czwartek, 26 kwietnia 2012

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Robert Wegner

Są takie książki, które łamią zasady, szturmem biorą czytelniczą świadomość, obalają stereotypy, osiedlają się w biblioteczce i, uzyskawszy autonomię, rządzą sprawiedliwie swoją półką.

Niespełna dwa lata temu na księgarnianym regale dostrzegłam okładkę - topór i miecz, czarna skała trawiona płomieniem. Nazwisko autora nic mi wtedy nie powiedziało, o tytule też wcześniej nie słyszałam. Urzeczona jednak prostotą, a zarazem magnetyczną siłą okładki i intrygującym tytułem "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" po prostu zajrzałam do środka. Wystarczył jeden akapit, bym wyszła z księgarni bogatsza o dwa zbiory opowiadań z pogranicza zupełnie nieznanego mi Imperium i przeczucie, że nie będę tej decyzji żałować. Było to niezwykłe nie tylko ze względu na hurtowy zakup dwóch książek nieznanego mi wcześniej autora, również dlatego, że opowiadania to w mojej biblioteczce rzadkość - przywiązuję się do bohaterów, krótkie formy zwykle na to nie pozwalają. Zwykle, za wyjątkiem opowiadań Wegnera. Na kontynuację tego genialnego cyklu, tym razem w formie powieści, musiałam jednak czekać aż półtora roku.

Verdanno, nieoficjalnie wspierani przez Czerwone Szóstki, ruszają do ojczyzny drogą najtrudniejszą z możliwych - przez góry. Doświadczenie wozaków w prowadzeniu karawany wspierane przez znajomość gór oddziału pod wodzą Kennetha pozwala ograniczać straty, co jednak będzie, gdy wydostaną się na równinę? Koczownicy Ojca Wojny, który najwyraźniej nie jest tak umierający, jakby się mogło wydawać, z całą pewnością ruszą na ich spotkanie. Z otwartymi ramionami. Otwartymi na tyle, żeby wygodnie napiąć łuk.

Dziewczyny z wolnego czaardanu wspierają Szczurzą Norę w rozwikłaniu zagadki wyjątkowo okrutnych i tajemniczych morderstw zacieśniających coraz bardziej pętlę wokół zamku miejscowego wielmoży. Co ciekawe, ten najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że jego poddani giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Kailean i Dagna być może wychowały się w siodłach i dworskie maniery są im obce, jednak od tej misji zależy ich życie, a nie będzie łatwo ją wypełnić pod niebem ze stali.

Powrót na meekhańskie pogranicze był dużo łatwiejszy, niż należałoby się po długim czasie, jaki minął od przeczytania poprzednich tomów, spodziewać - nie potrzebowałam przypomnienia, nie było żadnej stopniowej adaptacji do stylu autora... zupełnie, jakbym wczoraj rozstała się z bohaterami.

Rzadko zdarza się autor, który pisze tak minimalistyczne charakterystyki, a jednak jego bohaterowie są żywi i realni jak dobrzy znajomi. Jak Wegner to robi? Otóż zdaje się być orędownikiem starej zasady "nie słowa, lecz czyny" i tak, zamiast czytać podręcznikowy opis postaci Kennetha (gdzie, oprócz wyglądu zewnętrznego, autor musiałby wspomnieć o jego odwadze, sprawiedliwych osądach, pomysłowości, kręgosłupie moralnym, itd.), patrzymy, jak ten ryżowłosy mężczyzna obejmuje dowództwo nad Stajennymi, w jaki sposób stopniowo zdobywa zaufanie oddziału, przydzielonego mu niejako za karę. Wnioski na temat jego charakteru nasuwają nam się same, darzymy go też głębokim, godnym dowódcy, szacunkiem, niczym osobę z krwi i kości.
Czy coś zmienia nazwanie Verdanno upartymi lub zdeterminowanymi, kiedy widzimy karawanę przedzierającą się przez wąskie górskie ścieżki, balansującą na przełęczach i walczącą z surową przyrodą?
Czyny, nie słowa.

Wegner umie pisać, i to pisać tak, że natychmiast stajemy się częścią świata przez niego wykreowanego, wpadamy w wir zdarzeń i to rytm naszych serc odmierza czas od naciągnięcia cięciwy do upadku wroga rażonego strzałą... i tylko fakt, że siedzimy wygodnie na kanapie, a obok stygnie zapomniana kawa, pozwala podejrzewać, że to nie była nasza strzała, co więcej, konstatujemy zdziwieni, że w ogóle nie mamy łuku...

Autor postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, nie tylko napisał kontynuację cyklu opowiadań, zrobił to w zgoła odmiennej formie i... odniósł sukces. Powieść czyta się równie świetnie, co opowiadania, a nieco ponad 600 stron starcza zaledwie na niepełne trzy dni. Świetnie napisane postacie, genialnie wykreowany świat, pędząca na łeb na szyję akcja, żywe opisy potyczek i starć zbrojnych, mrożące krew w żyłach, momentami makabrycznie zobrazowane tortury, dreszczyk przechodzący po plecach, gdy odkrywamy nowy szczegół...
Dziś już wiem, że w tym rozbudowanym uniwersum nawet przekradająca się chyłkiem osoba czy najdrobniejszy detal mogą mieć ogromne znaczenie, a wszystko jest częścią doskonale zaplanowanej sagi. I to jakiej sagi! Mam nadzieję, że na tomie czwartym się nie skończy.

Mogłabym mnożyć zachwyty nad talentem Wegnera, a to i tak nie zmieniłoby faktu, że "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" to najlepszy "kawałek" polskiej fantastyki ostatnich lat, jaki można kupić. Szkoda tylko, że Peter Jackson raczej ich nie zekranizuje.

Pozycja obowiązkowa!

