wtorek, 27 marca 2012

49 idzie pod młotek - Thomas Pynchon

Drogi Mucho,

W odpowiedzi na Twój list, choć, ze względu na dziwny komunikat na kopercie ("O obscenicznych przesyłkach powiadom natychmiast swojego glistonosza"), nie mogę mieć pewności, czy rzeczywiście Ty go wysłałeś, muszę Ci opowiedzieć o sieci dziwnych wydarzeń, w którą wplątał mnie Pierce czyniąc współwykonawczynią swojego testamentu. W innych okolicznościach pewnie nawet bym nie zwróciła uwagi na kopertę, ale w chwili obecnej sama już nie wiem, komu i czemu mogę wierzyć, wiem za to na pewno, że wszyscy jesteśmy częścią jakiejś ogromnej mistyfikacji (a może to ja jestem jej celem, podczas gdy wszyscy wokół są w pełni świadomi tego, co się naprawdę dzieje?).

Wszystko zaczęło się w "Ekranie", knajpce z elektroniczną muzyką na żywo, gdzie poszliśmy z Metzgerem. Klientelę stanowili głównie pracownicy Yoyodyne, która też należała do Pierce'a (mam coraz silniejsze przeczucie, że Inveriarty był właścicielem całego San Narciso i nie tylko). Okazało się, że Yoyodyne ma swoją własną pocztę, z której każdy musi skorzystać przynajmniej raz w tygodniu. Trochę to dziwne, nie uważasz? Potem w toalecie damskiej znalazłam ogłoszenie, którego autorka radziła pisać przez ŚMIETNIK, a pod ogłoszeniem narysowany był tajemniczy symbol (teraz już wiem, że to trąbka pocztowa zatkana tłumikiem), co wydało mi się jeszcze bardziej podejrzane.

Mam jakieś surrealistyczne przeczucie, że z tym wszystkim ma związek tajemnicze Trystero, które się wszędzie przewija - nawet w sztuce Wharfingera "Tragedia kuriera", na którą poszliśmy z Metzgerem, żeby się dowiedzieć, o co chodzi z kośćmi żołnierzy z jeziora i jak ta historia łączy się z filtrami do papierosów (to długa historia, opowiem Ci ją po powrocie).

Chętnie poszłabym do doktora Hieronimusa, może on pomógłby mi to jakoś poukładać, ale coraz mniej odpowiadają mi jego metody. Czy wiesz, że znów proponował mi LSD? Wiem, że jego paranoja przy rozmiarach mojej jest niewielka, ale to chyba jednak przesada?

Powoli zbliżam się do prawdy, być może następny list wyślę przez ŚMIETNIK?

Twoja,
Edypa

***

Taki list zapewne mógłby wyjść spod ręki Edypy, głównej bohaterki powieści czołowego twórcy postmodernistycznego, Thomasa Pynchona. Jeśli wydał on się Wam zagmatwany, niejasny i co najmniej dziwny, a uczucia te zwykle obniżają Waszą ocenę jakiejkolwiek książki, powinniście tej pozycji unikać jak ognia. Jeśli jednak uznacie, że taki poziom paranoi w literaturze Wam odpowiada, a nawet jesteście gotowi na więcej - nie zwlekajcie - może się okazać, że Pynchon stanie się jednym z najbardziej cenionych przez Was twórców. Jako dodatkowy atut może posłużyć fakt, że umiejętności Pynchona do przeplatania literackiej fikcji z prawdą historyczną są wprost nieograniczone, dzięki czemu, przy odrobinie wiedzy ogólnej, czytelnik zasiada do wyrafinowanej uczty intelektualnej, z każdym kęsem coraz bardziej podziwiając kucharza.

Podsumowując: przyjemność z czytania jest wprost proporcjonalna do sumy tolerancji paranoi i wiedzy ogólnej czytelnika.

Zdecydowanie polecam!

tytuł oryginału: The Crying of Lot 49
tłumaczenie: Piotr Siemion
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2009
liczba stron: 224
oprawa: miękka
cena z okładki: 29,90 PLN
jak do mnie trafiła: Selkar, 27,00 PLN

piątek, 2 marca 2012

Zawsze przy mnie stój - Carolyn Jess-Cooke

Niechęć do nowości wydawniczych, a tym bardziej "światowych bestsellerów", "sprzedanych w milionach egzemplarzy" powoli przybiera u mnie formę fobii. Jeśli widzę hasło "nareszcie w Polsce" profilaktycznie odwracam się od półki sklepowej i chwytam coś ze starej, dobrej gwardii i zwykle jest to bardzo dobre posunięcie. Szum wokół powieści Carolyn Jess-Cooke w ubiegłym roku był przeogromny - bilbordy, plakaty, pochlebne recenzje, konkursy, rzadko się zdarza, że reklamy nowości wydawniczej człowiek nie znajduje jedynie we własnej lodówce (ja po drodze do pracy mijałam ich co najmniej pięć), co działało na mnie jak przysłowiowa płachta na byka, a i wszechobecna anielska tematyka raczej nie zachęcała mnie do zapoznania z jej treścią.

