreny z Tytana - Kurt Vonnegut

 „Syreny z Tytana”, opublikowane w 1959 roku, to kultowa powieść science-fiction, druga w dorobku Kurta Vonneguta i moje ponowne spotkanie z tym autorem. Co tym razem zaoferował nam Mistrz?
Pierwsze siedemdziesiąt parę stron toczy się sennie, jakby przygotowując nas na to, co dopiero ma się wydarzyć, potem następuje nagły zwrot akcji i… zaczyna się czytać z zapartym tchem. Przynajmniej ja tak miałam.
 
Zapytacie pewnie o fabułę…? Winston Niels Rumfoord, który wydał ogromne pieniądze na podróż kosmiczną, przerwaną jednak przez nieoznaczoną na mapach infundybułę chronosynklastyczną znajdującą się w odległości ok. dwóch dni drogi od Marsa, od dziewięciu lat materializuje się w posiadłości rodzinnej wraz ze swym psem Kazakiem co pięćdziesiąt dziewięć dni. Rumfoord został rozciągnięty w czasie i przestrzeni, dzięki czemu potrafi przepowiadać przyszłość. Jedna z jego przepowiedni ujawniona jego żonie, Beatrycze, sprawia, że ta nie chce się z nim widywać.
Malachi Constant, utracjusz i kobieciarz, zaproszony na prośbę Winstona przez panią Rumfoord na materializację, również poznaje tę tajemniczą przepowiednię, która w przeciągu kolejnych 59 dni obraca jego życie w perzynę. Co takiego wyjawił im Rumfoord?

Podtrzymuję swoje zdanie z Kociej kołyski – Vonnegut ma niesamowicie rzadki talent malowania obrazów słowami. Przy lekturze obydwu książek miałam wrażenie, jakbym oglądała film, czarno-biały, utrzymany w stylistyce klasycznych obrazów z lat pięćdziesiątych, jednak wystarczyło jedno słowo, zwrócenie uwagi na maleńki detal (np. leżący na marsjańskiej ziemi turkus, mszystozielone szorty, krwistoczerwony mundur, itd.) i nagle cała scena nasycała się kolorem. Prawdziwa uczta dla ducha!
 
Syreny z Tytana to, oprócz naprawdę ciekawej powieści s-f, niekończąca się satyra. Satyra na skomercjonalizowane społeczeństwo napędzane pieniądzem. Satyra na fortuny budowane na Biblii (dosłownie, nie w przenośni) i broadwayowskich spektaklach. Oziębłe kobiety i zblazowanych mężczyzn, którzy są zwyczajnie samotni ze swym bogactwem. W końcu satyra na społeczeństwo, sterowane  de facto przez kilka anonimowych osób zza pleców wielkich przywódców. Społeczeństwo, które nie ma wystarczająco dużo silnej woli, by nie dać sobą sterować, mało tego, społeczeństwo, któremu odrobina samodzielności sprawia ból.
Tutaj, podobnie jak w Kociej kołysce, Vonnegut krytykuje wszelkie religie jako takie. Mało tego, w jednym z rozdziałów czytamy niesamowicie plastyczny opis żarliwego kazania kaznodziei przeciw lotom kosmicznym. Obraz ten jest tak przerysowany, tak wykrzywiony, jakby krzyczał „Parzcie!”.

Jakby tego było mało, autor stwarza Kościół Boga Doskonale Obojętnego, który nie tylko obiecuje, ale i czyni cuda. Religia ta jest na tyle absurdalna, że nie może mieć większych szans powodzenia, jej celem natomiast jest ponownie zwrócenie uwagi czytelnika na bezmyślne podążanie za czyimś „widzimisię”…

Czy ja tę książkę polecam? W zasadzie nie. Ja nalegam, byście odżałowali parę groszy, bo nie wystarczy „Syren” przeczytać – ta pozycja powinna stać na półce, aby można było do niej w każdej chwili wrócić.

Ocena: 4,5/5
tytuł oryginału: The Sirens of Titan
tłumaczenie: Joanna Kozak
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
liczba stron: 306
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: wyprzedaż w Matras.pl, cena: 9,90 PLN
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...