Recenzje pozostałych części:
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe.
Opowieści z meekhańskiego pogranicza.Wschód-Zachód.

Wydawnictwo: Powergraph
liczba stron: 624
oprawa: twarda, z mapą
cena z okładki: 47,00 PLN

Przypominam o trwającym konkursie

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Pan Lodowego Ogrodu. Tom III - Jarosław Grzędowicz

Zwykle "mniej znaczy więcej" - czy to w kwestii ubioru, wnętrzarstwa czy też literatury. Na "książkowym gruncie" można by tę regułę tłumaczyć na przykład tak, że jeśli wysyłamy Ziemianina na inną planetę z misją, to postarajmy się, aby elementów obcych było zawsze o jeden mniej, niż byśmy chcieli w naszym dziele umieścić, bo im bardziej udziwnimy ten obcy świat, tym mniej prawdopodobny on będzie. Tę złotą regułę bardzo ciężko jest zastosować w praktyce i często zdarza się, że coś idzie nie tak. Przykładem takiego nieumiarkowania w udziwnianiu świata przedstawionego wykazał się swego czasu Marek Utkin, Grzędowicz z Panem Lodowego Ogrodu znalazł się na bibliotecznej półce przeciwwagi, łamiąc przy tym zasadę umiarkowania na wszelkie możliwe sposoby.

Midgaard bardzo przypomina Ziemię za czasów legendarnego króla Ćwieczka (czyli głębokie, ciemne średniowiecze) - jedni są rolnikami, inni wojownikami, jedni wegetują w strachu, chłodzie i głodzie, drudzy na nich napadają. Jednak w zasadzie na tym podobieństwa się kończą. Ludzie z Midgaardu różnią się od Ziemian przede wszystkim fizycznie - weźmy chociażby ogromne oczy praktycznie pozbawione białkówki; zwierzęta zaś przypominają nasze swojskie czasem jedynie  z funkcji - wyobraźcie sobie na przykład, że dosiadacie ogromnego, rogatego, mięsożernego konia. Największa jednak różnica to obecność "czynnika M" (czyli magii) oraz fakt, że ten świat nie ma szans na jakikolwiek rozwój - jeśli postęp technologiczny wysuwa się poza wyznaczone w Pieśni Ludzi (normującej wszelkie aspekty życia - od odzienia i kształtu domów począwszy na wiedzy i umiejętnościach poszczególnych plemion skończywszy) ramy przychodzi Martwy Śnieg, który przynosi całkowity reset rzeczywistości.

Tyle by wystarczyło, by napisać całkiem ciekawą, może nawet dobrą powieść, Grzędowicz posunął się jednak dalej. Znacznie dalej.

Mamy dwa wątki i dwóch głównych bohaterów, zdarzenia i postacie tak różne, jak to tylko możliwe. Vuko i Filar nie tylko pochodzą z różnych planet, warstw społecznych, dzieli ich również wiek, doświadczenie, wiedza, temperament, sposób wysławiania, priorytety, światopogląd... słowem: wszystko. Czytelnika już od pierwszego tomu dosłownie skręca ciekawość, jak połączą się te dwa wątki. Zdradzę tylko tyle, że w wyjątkowo przewrotny sposób.

Zresztą, na brak szeroko rozumianej przewrotności u Grzędowicza nie można narzekać. Każdy z tomów wprowadza na scenę jednego z zaginionych naukowców, szaleństwo których ograniczone jest chyba jedynie możliwościami autora (hmm, czyli zgoła nieograniczone). W tomie pierwszym Van Dyken stworzył sobie świat rodem z Boscha i zamienił Drakkainena w drzewo, w tomie drugim brniemy głębiej w koszmar przez niego stworzony, kąpiemy się we krwi w Czerwonych Wieżach, by potem oglądać wraz z naszym przeklinającym po fińsku eks-entem lodowy drakkar. Tom trzeci to podróż tymże pseudowikińskim statkiem do Lodowego Ogrodu, więcej fińskich przekleństw, miriady disnejowskich wróżek, śpiąca królewna oraz Midgaardczycy z ich ogromnymi oczami śpiewający piosenkę z filmu "Nakarmić kruki". Nie wiem, co bierze Grzędowicz, ale poproszę to samo.

Dla mnie dobra książka to taka książka, która za mną"chodzi". To taka książka, która inspiruje, chociażby do zapoznania się z twórczością Boscha, słuchania w kółko piosenek, o których wspomina autor, sięgnięcia po lektury przez niego sugerowane. Dobra książka to taka, której bohaterowie są naszymi przyjaciółmi, a fabuła potrafi nam się przyśnić. Jarosław Grzędowicz wpisał się do mojego prywatnego kanonu autorów dobrych książek już pierwszym tomem Pana Lodowego Ogrodu, poprawił ten wynik drugim, a trzecią odsłoną przygód Drakkainena tylko mnie w tym utwierdził. Tylko, perkele, kiedy w końcu się ukaże się tom czwarty?


Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2009
liczba stron: 497
oprawa: miękka
cena z okładki: 33,00 PLN
Posłuchajcie wraz ze mną :)

  

środa, 11 kwietnia 2012

Dwie strony medalu - J.M.R. Michalski

Adam Czarniecki - przystojny, zbuntowany, niezbyt lubiany przez nauczycieli, uwielbiany przez liczne kochanki i "przeleciółki", lider lokalnej grupy hooligans z aspiracjami, by dowodzeni przez niego Pretorianie zajęli pierwsze miejsce w tabeli ustawek, organizator radomskiego Fight Club, wzięty imprezowicz, poeta, fascynat szachów, Paulo Coelho i historii, po śmierci brata-dealera skłócony z Bogiem.