Jak od każdej reguły zdarzają się wyjątki, tak pośród współczesnych światowych bestsellerów trafiają się całkiem przyzwoite pozycje, chociaż ciężko je w romantycznie nadprzyrodzonym tsunami wychwycić. Zawsze przy mnie stój to jedna z takich pozycji.

Powieść Cooke opowiada historię Margot Delacroix, której przypadło w udziale być swoim własnym aniołem stróżem. Ruth, bo takie imię nosi w anielskim wydaniu, ciężko jest zachować neutralność - traktuje swoją misję jako szansę na naprawienie błędów z przeszłości,  stara się odwieść swoją Istotę Chronioną od popełnienia tych samych błędów - wypowiedzenia w złości tych samych słów, pokochania nieodpowiednich mężczyzn, w końcu od ogromu bólu, przez który sama przeszła, sierocińca rodem z horroru, śmierci najbliższych, narkotyków zapijanych alkoholem, depresji poporodowej, kłopotów małżeńskich, błędów wychowawczych, ma nawet nadzieję wprowadzić jej życie na nowe tory. Podobnie, jak Margot w swojej własnej ziemskiej egzystencji, anioł-Ruth doznaje upadków, nie jest tylko bezstronnym obserwatorem - wielokrotnie leczy Margot z ran ciała i ducha, kocha, nienawidzi, nawet pożąda, traktuje swoją podopieczną jak dziecko, chce ją ukształtować.

Coraz częściej w nowościach wydawniczych upływ czasu w świecie opisywanym przez autora wyznacza głównie przewracanie kolejnych stron przez czytelnika - nie ma dojrzewania, nie ma refleksji, są tylko znaki zapełniające puste kartki. Tutaj tak nie jest. Ruth dorasta wraz ze swoją podopieczną i sama też ewoluuje. Mamy wrażenie, że od momentu narodzin Margot do znalezienia się obu bohaterek w Nowym Jorku rzeczywiście upływa 19 lat, rzeczy nie dzieją się wyłącznie "tu" i "teraz", zdarzenia mają swoje konsekwencje, kształtują osobowości postaci, wpływają na otoczenie. W drugiej fazie pobytu w Nowym Jorku drogi Ruth i Margot nie nakładają się już na siebie tak ściśle, jak teoretycznie powinny, co stanowi następstwo posiadania wolnej woli przez obie bohaterki. Cooke wyszła też poza ramy "usłanego różami" życia zbuntowanej panienki, czyniąc życie Ruth-Margot wyboistą ścieżką z niebezpieczeństwami czającymi się na każdym kroku

Nie byłabym sobą, gdybym nie zauważyła jakichś mankamentów. Anielskie bytowanie Ruth miejscami jest jakby prowizorycznie posklejane z fabułą scotchem "bo taki był pomysł autorki" brakowało mi solidnego spoiwa, dzięki któremu nie wisiałby nad moją głową wielki znak zapytania - z jednej strony Ruth ma nie ingerować, z drugiej wielokrotnie ratuje Margot od śmierci; z jednej strony jako anioł nie jest zdolna do negatywnych uczuć, z drugiej nienawidzi; z jednej strony powinna przyjmować rzeczy "na wiarę" i jest świadoma, że Bóg widzi każdy jej krok, z drugiej nadal ma ludzką wolną wolę i gorące serce, podejmuje decyzje, a także zdarza jej się robić coś za Jego plecami mając świadomość łączącej ją z Nim nieprzerwanej więzi w postaci skrzydeł. Trochę brak tu logiki.

Kolejnym mankamentem są sceny bitwy między aniołami i demonami , gdzie zabrakło trochę kunsztu - sprawiają wrażenie napisanych oddzielnie i wrzuconych w tekst pomiędzy "tuż przed" i "tuż po" zupełnie jakby zastąpiły wcześniejszy "wypełniacz", może niezbyt dobry, a może niezbyt spektakularny. W każdym razie dla mnie były niespójne i stanowiły zgrzyt dla całkiem równej, dobrze prowadzonej narracji bezpośredniej.

Pozycja godna polecenia, na pewno bardziej wartościowa, niż 80% bestsellerów New York Times'a, może nie wybitna, ale inna tą "dobrą innością", historia nie stanowiąca mieszanki sześciu różnych pozycji z tego samego gatunku i w dodatku stanowiąca zamkniętą całość bez szans na "trylogię w pięciu odsłonach", czy inne kuriozum.

Muszę przyznać, że jest to jeden z nielicznych przypadków, kiedy polski tytuł jest lepszy od oryginalnego, nie rozumiem tylko, dlaczego w obu wersjach językowych na okładce pojawia się ciemnowłosa dziewczynka - nijak nie wiąże się to z fabułą.

Jak dla mnie książka wpisuje się bardziej w nurt realizmu magicznego, niż jakiegokolwiek gatunku fantastyki.

tytuł oryginału: The Guardian Angel's Journal
tłumaczenie: Małgorzata Kafel
Wydawnictwo: Otwarte, 2011
liczba stron: 320
oprawa: miękka
cena z okładki: 34,90 PLN

***
Już za pięć dni meekhańskie pogranicze spłynie krwią pod Niebem ze stali. To jest nowość, której od prwie półtora roku wypatruję z niecierpliwością! A Wy?