Michał Bogucki - przystojny, uwielbiany przez wszystkich wokoło, doskonały uczeń, sportowiec, udziela się w miejscowym ośrodku pomocy społecznej, od lat z tą samą dziewczyną - modelką, gorliwy chrześcijanin, który każdy dzień zawdzięcza Bogu.

Najlepsi przyjaciele - jak to w życiu bywa przeciwieństwa się przyciągają.

Pewnego dnia w tej sielance pojawia się Alicja. Adam w pijackim widzie dostrzega tę czarnowłosą dziewczynę na dyskotece. Najpiękniejsza w klasie bez dwóch zdań (bo, oczywiście, chodzi do tej samej klasy), ku uciesze katechety ma plan zorganizować w swoim nowym rodzinnym mieście, Radomiu, scholę. Adaś jest ostatnim facetem, na którego by spojrzała, aż do momentu, kiedy ten brawurowo ratuje śliczną brunetkę przed gwałcicielami w ciemnym zaułku (sam przeciw wielu, ale przecież on ma swe tajemnice), gdzie trafił śledząc ją. Jeśli jeszcze nie zaświeciła się Wam lampka nad głowami, to informuję, że bardzo przypominało to scenę ze Zmierzchu, za wyjątkiem tego, że Adam, z oczywistych względów, nie słyszał myśli tych szumowin. Jak wiadomo "wielka miłość nie wybiera, czy ją chcemy nie pyta nas wcale", tych dwoje łączy zatem ogromnie ckliwe uczucie, jednak nie wszystko układa się jak w bajce.

Pan Michalski napisał w mailu do mnie "Bardzo podoba mi się sposób w jaki recenzuje Pani książki. Mam ogromną prośbę by zechciała również Pani zrecenzować moją powieść." Panie Janie, jest mi niezmiernie przykro, że nie mogę spełnić Pana oczekiwań względem tej recenzji. W Pańskiej lekturze (idąc za Pańską nomenklaturą z dalszej części maila) zbyt wiele rzeczy nie jest na miejscu.

Po pierwsze - postaci. Odniosłam wrażenie, że tworząc Michała i Adama autor wziął kawałek papieru i po jednej stronie wypisał cechy porządnego chrześcijanina, a po drugiej "tego złego". Przykłady? Michał pije piwo lub XV-wieczne francuskie wino, Adam - wódkę. Michał słucha Barry'ego White'a, Adam - Dżemu. Adam to brunet, Michał... zgadniecie?

Po drugie fabuła - w momencie pojawienia się na scenie Alicji wiedziałam, jak dalej potoczy się akcja. Nie będę tego komentować.

Po trzecie - dialogi. Rehabilituję niniejszym wszystkie paranormale ze Zmierzchem na czele. Meyer to wirtuozka wyznań miłosnych... Jeśli kiedyś pisałam, że dialogi przypominają monolog z podziałem na role - cofam to, wymyślę inne określenie dla tamtych, gdyż dopiero teraz doświadczyłam takich pseudo-dialogów.

Po czwarte - język. Niech sobie przeklinają, już nie raz podkreślałam, że w niektórych przypadkach, a hooligans do nich należą, uważam podwórkową łacinę za dozwoloną, wręcz wskazaną, jednak osiemnastolatkowie w roku pańskim 2011 na pewno nie będą "spaleni blantem". Nie będą też się do siebie zwracać "przyjacielu" w co drugim zdaniu. Pójdę o krok dalej: ludzie ocierający się o margines społeczny nie będą się do siebie zwracać zdaniami wielokrotnie złożonymi używając słownikowej polszczyzny.

Poza tym książka jest najeżona błędami stylistycznymi, interpunkcyjnymi, zdarzają się literówki, powtórzenia, przynajmniej raz pomyliło się imię jednej z postaci. Za co wzięło pieniądze dwóch redaktorów?

Dużym minusem były też zbliżenia walk na pięści z trzaskającymi kośćmi, podczas gdy najodważniejszą sceną erotyczną okazało się polizanie po uchu i rozpięcie spodni przez ich właściciela. Gdzie tu konsekwencja? Albo idziemy na całość: na ringu krew się leje, a oddechy w sypialni przyspieszają, albo rezygnujemy z obydwu "atrakcji".

Całość jest przesiąknięta chrześcijańską ideologią, jednak, ponownie, brakuje w niej konsekwencji - seks przedmałżeński? zakończenie (którego tu nie przytoczę, bo może ktoś się mimo wszystko skusi na przeczytanie)???

Nie potrafię sprecyzować grupy docelowej. Młodzież - Wszechpolska chyba? Dorośli - tylko po co? Chłopcy (tfu! chciałam rzec: MĘŻCZYŹNI osiemnastoletni) - i o tych wszystkich "kochamciach nadżyciemciach" mają niby czytać, kiedy sam autor podsuwa alternatywę w postaci Mario Puzo i Chucka Palahniuka? Dziewczęt... KOBIETY osiemnastoletnie, znaczy - losy kibola nieudolnie indoktrynowanego przez dziewczynę-żonę_przyszłą i przyjaciela raczej ich nie zainteresują. Boję się wymieniać dalej.

Mimo usilnych chęci znalezienia jakiegokolwiek pozytywu (a wiecie, że zawsze się staram je znaleźć) muszę wyznać, że jest to jedna z najgorszych książek, jakie przyszło mi przeczytać i zrecenzować.

Nawet okładka mi się nie podoba.

Wydawnictwo: Lucky
liczba stron: 207
oprawa: twarda
cena z okładki: 22,00 PLN
jak do mnie trafiła: przesłana przez autora

wtorek, 27 marca 2012

49 idzie pod młotek - Thomas Pynchon

Drogi Mucho,

W odpowiedzi na Twój list, choć, ze względu na dziwny komunikat na kopercie ("O obscenicznych przesyłkach powiadom natychmiast swojego glistonosza"), nie mogę mieć pewności, czy rzeczywiście Ty go wysłałeś, muszę Ci opowiedzieć o sieci dziwnych wydarzeń, w którą wplątał mnie Pierce czyniąc współwykonawczynią swojego testamentu. W innych okolicznościach pewnie nawet bym nie zwróciła uwagi na kopertę, ale w chwili obecnej sama już nie wiem, komu i czemu mogę wierzyć, wiem za to na pewno, że wszyscy jesteśmy częścią jakiejś ogromnej mistyfikacji (a może to ja jestem jej celem, podczas gdy wszyscy wokół są w pełni świadomi tego, co się naprawdę dzieje?).

Wszystko zaczęło się w "Ekranie", knajpce z elektroniczną muzyką na żywo, gdzie poszliśmy z Metzgerem. Klientelę stanowili głównie pracownicy Yoyodyne, która też należała do Pierce'a (mam coraz silniejsze przeczucie, że Inveriarty był właścicielem całego San Narciso i nie tylko). Okazało się, że Yoyodyne ma swoją własną pocztę, z której każdy musi skorzystać przynajmniej raz w tygodniu. Trochę to dziwne, nie uważasz? Potem w toalecie damskiej znalazłam ogłoszenie, którego autorka radziła pisać przez ŚMIETNIK, a pod ogłoszeniem narysowany był tajemniczy symbol (teraz już wiem, że to trąbka pocztowa zatkana tłumikiem), co wydało mi się jeszcze bardziej podejrzane.

Mam jakieś surrealistyczne przeczucie, że z tym wszystkim ma związek tajemnicze Trystero, które się wszędzie przewija - nawet w sztuce Wharfingera "Tragedia kuriera", na którą poszliśmy z Metzgerem, żeby się dowiedzieć, o co chodzi z kośćmi żołnierzy z jeziora i jak ta historia łączy się z filtrami do papierosów (to długa historia, opowiem Ci ją po powrocie).

Chętnie poszłabym do doktora Hieronimusa, może on pomógłby mi to jakoś poukładać, ale coraz mniej odpowiadają mi jego metody. Czy wiesz, że znów proponował mi LSD? Wiem, że jego paranoja przy rozmiarach mojej jest niewielka, ale to chyba jednak przesada?

Powoli zbliżam się do prawdy, być może następny list wyślę przez ŚMIETNIK?

Twoja,
Edypa

***

Taki list zapewne mógłby wyjść spod ręki Edypy, głównej bohaterki powieści czołowego twórcy postmodernistycznego, Thomasa Pynchona. Jeśli wydał on się Wam zagmatwany, niejasny i co najmniej dziwny, a uczucia te zwykle obniżają Waszą ocenę jakiejkolwiek książki, powinniście tej pozycji unikać jak ognia. Jeśli jednak uznacie, że taki poziom paranoi w literaturze Wam odpowiada, a nawet jesteście gotowi na więcej - nie zwlekajcie - może się okazać, że Pynchon stanie się jednym z najbardziej cenionych przez Was twórców. Jako dodatkowy atut może posłużyć fakt, że umiejętności Pynchona do przeplatania literackiej fikcji z prawdą historyczną są wprost nieograniczone, dzięki czemu, przy odrobinie wiedzy ogólnej, czytelnik zasiada do wyrafinowanej uczty intelektualnej, z każdym kęsem coraz bardziej podziwiając kucharza.

Podsumowując: przyjemność z czytania jest wprost proporcjonalna do sumy tolerancji paranoi i wiedzy ogólnej czytelnika.

Zdecydowanie polecam!

tytuł oryginału: The Crying of Lot 49
tłumaczenie: Piotr Siemion
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2009
liczba stron: 224
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: Selkar, 27,00 PLN

piątek, 2 marca 2012

Zawsze przy mnie stój - Carolyn Jess-Cooke

Niechęć do nowości wydawniczych, a tym bardziej "światowych bestsellerów", "sprzedanych w milionach egzemplarzy" powoli przybiera u mnie formę fobii. Jeśli widzę hasło "nareszcie w Polsce" profilaktycznie odwracam się od półki sklepowej i chwytam coś ze starej, dobrej gwardii i zwykle jest to bardzo dobre posunięcie. Szum wokół powieści Carolyn Jess-Cooke w ubiegłym roku był przeogromny - bilbordy, plakaty, pochlebne recenzje, konkursy, rzadko się zdarza, że reklamy nowości wydawniczej człowiek nie znajduje jedynie we własnej lodówce (ja po drodze do pracy mijałam ich co najmniej pięć), co działało na mnie jak przysłowiowa płachta na byka, a i wszechobecna anielska tematyka raczej nie zachęcała mnie do zapoznania z jej treścią.

Jak od każdej reguły zdarzają się wyjątki, tak pośród współczesnych światowych bestsellerów trafiają się całkiem przyzwoite pozycje, chociaż ciężko je w romantycznie nadprzyrodzonym tsunami wychwycić. Zawsze przy mnie stój to jedna z takich pozycji.

Powieść Cooke opowiada historię Margot Delacroix, której przypadło w udziale być swoim własnym aniołem stróżem. Ruth, bo takie imię nosi w anielskim wydaniu, ciężko jest zachować neutralność - traktuje swoją misję jako szansę na naprawienie błędów z przeszłości,  stara się odwieść swoją Istotę Chronioną od popełnienia tych samych błędów - wypowiedzenia w złości tych samych słów, pokochania nieodpowiednich mężczyzn, w końcu od ogromu bólu, przez który sama przeszła, sierocińca rodem z horroru, śmierci najbliższych, narkotyków zapijanych alkoholem, depresji poporodowej, kłopotów małżeńskich, błędów wychowawczych, ma nawet nadzieję wprowadzić jej życie na nowe tory. Podobnie, jak Margot w swojej własnej ziemskiej egzystencji, anioł-Ruth doznaje upadków, nie jest tylko bezstronnym obserwatorem - wielokrotnie leczy Margot z ran ciała i ducha, kocha, nienawidzi, nawet pożąda, traktuje swoją podopieczną jak dziecko, chce ją ukształtować.