środa, 29 lutego 2012

Jedyne dziecko - Jack Ketchum

Jack Ketchum to pisarz, o którym w blogosferze ostatnio jest bardzo głośno. Do tej pory nie kusiła mnie przyjaźń z Dziewczyną z sąsiedztwa, nie nęcił też kurort Poza sezonem, z tej prostej przyczyny, iż autorka Książki w Mieście zdecydowanie chętniej zwiedza smętarze przemieszczając się między nimi starym plymuthem, a Stukostrachy wystarczająco skutecznie mrożą jej krew w żyłach.  Dopiero Ewa (nomen-omen fanka Króla) i Isadora swoimi recenzjami, a właściwie tym, co wyczytałam między wierszami, przekonały mnie do Jedynego dziecka skuteczniej niż sam Stephen King.

Artur Danse, przystojny ciemnowłosy restaurator po trzydziestce, jest szanowanym członkiem społeczeństwa, szczęśliwie żonaty, jedno dziecko. Pochodzi z rodziny, w której despotyczna matka odgrywała dominującą rolę. Jako dziecko spowodował pożar lasu i, jak podejrzewa lokalny stróż prawa, znęcał się nad zwierzętami. Kiedy coś idzie nie po jego myśli, miewa napady furii. Lubi perwersyjny seks, na który obopólna zgoda nie jest mu potrzebna. Rozwijający się interes zmusza go do częstych podróży służbowych, swoją nieobecność wynagradza dziecku coraz to nowymi zabawkami. I lekcjami życia. Bolesnymi lekcjami, których żaden człowiek, a tym bardziej żadne dziecko,  nie powinno otrzymać z rąk innej istoty ludzkiej. Ale Arthur ma misję: musi uświadamiać ludzi, że nie powinni czuć się bezpieczni.

Jedyne dziecko to wstrząsająca lektura, niektóre sceny nawiedzają czytelnika niczym złe duchy, inne budzą bardzo silne emocje - od współczucia po nienawiść, od bezsilnej złości po dogłębne poczucie niesprawiedliwości. Jest to lektura poruszająca bardzo ważny i trudny temat, który zbyt często zostaje za zamkniętymi drzwiami - molestowania dzieci i walki jednego z rodziców (najczęściej matki) z potworem i z systemem.

Problem polega na tym, że, mimo wszystko, nie jest to lektura wybitna - fabuła tak przejrzysta, że aż przewidywalna, tematyka tak poruszająca, że aż odrzuca, poza tym napisana prostym, wulgarnym językiem, a na domiar złego w polskim wydaniu na tyle źle zredagowana, że aż woła o pomstę. Arthur Danse to wręcz "książkowe" studium psychopatycznego misjonarza, syndrom ofiary Lydii  jest niemal jak wielki neon na pustyni... bywały też niestety momenty, w których miałam ochotę "zamknąć drzwi i zakluczyć na dwa zamki" (cytat z książki, s. 49) za błędami stylistycznymi i językowymi (to wydanie) oraz natłokiem niekoniecznie uzasadnionych okazów rynsztokowej łaciny w narracji (to Ketchum).
 
Nie wiem, czy mąż Sherry Nance, której historia zainspirowała Ketchuma do napisania Jedynego dziecka, był pierwowzorem postaci Arthura, ale z opowieści o seryjnych mordercach Thomas Harris parę lat temu sprawił, że zaczęłam się tym tematem interesować, Ketchumowi by się to nie udało. Muszę jednak oddać sprawiedliwość - przez ostatnie kilkadziesiąt stron straciłam poczucie czasu na tyle, że spóźniłam się na umówione spotkanie...

Umiarkowanie polecam.
tytuł oryginału: Only child
tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
liczba stron: 322
oprawa: miękka
cena z okładki: 33,90 PLN

poniedziałek, 6 lutego 2012

Tom Holt - J.W. Wells &Co.

Comic fantasy to dość specyficzny gatunek, który nie każdemu przypada do gustu. Nie dość, że ocieka groteskowym humorem, to jeszcze pełno w nim magii, dziwacznych postaci, które dokonują niedorzecznych czynów w świecie stanowiącym zwierciadlane odbicie naszego własnego - zapomniałabym dodać: oczywiście jest to krzywe zwierciadło - a rozwoju wydarzeń można się spodziewać pod warunkiem, że cierpi się na tę samą chorobę psychiczną, co autor... Osobiście cenię sobie ten chaotyczny korowód nieprzewidywalnych postaci uwikłanych w kuriozalne epizody w absurdalnym kontinuum czasoprzestrzennym.

Na brytyjskiego przedstawiciela tego nurtu, Toma Holta, natknęłam się niejako przypadkiem i pewnie przeszłabym obok niego obojętnie, gdyby nie to, że jego twórczość porównuje się do samego Terrego Pratchetta, a trzecią z kolei część cyklu o J.W. Wells & Co. poleca nie kto inny, jak Christopher Moore. W Polsce autor nie jest zbyt dobrze znany, nakładem Prószyńskiego ukazały się trzy pierwsze tomy JWW, Bellona wydała zaś jedną z jego powieści historycznych.