Coraz częściej w nowościach wydawniczych upływ czasu w świecie opisywanym przez autora wyznacza głównie przewracanie kolejnych stron przez czytelnika - nie ma dojrzewania, nie ma refleksji, są tylko znaki zapełniające puste kartki. Tutaj tak nie jest. Ruth dorasta wraz ze swoją podopieczną i sama też ewoluuje. Mamy wrażenie, że od momentu narodzin Margot do znalezienia się obu bohaterek w Nowym Jorku rzeczywiście upływa 19 lat, rzeczy nie dzieją się wyłącznie "tu" i "teraz", zdarzenia mają swoje konsekwencje, kształtują osobowości postaci, wpływają na otoczenie. W drugiej fazie pobytu w Nowym Jorku drogi Ruth i Margot nie nakładają się już na siebie tak ściśle, jak teoretycznie powinny, co stanowi następstwo posiadania wolnej woli przez obie bohaterki. Cooke wyszła też poza ramy "usłanego różami" życia zbuntowanej panienki, czyniąc życie Ruth-Margot wyboistą ścieżką z niebezpieczeństwami czającymi się na każdym kroku

Nie byłabym sobą, gdybym nie zauważyła jakichś mankamentów. Anielskie bytowanie Ruth miejscami jest jakby prowizorycznie posklejane z fabułą scotchem "bo taki był pomysł autorki" brakowało mi solidnego spoiwa, dzięki któremu nie wisiałby nad moją głową wielki znak zapytania - z jednej strony Ruth ma nie ingerować, z drugiej wielokrotnie ratuje Margot od śmierci; z jednej strony jako anioł nie jest zdolna do negatywnych uczuć, z drugiej nienawidzi; z jednej strony powinna przyjmować rzeczy "na wiarę" i jest świadoma, że Bóg widzi każdy jej krok, z drugiej nadal ma ludzką wolną wolę i gorące serce, podejmuje decyzje, a także zdarza jej się robić coś za Jego plecami mając świadomość łączącej ją z Nim nieprzerwanej więzi w postaci skrzydeł. Trochę brak tu logiki.

Kolejnym mankamentem są sceny bitwy między aniołami i demonami , gdzie zabrakło trochę kunsztu - sprawiają wrażenie napisanych oddzielnie i wrzuconych w tekst pomiędzy "tuż przed" i "tuż po" zupełnie jakby zastąpiły wcześniejszy "wypełniacz", może niezbyt dobry, a może niezbyt spektakularny. W każdym razie dla mnie były niespójne i stanowiły zgrzyt dla całkiem równej, dobrze prowadzonej narracji bezpośredniej.

Pozycja godna polecenia, na pewno bardziej wartościowa, niż 80% bestsellerów New York Times'a, może nie wybitna, ale inna tą "dobrą innością", historia nie stanowiąca mieszanki sześciu różnych pozycji z tego samego gatunku i w dodatku stanowiąca zamkniętą całość bez szans na "trylogię w pięciu odsłonach", czy inne kuriozum.

Muszę przyznać, że jest to jeden z nielicznych przypadków, kiedy polski tytuł jest lepszy od oryginalnego, nie rozumiem tylko, dlaczego w obu wersjach językowych na okładce pojawia się ciemnowłosa dziewczynka - nijak nie wiąże się to z fabułą.

Jak dla mnie książka wpisuje się bardziej w nurt realizmu magicznego, niż jakiegokolwiek gatunku fantastyki.

tytuł oryginału: The Guardian Angel's Journal
tłumaczenie: Małgorzata Kafel
Wydawnictwo: Otwarte, 2011
liczba stron: 320
oprawa: miękka
cena z okładki: 34,90 PLN

***
Już za pięć dni meekhańskie pogranicze spłynie krwią pod Niebem ze stali. To jest nowość, której od prwie półtora roku wypatruję z niecierpliwością! A Wy?

środa, 29 lutego 2012

Jedyne dziecko - Jack Ketchum

Jack Ketchum to pisarz, o którym w blogosferze ostatnio jest bardzo głośno. Do tej pory nie kusiła mnie przyjaźń z Dziewczyną z sąsiedztwa, nie nęcił też kurort Poza sezonem, z tej prostej przyczyny, iż autorka Książki w Mieście zdecydowanie chętniej zwiedza smętarze przemieszczając się między nimi starym plymuthem, a Stukostrachy wystarczająco skutecznie mrożą jej krew w żyłach.  Dopiero Ewa (nomen-omen fanka Króla) i Isadora swoimi recenzjami, a właściwie tym, co wyczytałam między wierszami, przekonały mnie do Jedynego dziecka skuteczniej niż sam Stephen King.

Artur Danse, przystojny ciemnowłosy restaurator po trzydziestce, jest szanowanym członkiem społeczeństwa, szczęśliwie żonaty, jedno dziecko. Pochodzi z rodziny, w której despotyczna matka odgrywała dominującą rolę. Jako dziecko spowodował pożar lasu i, jak podejrzewa lokalny stróż prawa, znęcał się nad zwierzętami. Kiedy coś idzie nie po jego myśli, miewa napady furii. Lubi perwersyjny seks, na który obopólna zgoda nie jest mu potrzebna. Rozwijający się interes zmusza go do częstych podróży służbowych, swoją nieobecność wynagradza dziecku coraz to nowymi zabawkami. I lekcjami życia. Bolesnymi lekcjami, których żaden człowiek, a tym bardziej żadne dziecko,  nie powinno otrzymać z rąk innej istoty ludzkiej. Ale Arthur ma misję: musi uświadamiać ludzi, że nie powinni czuć się bezpieczni.

Jedyne dziecko to wstrząsająca lektura, niektóre sceny nawiedzają czytelnika niczym złe duchy, inne budzą bardzo silne emocje - od współczucia po nienawiść, od bezsilnej złości po dogłębne poczucie niesprawiedliwości. Jest to lektura poruszająca bardzo ważny i trudny temat, który zbyt często zostaje za zamkniętymi drzwiami - molestowania dzieci i walki jednego z rodziców (najczęściej matki) z potworem i z systemem.

Problem polega na tym, że, mimo wszystko, nie jest to lektura wybitna - fabuła tak przejrzysta, że aż przewidywalna, tematyka tak poruszająca, że aż odrzuca, poza tym napisana prostym, wulgarnym językiem, a na domiar złego w polskim wydaniu na tyle źle zredagowana, że aż woła o pomstę. Arthur Danse to wręcz "książkowe" studium psychopatycznego misjonarza, syndrom ofiary Lydii  jest niemal jak wielki neon na pustyni... bywały też niestety momenty, w których miałam ochotę "zamknąć drzwi i zakluczyć na dwa zamki" (cytat z książki, s. 49) za błędami stylistycznymi i językowymi (to wydanie) oraz natłokiem niekoniecznie uzasadnionych okazów rynsztokowej łaciny w narracji (to Ketchum).
 
Nie wiem, czy mąż Sherry Nance, której historia zainspirowała Ketchuma do napisania Jedynego dziecka, był pierwowzorem postaci Arthura, ale z opowieści o seryjnych mordercach Thomas Harris parę lat temu sprawił, że zaczęłam się tym tematem interesować, Ketchumowi by się to nie udało. Muszę jednak oddać sprawiedliwość - przez ostatnie kilkadziesiąt stron straciłam poczucie czasu na tyle, że spóźniłam się na umówione spotkanie...

Umiarkowanie polecam.
tytuł oryginału: Only child
tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
liczba stron: 322
oprawa: miękka
cena z okładki: 33,90 PLN

poniedziałek, 6 lutego 2012

Tom Holt - J.W. Wells &Co.

Comic fantasy to dość specyficzny gatunek, który nie każdemu przypada do gustu. Nie dość, że ocieka groteskowym humorem, to jeszcze pełno w nim magii, dziwacznych postaci, które dokonują niedorzecznych czynów w świecie stanowiącym zwierciadlane odbicie naszego własnego - zapomniałabym dodać: oczywiście jest to krzywe zwierciadło - a rozwoju wydarzeń można się spodziewać pod warunkiem, że cierpi się na tę samą chorobę psychiczną, co autor... Osobiście cenię sobie ten chaotyczny korowód nieprzewidywalnych postaci uwikłanych w kuriozalne epizody w absurdalnym kontinuum czasoprzestrzennym.

Na brytyjskiego przedstawiciela tego nurtu, Toma Holta, natknęłam się niejako przypadkiem i pewnie przeszłabym obok niego obojętnie, gdyby nie to, że jego twórczość porównuje się do samego Terrego Pratchetta, a trzecią z kolei część cyklu o J.W. Wells & Co. poleca nie kto inny, jak Christopher Moore. W Polsce autor nie jest zbyt dobrze znany, nakładem Prószyńskiego ukazały się trzy pierwsze tomy JWW, Bellona wydała zaś jedną z jego powieści historycznych.

Przenośne drzwi
Paul Carpenter to, posługując się terminologią Ch. Moore'a, typowy samiec beta - niezbyt urodziwy, inteligentnym byście go nie nazwali, raczej fajtłapowaty, odwagą nie grzeszy, zaradność w jego wydaniu ogranicza się do unikania zepsutego jedzenia, jest pozbawiony jakichkolwiek godnych uwagi cech charakteru czy przydatnych umiejętności, a jego życie towarzyskie zwyczajnie nie istnieje. Pewnego dnia jego rodzice pakują cały swój dobytek, wyjeżdżają na Florydę, zostawiając tym samym syna bez środków do życia.

Poznajemy Paula w poczekalni firmy J.W. Wells & Co., gdzie czeka na rozmowę kwalifikacyjną. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że i tym razem mu się nie poszczęści - pozostali kandydaci wywierają zdecydowanie bardziej pozytywne wrażenie i na pewno są lepiej przygotowani do rozmowy. W sali konferencyjnej jego przypuszczenia nabierają realnych kształtów - nie umie odpowiedzieć na żadne z postawionych przez dość oryginalnie wyglądającą komisję pytań ( nie pomijając tych z kategorii: którego z członków swojej rodziny by pan zabił i dlaczego...). Jakież jest jego zaskoczenie, kiedy parę dni później znajduje w skrzynce na listy informację, że został przyjęty.

Po dopełnieniu formalności (jak np. podpisanie umowy objętością przywodzącej na myśl Biblię) zostaje zaprowadzony do gabinetu, gdzie wraz z poznaną w dniu rekrutacji chudą dziewczyną (Sophie), w której oczywiście zakochał się od pierwszego wejrzenia, stawia pierwsze kroki w dorosłym życiu segregując sterty nudnych arkuszy kalkulacyjnych. Co jest ciekawe, ani on, ani jego współpracownica, nie mają bladego pojęcia, czym właściwie zajmuje się chlebodawca, nie mają też śmiałości spytać... Prawda wychodzi na jaw sama, gdy pewnego dnia oboje nie opuszczają biura przed zaryglowaniem drzwi i stają oko w oko z faktycznymi właścicielami budynku przy St Mary Axe 70...