Przenośne drzwi
Paul Carpenter to, posługując się terminologią Ch. Moore'a, typowy samiec beta - niezbyt urodziwy, inteligentnym byście go nie nazwali, raczej fajtłapowaty, odwagą nie grzeszy, zaradność w jego wydaniu ogranicza się do unikania zepsutego jedzenia, jest pozbawiony jakichkolwiek godnych uwagi cech charakteru czy przydatnych umiejętności, a jego życie towarzyskie zwyczajnie nie istnieje. Pewnego dnia jego rodzice pakują cały swój dobytek, wyjeżdżają na Florydę, zostawiając tym samym syna bez środków do życia.

Poznajemy Paula w poczekalni firmy J.W. Wells & Co., gdzie czeka na rozmowę kwalifikacyjną. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że i tym razem mu się nie poszczęści - pozostali kandydaci wywierają zdecydowanie bardziej pozytywne wrażenie i na pewno są lepiej przygotowani do rozmowy. W sali konferencyjnej jego przypuszczenia nabierają realnych kształtów - nie umie odpowiedzieć na żadne z postawionych przez dość oryginalnie wyglądającą komisję pytań ( nie pomijając tych z kategorii: którego z członków swojej rodziny by pan zabił i dlaczego...). Jakież jest jego zaskoczenie, kiedy parę dni później znajduje w skrzynce na listy informację, że został przyjęty.

Po dopełnieniu formalności (jak np. podpisanie umowy objętością przywodzącej na myśl Biblię) zostaje zaprowadzony do gabinetu, gdzie wraz z poznaną w dniu rekrutacji chudą dziewczyną (Sophie), w której oczywiście zakochał się od pierwszego wejrzenia, stawia pierwsze kroki w dorosłym życiu segregując sterty nudnych arkuszy kalkulacyjnych. Co jest ciekawe, ani on, ani jego współpracownica, nie mają bladego pojęcia, czym właściwie zajmuje się chlebodawca, nie mają też śmiałości spytać... Prawda wychodzi na jaw sama, gdy pewnego dnia oboje nie opuszczają biura przed zaryglowaniem drzwi i stają oko w oko z faktycznymi właścicielami budynku przy St Mary Axe 70...

Śniło ci się
Paul i Sophie są w sobie zakochani, przy czym ona codziennie pragnie rozmawiać o ich związku, on zaś spodziewa się odrzucenia. Oboje nadal pracują w JWW, czemu zresztą nie należy się dziwić - w końcu umowa o pracę jest dożywotnia. Pewnego dnia każde z nich dostaje skierowanie na staż do innego działu - on ma zostać bohaterem pod okiem Rickiego Wurmtotera (który postawił mu lunch pierwszego dnia pracy i w dodatku wydaje się być jedynym sympatycznym członkiem zarządu), ona dostaje przeniesienie aż do Hollywood, by stamtąd wspierać dział PR pod kierownictwem hrabiny Judy di Castel'Bianco. Jego przeraża wizja walki ze smokami i przebijanie wampirów kołkiem, ona przed wyjazdem zrywa ich związek, tłumacząc to jego niedojrzałością.

Na szczęście bohaterstwo Paula zdaje się ograniczać głównie do wypełniania formularzy (nie licząc przypadkowego zabicia małego smoka) i wizyt w Banku Umarłych, jednak wokół niego dzieją się coraz bardziej dziwaczne rzeczy. Akcja odbicia Rickiego z lochów zamku ciotki Grendela kończy się fiaskiem, a sny Carpentera nie tylko stają się coraz bardziej przerażające, są one w dodatku coraz bardziej realne. Ponadto prześladuje go stary rower z przykrą alergią na imiona, który domaga się od Paula udzielenia ratunku mocno enigmatycznej "jej"...

Ziemia, powietrze, ogień i... budyń
Paul Carpenter nadal kocha Sophie, ona jego - niekoniecznie. Fakt, że ocalił świat nie przysporzył mu szacunku czy zaszczytów, których moglibyśmy się spodziewać. Życie przysparza mu coraz to nowych rozczarowań, których przyczyną mogą być jego uszy, albo całkowity brak pewności siebie. W dodatku kochliwość, która go charakteryzuje, stanowi niewyczerpane źródło upokorzeń i kłopotów.

Kiedy nowy członek zarządu, Frank, proponuje mu pozbycie się obecnego Paula Carpentera na dobre dzięki prostej magii skutecznej, Paul przyjmuje propozycję bez wahania i tym oto sposobem staje się Philipem Marlowe'em - swoim całkowitym przeciwieństwem. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że ktoś znowu dąży do zniszczenia świata, jakim go znamy, a Paul jest w końcu bohaterem...

Podsumowanie
Oprócz głównych postaci i firmy JWW poszczególne trzy części mają ze sobą wiele wspólnego: w każdej występują przenośne drzwi - urządzenie, które początkowo służy Paulowi do krótkich wypadów wakacyjnych w porze lunchu; w każdej z części Paul obowiązkowo umiera; w każdej części eliminowany jest jakiś członek zarządu; w każdej części Paul dowiaduje się o sobie czegoś absolutnie nieprawdopodobnego i odbierającego mu argumenty do niskiej samooceny (nieskutecznie); wszystkie trzy części zamieszkują nie tylko istoty ludzkie, spotkamy tu też gobliny, elfy czy duchy; w każdej części ktoś obowiązkowo musi wypić eliksir miłości; itd., itp...

Język autora jest raczej potoczny, choć podziękować należy tłumaczowi za złożone zdania i brak błędów stylistycznych, a wydawnictwu za brak literówek. Podobały mi się bardzo nawiązania do literatury - lekturą obowiązkową w pracy Paula jest Beowulf, na podłodze wala się faktura wystawiona na pana D. Graya za renowację starego portretu, a odniesień do Tolkiena nie podejmuję się zliczyć. Wiele jest również ukłonów w stronę Star Wars czy Star Trek, a także (za co autorowi pięknie dziękuję) do Doctor Who. 

Lektura jest bardzo równa, nie ma przestojów, co doskonale ukazuje pisarskie doświadczenie i dojrzałość autora. Stanowi to najsłabszą stronę serii - krótkie chwile ekscytacji pod koniec każdego tomu sprawiają, że nie tęsknimy za bohaterami tak bardzo, jak to się często dzieje w przypadku książek, gdzie przestój bywa na porządku dziennym. Plusem takiej jednostajności jest natomiast to, że można przeczytać tom po tomie trzy części cyklu w przeciągu tygodnia, nie znudzić się nimi i żałować, że nie ma się ich więcej pod ręką.

Z dwóch wspomnianych na wstępie pisarzy porównałabym twórczość Holta raczej do Christophera Moore'a, chociażby ze względu na tło - wielkie, istniejące w rzeczywistości miasto - jednak i pratchettowskie skojarzenia się nasuwają - np. nieco podobny sposób kreowania postaci. Są to jednak tylko luźne skojarzenia, bo Holt porównań do "wielkich" tego nurtu nie potrzebuje, może śpiewająco wybronić się sam.

Polecam przede wszystkim fanom comic fantasy!


wtorek, 31 stycznia 2012

Marionetki - Paweł Jaszczuk

Lubię kryminały - krwawą tajemnicę, mroczne sekrety ludzkiej duszy, genialnych detektywów, przebiegłych złoczyńców... moja sympatia dla tego gatunku beletrystyki wzrastała na żyznym gruncie Conan Doyle'a i Agathy Christie, nic więc dziwnego, że i współczesny kryminał w stylu retro przyciąga jak magnes moją sentymentalną duszę. Najnowsza propozycja z serii ABC Prószyńskiego skusiła mnie wizją Lwowa w sepii i makabryczną zagadką w obliczu której staje para dziennikarzy, aż zacierałam z uciechy dłonie rozpakowując przesyłkę, by niedługo później łapczywie zacząć czytać...

Marionetki to lektura nierówna - początkowo akcja pędzi na łeb na szyję, czytelnik ma wrażenie, że w każdym rozdziale pojawia się nowy trup, a Jaszczuk zdaje się konkurować sam ze sobą w wymyślaniu coraz bardziej wyszukanych metod uśmiercania kolejnych ofiar. W pewnym momencie kończą się makabryczne zbrodnie, a ich miejsce zajmuje zaciskająca się wokół szyi Jakuba Sterna pętla, pełne dziwnej symboliki senne majaczenia, podlane marcowym problemy małżeńskie, intrygi w redakcji i coraz bardziej nieudolne próby ukrycia przez autora tożsamości mordercy, a wszystko to na tle dręczonego letnim upałem Lwowa, w którym właśnie się odbywa festiwal marionetek. Pod koniec akcja znów nabiera tempa dzięki zastosowaniu w kulminacyjnym momencie dość ciekawego zabiegu wprowadzenia drugiego narratora trzecioosobowego, a wszystko to owocuje zaskakującym (no, może za wyjątkiem personaliów zabójcy) zakończeniem.

Mimo tej nierówności książkę Jaszczuka czytałam z niesłabnącą przyjemnością, której towarzyszyła kołacząca się gdzieś na skraju świadomości myśl, że za kilkadziesiąt lat powieści tego autora będą, jeśli w ogóle, czytane ze słownikiem w ręku. Bynajmniej nie mam tu na myśli słownika gwary lwowskiej, czy żydowskiej - te znajdziecie na końcu - autor zafundował nam wspaniałą podróż po meandrach naszego pięknego języka, wtrącając co jakiś czas słówko czy dwa do stylizowanej na późne lata 30 ubiegłego stulecia rozmowy toczącej się "we Lwowi".

Spodziewałam się czegoś innego, może bardziej mrocznego, może nieco bardziej retro - wydawca obiecywał dokładnie taką przygodę, nie jestem jednak zawiedziona. Jaszczuk wykorzystał potencjał każdej z tych ścieżek jak na mój gust nieco połowicznie, ale i tak na tyle intrygująco, że polecam tę lekturę na dwa mroźne wieczory - świetna odskocznia od zaróżowionych zimową aurą policzków i marznącego oddechu. Chętnie też sięgnę po inne książki tego autora.