Śniło ci się
Paul i Sophie są w sobie zakochani, przy czym ona codziennie pragnie rozmawiać o ich związku, on zaś spodziewa się odrzucenia. Oboje nadal pracują w JWW, czemu zresztą nie należy się dziwić - w końcu umowa o pracę jest dożywotnia. Pewnego dnia każde z nich dostaje skierowanie na staż do innego działu - on ma zostać bohaterem pod okiem Rickiego Wurmtotera (który postawił mu lunch pierwszego dnia pracy i w dodatku wydaje się być jedynym sympatycznym członkiem zarządu), ona dostaje przeniesienie aż do Hollywood, by stamtąd wspierać dział PR pod kierownictwem hrabiny Judy di Castel'Bianco. Jego przeraża wizja walki ze smokami i przebijanie wampirów kołkiem, ona przed wyjazdem zrywa ich związek, tłumacząc to jego niedojrzałością.

Na szczęście bohaterstwo Paula zdaje się ograniczać głównie do wypełniania formularzy (nie licząc przypadkowego zabicia małego smoka) i wizyt w Banku Umarłych, jednak wokół niego dzieją się coraz bardziej dziwaczne rzeczy. Akcja odbicia Rickiego z lochów zamku ciotki Grendela kończy się fiaskiem, a sny Carpentera nie tylko stają się coraz bardziej przerażające, są one w dodatku coraz bardziej realne. Ponadto prześladuje go stary rower z przykrą alergią na imiona, który domaga się od Paula udzielenia ratunku mocno enigmatycznej "jej"...

Ziemia, powietrze, ogień i... budyń
Paul Carpenter nadal kocha Sophie, ona jego - niekoniecznie. Fakt, że ocalił świat nie przysporzył mu szacunku czy zaszczytów, których moglibyśmy się spodziewać. Życie przysparza mu coraz to nowych rozczarowań, których przyczyną mogą być jego uszy, albo całkowity brak pewności siebie. W dodatku kochliwość, która go charakteryzuje, stanowi niewyczerpane źródło upokorzeń i kłopotów.

Kiedy nowy członek zarządu, Frank, proponuje mu pozbycie się obecnego Paula Carpentera na dobre dzięki prostej magii skutecznej, Paul przyjmuje propozycję bez wahania i tym oto sposobem staje się Philipem Marlowe'em - swoim całkowitym przeciwieństwem. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że ktoś znowu dąży do zniszczenia świata, jakim go znamy, a Paul jest w końcu bohaterem...

Podsumowanie
Oprócz głównych postaci i firmy JWW poszczególne trzy części mają ze sobą wiele wspólnego: w każdej występują przenośne drzwi - urządzenie, które początkowo służy Paulowi do krótkich wypadów wakacyjnych w porze lunchu; w każdej z części Paul obowiązkowo umiera; w każdej części eliminowany jest jakiś członek zarządu; w każdej części Paul dowiaduje się o sobie czegoś absolutnie nieprawdopodobnego i odbierającego mu argumenty do niskiej samooceny (nieskutecznie); wszystkie trzy części zamieszkują nie tylko istoty ludzkie, spotkamy tu też gobliny, elfy czy duchy; w każdej części ktoś obowiązkowo musi wypić eliksir miłości; itd., itp...

Język autora jest raczej potoczny, choć podziękować należy tłumaczowi za złożone zdania i brak błędów stylistycznych, a wydawnictwu za brak literówek. Podobały mi się bardzo nawiązania do literatury - lekturą obowiązkową w pracy Paula jest Beowulf, na podłodze wala się faktura wystawiona na pana D. Graya za renowację starego portretu, a odniesień do Tolkiena nie podejmuję się zliczyć. Wiele jest również ukłonów w stronę Star Wars czy Star Trek, a także (za co autorowi pięknie dziękuję) do Doctor Who. 

Lektura jest bardzo równa, nie ma przestojów, co doskonale ukazuje pisarskie doświadczenie i dojrzałość autora. Stanowi to najsłabszą stronę serii - krótkie chwile ekscytacji pod koniec każdego tomu sprawiają, że nie tęsknimy za bohaterami tak bardzo, jak to się często dzieje w przypadku książek, gdzie przestój bywa na porządku dziennym. Plusem takiej jednostajności jest natomiast to, że można przeczytać tom po tomie trzy części cyklu w przeciągu tygodnia, nie znudzić się nimi i żałować, że nie ma się ich więcej pod ręką.

Z dwóch wspomnianych na wstępie pisarzy porównałabym twórczość Holta raczej do Christophera Moore'a, chociażby ze względu na tło - wielkie, istniejące w rzeczywistości miasto - jednak i pratchettowskie skojarzenia się nasuwają - np. nieco podobny sposób kreowania postaci. Są to jednak tylko luźne skojarzenia, bo Holt porównań do "wielkich" tego nurtu nie potrzebuje, może śpiewająco wybronić się sam.

Polecam przede wszystkim fanom comic fantasy!


wtorek, 31 stycznia 2012

Marionetki - Paweł Jaszczuk

Lubię kryminały - krwawą tajemnicę, mroczne sekrety ludzkiej duszy, genialnych detektywów, przebiegłych złoczyńców... moja sympatia dla tego gatunku beletrystyki wzrastała na żyznym gruncie Conan Doyle'a i Agathy Christie, nic więc dziwnego, że i współczesny kryminał w stylu retro przyciąga jak magnes moją sentymentalną duszę. Najnowsza propozycja z serii ABC Prószyńskiego skusiła mnie wizją Lwowa w sepii i makabryczną zagadką w obliczu której staje para dziennikarzy, aż zacierałam z uciechy dłonie rozpakowując przesyłkę, by niedługo później łapczywie zacząć czytać...