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 344
oprawa: miękka
cena z okładki: 32 PLN

niedziela, 15 stycznia 2012

Pałac tajemnic - Agnieszka Pietrzyk

Jak dobrze znacie swoich sąsiadów? Jeśli mieszkacie w większym mieście pewnie kojarzycie z wyglądu panią spod 5, może wiecie, że pan spod 20 ma psa, a pod 47 mieszka rodzina patologiczna. W mniejszej miejscowości pewnie znacie większość (jeśli nie wszystkich) z nazwiska i wielokrotnie z nimi rozmawialiście, chociażby o pogodzie. Czy potrafilibyście wśród nich wskazać mordercę?

W małej mazurskiej miejscowości Ponary stoi zabytkowy pałac wykorzystywany obecnie na mieszkania gminne. Pewnej sierpniowej nocy zostaje tam popełniona okrutna zbrodnia - ktoś zamordował rosyjskie małżeństwo, a ich 15-letnia córka zaginęła. Alicja Prus, początkująca pisarka, wprowadza się do mieszkania, w którym dokonano zbrodni, by zebrać materiały do swojej nowej książki i, być może, rozwiązać zagadkę.

Poszczególne rozdziały są sprawozdaniem z kolejnych etapów śledztwa prowadzonego przez Alicję, większość zawiera relacje lokatorów pałacu z tej feralnej nocy, oskarżenia rzucane na sąsiadów. Nie jesteśmy jednak wtajemniczani w punkt widzenia samej protagonistki - może za wyjątkiem odrzucenia osób, które ze względów oczywistych można z miejsca wykluczyć z kręgu podejrzeń - co daje nam szansę prowadzić równoległe śledztwo.

Oglądamy zaledwie fragment prywatnego życia Alicji - autorka ukazuje nam strzępki zdarzeń (np. ojca czytającego jej do snu), które ukształtowały jej osobowość i, pośrednio, przywiodły do Ponar. Osobiście uważam taki wybieg za plus - poznawanie życia od kołyski i przemyśleń aż po plany emerytalne głównej bohaterki powieści liczącej sobie 250 stron byłoby lekką przesadą, wyglądającą raczej na chęć zwiększenia objętości książki, niż usprawiedliwiony fabułą krok.

Wyróżnikiem stylu Pani Pietrzyk zdecydowanie są wielokrotnie złożone zdania, rzadkość wśród współczesnych nam pisarzy. Autorka starała się każdej postaci przypisać styl wypowiedzi właściwy dla profesji czy pochodzenia społecznego i tak np. drobny przestępca Mariusz mówi lekko chaotycznie, nie dbając przy tym o piękno języka, czego z kolei nie da się powiedzieć o starszej pani - był to dobry wybór, dzięki któremu każda z postaci stała się charakterystyczną jednostką, a nie papierowym zapychaczem miejsca.

Muszę przyznać, że lektura Pałacu tajemnic sprawiała mi przyjemność - nie dość, że ładnie napisane, to jeszcze autorka pozwoliła mi samej szukać rozwiązania zagadki (które też okazało się zaskakujące). Bardzo przyjemne czytadło na jeden zimowy wieczór. Raczej nie będę o nim długo pamiętać, z pewnością bym go nie kupiła, jednak na pewno nie żałuję, że po tę pozycję sięgnęłam.

Wydawnictwo: Replika
liczba stron: 252
oprawa: miękka
cena z okładki: 25,90 PLN
jak do mnie trafiła: pożyczona od Enedtil
 
Zapraszam Gdzie nie pachną stokrotki

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Miasto Śniących Książek - Walter Moers

Walter Moers to cieszący się w Niemczech dużą popularnością autor komiksów, malarz, scenarzysta, autor książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych. W Polsce zostały wydane jego cztery powieści: 13 1/2 życia kapitana Niebieskiego Misia, Rumo i cuda w ciemnościach, Miasto Śniących Książek, Kot alchemika, których akcja rozgrywa się na (fikcyjnym) odkrytym przez Moersa kontynencie, Camonii, w ambicjach autora mającym przywodzić na myśl Śródziemie, w mojej opinii na szczęście nie będących kolejną marną kalką Tolkiena. Dla mnie to drugie spotkanie z tym autorem.

Moers w tej niesamowitej powieści kłania się wysokiej kulturze składając hołd po pierwsze samym książkom - zabiera nas bowiem do mekki pisarzy, wydawców, księgarzy i antykwariuszy - miasta, której żyje dla i z czytania; po drugie klasykom literatury - Szekspirowi, Edgarowi Alanowi Poe,  Dickensowi, Baudelaire'owi, Hugo, Goethemu, Dostojewskiemu i wielu, wielu innym, nadając buchlingom ich nazwiska w typowym dla siebie, dziwacznym camońskim brzmieniu. Jednocześnie wychwala i piętnuje wielbicieli słowa pisanego oraz przemysł księgarski i rynek wydawniczy (w Camonii swego czasu były  bardzo popularne np. książki dla analfabetów). Opowiada o twórczej niemocy, o marazmie i zrezygnowaniu, kiedy okazuje się, że ktoś może pisać tak, jak my sami nigdy nie będziemy. O euforii, która ogarnia, kiedy dane nam zostało poznanie alfabetu gwiazd. Zabiera nas również na koncert trąbuzonowy, daje skosztować wina komety, pozwala podziwiać największy diament i odbyć podróż kolejką rdzawych gnomów. Ale przede wszystkim zabiera nas w mrożącą krew w żyłach podróż Katakumbami Księgogrodu, Miasta Śniących Książek - na każdym kroku zaś towarzyszą nam książki.