Marionetki to lektura nierówna - początkowo akcja pędzi na łeb na szyję, czytelnik ma wrażenie, że w każdym rozdziale pojawia się nowy trup, a Jaszczuk zdaje się konkurować sam ze sobą w wymyślaniu coraz bardziej wyszukanych metod uśmiercania kolejnych ofiar. W pewnym momencie kończą się makabryczne zbrodnie, a ich miejsce zajmuje zaciskająca się wokół szyi Jakuba Sterna pętla, pełne dziwnej symboliki senne majaczenia, podlane marcowym problemy małżeńskie, intrygi w redakcji i coraz bardziej nieudolne próby ukrycia przez autora tożsamości mordercy, a wszystko to na tle dręczonego letnim upałem Lwowa, w którym właśnie się odbywa festiwal marionetek. Pod koniec akcja znów nabiera tempa dzięki zastosowaniu w kulminacyjnym momencie dość ciekawego zabiegu wprowadzenia drugiego narratora trzecioosobowego, a wszystko to owocuje zaskakującym (no, może za wyjątkiem personaliów zabójcy) zakończeniem.

Mimo tej nierówności książkę Jaszczuka czytałam z niesłabnącą przyjemnością, której towarzyszyła kołacząca się gdzieś na skraju świadomości myśl, że za kilkadziesiąt lat powieści tego autora będą, jeśli w ogóle, czytane ze słownikiem w ręku. Bynajmniej nie mam tu na myśli słownika gwary lwowskiej, czy żydowskiej - te znajdziecie na końcu - autor zafundował nam wspaniałą podróż po meandrach naszego pięknego języka, wtrącając co jakiś czas słówko czy dwa do stylizowanej na późne lata 30 ubiegłego stulecia rozmowy toczącej się "we Lwowi".

Spodziewałam się czegoś innego, może bardziej mrocznego, może nieco bardziej retro - wydawca obiecywał dokładnie taką przygodę, nie jestem jednak zawiedziona. Jaszczuk wykorzystał potencjał każdej z tych ścieżek jak na mój gust nieco połowicznie, ale i tak na tyle intrygująco, że polecam tę lekturę na dwa mroźne wieczory - świetna odskocznia od zaróżowionych zimową aurą policzków i marznącego oddechu. Chętnie też sięgnę po inne książki tego autora.

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 344
oprawa: miękka
cena z okładki: 32 PLN

niedziela, 15 stycznia 2012

Pałac tajemnic - Agnieszka Pietrzyk

Jak dobrze znacie swoich sąsiadów? Jeśli mieszkacie w większym mieście pewnie kojarzycie z wyglądu panią spod 5, może wiecie, że pan spod 20 ma psa, a pod 47 mieszka rodzina patologiczna. W mniejszej miejscowości pewnie znacie większość (jeśli nie wszystkich) z nazwiska i wielokrotnie z nimi rozmawialiście, chociażby o pogodzie. Czy potrafilibyście wśród nich wskazać mordercę?

W małej mazurskiej miejscowości Ponary stoi zabytkowy pałac wykorzystywany obecnie na mieszkania gminne. Pewnej sierpniowej nocy zostaje tam popełniona okrutna zbrodnia - ktoś zamordował rosyjskie małżeństwo, a ich 15-letnia córka zaginęła. Alicja Prus, początkująca pisarka, wprowadza się do mieszkania, w którym dokonano zbrodni, by zebrać materiały do swojej nowej książki i, być może, rozwiązać zagadkę.

Poszczególne rozdziały są sprawozdaniem z kolejnych etapów śledztwa prowadzonego przez Alicję, większość zawiera relacje lokatorów pałacu z tej feralnej nocy, oskarżenia rzucane na sąsiadów. Nie jesteśmy jednak wtajemniczani w punkt widzenia samej protagonistki - może za wyjątkiem odrzucenia osób, które ze względów oczywistych można z miejsca wykluczyć z kręgu podejrzeń - co daje nam szansę prowadzić równoległe śledztwo.

Oglądamy zaledwie fragment prywatnego życia Alicji - autorka ukazuje nam strzępki zdarzeń (np. ojca czytającego jej do snu), które ukształtowały jej osobowość i, pośrednio, przywiodły do Ponar. Osobiście uważam taki wybieg za plus - poznawanie życia od kołyski i przemyśleń aż po plany emerytalne głównej bohaterki powieści liczącej sobie 250 stron byłoby lekką przesadą, wyglądającą raczej na chęć zwiększenia objętości książki, niż usprawiedliwiony fabułą krok.

Wyróżnikiem stylu Pani Pietrzyk zdecydowanie są wielokrotnie złożone zdania, rzadkość wśród współczesnych nam pisarzy. Autorka starała się każdej postaci przypisać styl wypowiedzi właściwy dla profesji czy pochodzenia społecznego i tak np. drobny przestępca Mariusz mówi lekko chaotycznie, nie dbając przy tym o piękno języka, czego z kolei nie da się powiedzieć o starszej pani - był to dobry wybór, dzięki któremu każda z postaci stała się charakterystyczną jednostką, a nie papierowym zapychaczem miejsca.

Muszę przyznać, że lektura Pałacu tajemnic sprawiała mi przyjemność - nie dość, że ładnie napisane, to jeszcze autorka pozwoliła mi samej szukać rozwiązania zagadki (które też okazało się zaskakujące). Bardzo przyjemne czytadło na jeden zimowy wieczór. Raczej nie będę o nim długo pamiętać, z pewnością bym go nie kupiła, jednak na pewno nie żałuję, że po tę pozycję sięgnęłam.

Wydawnictwo: Replika
liczba stron: 252
oprawa: miękka
cena z okładki: 25,90 PLN
jak do mnie trafiła: pożyczona od Enedtil
 
Zapraszam Gdzie nie pachną stokrotki
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...