Wewnątrz tego opasłego tomiszcza natraficie na epikę, lirykę i dramat, dosłownie i w przenośni. Groteska staje się tu siostrą alegorii, anafora i aluzja zasiadają do wspólnego stołu. Mamy do czynienia z autorem, który umie żonglować słowem, bawić się gatunkami literackimi, środki stylistyczne zjadał na śniadanie już we wczesnym dzieciństwie, wie jak grać na emocjach, a Orm go nie opuszcza.

Każdy rozdział okraszony został genialnymi wprost ilustracjami autora - przesyconymi specyficznym humorem - które, wraz z wirtuozerią języka (i tu chciałam złożyć głęboki ukłon w stronę tłumaczki), gwarantują czytelnikowi niezapomniane wrażenia. Uważajcie jednak, bo w książce z obrazkami, która pozornie nadaje się dla dzieci, aż roi się od postaci i zdarzeń rodem z lepkiego, wilgotnego koszmaru, nierzadko oślizgłego.

Nigdy nie byłam fanką niemieckiej literatury czy filmu, jednak książki Moersa mają w sobie niesamowity wręcz magnetyzm, który sprawia, że nie potrafię się oderwać ani o nich zapomnieć. Jego postacie zdecydowanie nie są papierowe (choć mając w pamięci Katakumby Księgogrodu mogę jedynie popaść w zadumę - czy na pewno nie są p a p i e r o w e?) - jeśli któraś z nich jest negatywna to nie jest tylko "trochę" zła - u tego autora zetkniemy się z odrażającym indywiduum wypranym z uczuć do tego stopnia, że nie zawaha się posunąć do najgorszego czynu, by osiągnąć swój cel. Jeśli czytamy o Złu to jest to zło pierwotne, gdzieś z otchłani naszej podświadomości, oplatające mackami nasze nerwy, doprowadzające do skraju szaleństwa. Kiedy Moers pisze o strachu, to nie wyobrażajmy sobie biegania po bagnach pełnych węży  - tu mamy skrzypiące drzwi w pustym domu i uczucie, że ktoś na nas patrzy, mimo, że jesteśmy sami w pokoju. I wiecie co? Takie, niby tandetne, oklepane sceny sprawiają, że po kręgosłupie biegną zimne dreszcze, w górę i w dół, ponieważ autor użył odpowiednich słów (i narracji pierwszoosobowej), by to osiągnąć (raz jeszcze dziękuję tłumaczce).

Podsumowując krótko - książki Moersa powinny znaleźć się w każdej biblioteczce. Z doświadczenia wiem, że może nie zapamiętacie imion większości postaci (camoński jest zdecydowanie trudnym językiem), jednak zapamiętacie swoje odczucia, kiedy przewracaliście kartki, zapamiętacie obrazy, które autor wszczepiał w wasze umysły, w końcu zapamiętacie radość z faktu, że właśnie przeczytaliście naprawdę świetną książkę.

Tym razem nie polecam. ZALECAM!!!
tytuł oryginału: Die Stadt der Traumenden Bucher
tłumaczenie: Katarzyna Bena
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
liczba stron: 456
oprawa: twarda
cena z okładki: 44,90 PLN
jak do mnie trafiła: Allegro

sobota, 7 stycznia 2012

Księżniczka - Andrzej Pilipiuk

Zastanawialiście się kiedyś ile można "upchnąć" na niespełna 300 stronach drugiego tomu cyklu? Odpowiedź Pilipiuka brzmi: dużo. Pamiętacie kuzynki Kruszewskie - długowieczną Stanisławę, superagentkę Katarzynę oraz tysiącletnią wampirzycę Monikę Stiepankovic? W tomie pierwszym Pilipiuk zawarł tylko kamień filozoficzny, nowoczesne supertechnologie i wampiry, w drugim postanowił poszaleć: dorzucił do puli van Helsinga, mumie, tajne bractwo, masonów, policjantów na tropie i na dokładkę Wędrowycza - co sobie będzie chłopak żałował.

W fabułę się nie będę zagłębiać - wystarczy, że przeczytacie notę na okładce

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pan Andrzej bardzo by chciał, aby jego nieco dziecinna krytyka szkolnictwa i domorosłe politykowanie były zabawne i trafiały do odbiorców. Nie wiem, co chce osiągnąć ciągle podkreślając, jacy to znudzeni są polscy pedagogowie, jak to uczniowie nie mają pędu do wiedzy i że system jest ogólnie taki "be", a politycy to psychopaci - nic to nie wnosi ani do fabuły, ani do rzeczywistości. Panie Andrzeju, żeby tak w moralizatorski ton uderzać w książce, gdzie była agentka CBŚ (jak mogłam zapomnieć - w końcu to informatyczka, zdecydowanie najgorszy rodzaj) w obronie swej nieśmiertelnej kuzynki i nieumarłej przyjaciółki łamie wszelkie możliwe przepisy, a moralność ma za nic? I jeszcze ten wszechobecny empik? I jazda konna w garsonce? I co Panu ten biedny kapitalizm zrobił? W końcu dzięki niemu może Pan wydawać książki, w których Pan pisze, że system jest "be", politycy to psychopaci, no i zawsze można wejść do empiku. Błędne koło.

Kraków Pilipiuka to piękne miasto, pełne tajemnic. Miasto, do którego chciałoby się pojechać, pomieszkać tam, kto wie, może nawet osiedlić się na stałe i badać jego sekrety.

Zdradzę Wam, że w tomie trzecim oczekuję urozmaicenia atrakcji o kosmitów, chupacabrę i Druidów - jak tego nie ma, to nie czytam. Ale wydanie cudne!


Recenzja Kuzynek tu
Wydawnictwo: Fabryka Słów
liczba stron: 295
oprawa: twarda
cena z okładki: 47,90 PLN
jak do mnie trafiła: Allegro, 36,99 ( z przesyłką)

środa, 4 stycznia 2012

Laseczka i tajemnica - Zbigniew Nienacki

Zbigniew Nienacki to, już od dzieciństwa, jeden z moich ulubionych autorów. Nie przesadzę pisząc, że wchodziłam razem z nim w świat dorosłej literatury - pisał zarówno dla młodzieży (seria o Panu Samochodziku - Niesamowity Dwór czy Wyspa Złoczyńców - kształtowały moją miłość do tajemnic sprzed lat), jak i dla czytelników dojrzałych (np. Raz w Roku w Skiroławkach) ukazując inne oblicze siebie, mizogina i samotnika próbującego znaleźć sobie miejsce w świecie, który nie do końca go akceptował. 

Chronologicznie ujmując, Laseczka i tajemnica powstała w roku 1963, kiedy Nienacki był już pełnoetatowym pisarzem, mniej więcej w połowie tworzenia spuścizny. Jeśli za główne kryterium zaszeregowania przyjmiemy wiek odbiorcy, to powieść uplasuje się gdzieś pomiędzy przygodami Pana Samochodzika a Skiroławkami, czyli między przygodą dla młodzieży, a powieścią zbójecką.

Dobiegający trzydziestki łódzki dziennikarz, Henryk, nie do końca pasuje do realiów lat '60 ubiegłego stulecia - trochę sentymentalny, niedostosowany społecznie, mało ekscytujący, nieco przewidywalny, raczej nudny. Prowadzi on ustabilizowany tryb życia na przyzwoitym poziomie - mieszka we własnym mieszkaniu, odkłada pieniądze na samochód, może nie opływa w luksusy, ale jest w stanie zapewnić godne życie sobie i koleżance z pracy, z którą ma nadzieję się związać. Pewnego dnia dostrzega JĄ na wystawie Desy i tym samym jego spokojna dotąd egzystencja wchodzi w ostry zakręt.

Zwykła laseczka okazuje się skrywać niezwykłą tajemnicę, która wychodzi na jaw, gdy Henryk staje w obronie damy w opałach. Dżentelmeńskie akcesorium ma krwawą, mroczną przeszłość, a i przyszłość nie zapowiada się różowo. Dość powiedzieć, że trup ściele się gęsto, czas płynie nieubłaganie, a krąg podejrzanych topnieje niesamowicie szybko. Czy Henryk znajdzie mordercę zanim ten odnajdzie jego?

Będę z Wami szczera - gdyby nie kilka ostatnich stron prawie bym żałowała przeczytania najsłabszej dotąd powieści Nienackiego, jednak te kilkadziesiąt zdań sprawiło, że włos mi się zjeżył na głowie, a ja zapomniałam o prostej historii rodem z serialu kryminalnego nadawanego w czwartkowe wieczory mojego dzieciństwa. Jak powszechnie wiadomo, mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy, a ten autor zdecydowanie potrafi finiszować, mistrzowsko wykorzystując przy tym najniższe instynkty zdolne wykiełkować w psychice ludzkiej.

W każdej jego powieści ze stron promieniuje ogromna tęsknota, tutaj wyraźnie wyczuwałam żal za odchodzącym światem dobrych manier, prawdziwych dam i dżentelmeńskiej elegancji. Systematyczne "odkurzanie" książek Nienackiego to mój wyraz tęsknoty za dobrą prozą, napisaną pięknym, choć prostym językiem.

Nieco "bledsza" na tle ogółu jego twórczości Laseczka i tajemnica i tak zasługuje na uwagę, szczególnie wśród wielbicieli klasycznego kryminału.

Polecam!


Wydawnictwo: Res Polona, 1990
liczba stron: 208

oprawa: miękka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...